chronione przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notatki ze spotkań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notatki ze spotkań. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 listopada 2025
Zbawienie pochodzi od Króla, który panuje z wysokości krzyża…
– usłyszałem podczas mszy św. w kościele Opatrzności Bożej w Gdańsku-Zaspie. Tak po prostu.
niedziela, 1 czerwca 2025
Moc Ducha Świętego jest większa niż wszelkie przeciwności
– usłyszałem podczas mszy św. w kościele Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach. Tak po prostu.
środa, 22 maja 2024
Od mojego kolegi z Uniwersytetu Gdańskiego
Etykiety:
działanie,
edukacja,
Kościół,
kultura,
notatki ze spotkań,
psychologia,
religia,
socjologia,
teologia,
uniwersytet,
wiara,
wychowanie
niedziela, 31 grudnia 2023
Święta rodzina to rodzina, w której jest miejsce
dla Boga – usłyszałem podczas mszy św. w kościele Matki Bożej Różańcowej w Skoczowie. Tak po prostu.
niedziela, 5 listopada 2023
Aby zachować dobre imię, trzeba przyjąć i realizować
wolę Bożą – usłyszałem podczas mszy św. w kościele Matki Bożej Różańcowej w Skoczowie. Tak po prostu.
niedziela, 7 lipca 2019
Powiedziałem podczas Absolutorium
W sobotę, 8 czerwca 2019 r. w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego odbyła się bardzo miła uroczystość: socjologiczne Absolutorium III roku studiów licencjackich oraz II roku studiów magisterskich (fot. poniżej).
Zaproszony przez Studentów do wygłoszenia okolicznościowego słowa, powiedziałem wówczas między innymi:
Drodzy Państwo,
Późno otrzymałem informację, że ‘jest na mnie zlecenie’, czyli że mam wystąpić podczas tej dzisiejszej uroczystości, dlatego miałem bardzo mało czasu na przygotowanie swojego „przemówienia”. A problem postawiłem sobie następujący: Jak mówić do Was, dla Was i o Was, nie mówiąc przy tym o sobie, a będąc przecież – ze względów dydaktycznych i funkcyjnych – tak bardzo z Wami związanym. W końcu uznałem jednak, że po prostu „użyję siebie” i przemówię tu bardzo zwyczajnie. Stąd też owe notatki i bazgroły pod ręką, być może trudne do odczytania.
Wczoraj w samochodzie pokłóciłem się z żoną. To nic szczególnego. Od kilkudziesięciu lat kłócimy się praktycznie codziennie, oczywiście nie tylko w samochodzie. Przy czym, nie ma u nas tak zwanych „cichych dni” – są, co najwyżej, jakieś „ciche minuty” – a do zgody wracamy najpóźniej przed zaśnięciem. (To zresztą zalecam wszystkim zainteresowanym: Nie zasypiać w stanie pokłócenia ze światem i ludźmi!). Ale wczoraj żona powiedziała mi po raz pierwszy coś takiego: „Ty chyba mnie dla siebie hodujesz, by wyciągać ze mnie energię… No, bo, jak inaczej rozumieć to, że zaraz po kłótni ‘wracasz do siebie’, jakby nic się nie stało, a ja zazwyczaj jeszcze przez jakiś czas czuję się rozbita!?”…
Od razu, gdy usłyszałem te słowa, pomyślałem, że wykorzystam je w tej dzisiejszej przemowie (co, swoją drogą, znacznie przyspieszyło mi powrót dobrego humoru). Dlaczego? Bo zwracają uwagę na dwa ważne problemy. Hodowla i energia – oto jakaś ambiwalencja (?), oto jakieś bieguny (?), oto jakieś zło (?) i tuż obok jakieś pożądane dobro (?)…
Czy politycy hodują sobie wyborców? Czy sprzedawcy hodują sobie klientów? Czy urzędnicy hodują sobie interesantów? Czy lekarze hodują sobie pacjentów? Czy dziennikarze, blogerzy i autorzy rozmaitych tekstów hodują sobie czytelników? Czy rodzice hodują sobie dzieci, by te spełniły niespełnione ambicje przodków? …Czy nauczyciele akademiccy hodują sobie studentów? A jeśli tak, to dlaczego ci ostatni to robią? Czy dla jakichś osobistych ambicji rozwoju abstrakcyjnych teorii naukowych? A może po prostu, by mieć godzinami wypełnione pensum i mieć pensję co miesiąc na bankowym koncie…
Hodowla zakłada jakieś uprzedmiotowienie tego, co hodowane, a przecież studenci to ludzie! – tak, jak owi inni wymienieni wcześniej: pacjenci, petenci, klienci, wyborcy, czy własne dzieci… Mówię więc tutaj w taki właśnie sposób – owszem, posługując się myślowym skrótem – bo głęboko sprzeciwiam się hodowaniu ludzi; także dokonywanemu na uniwersytecie – w aurze intelektualnej kurtuazji i naukowej powagi! A że zaproszono mnie na tę dzisiejszą uroczystość w roli autora jednej z okolicznościowych wypowiedzi, mówię to, co myślę, skoro mam okazję…
Co innego zaś, owo czerpanie z ludzkiej energii, o ile tylko prawdziwie szanujemy jej źródła i dbamy o to, by nie wysychały… Praca akademicka daje mi wiele satysfakcji w tym właśnie, że pozwala czerpać energię z młodości, która rozwija się, jeśli mądrze jej w tym pomagamy.
A teraz trochę z całkiem innej beczki: Czy chcesz mieć piękny trawnik? Czy świeci ci słońce podczas jazdy? Czy wciąż narzekasz na ból pleców? Czy cierpisz, bo chrapiesz? A może nie dość długi jest twój własny wąż?…
– Co on gada!? Może to przez upał, bo faktycznie jest dzisiaj gorąco… – podejrzewam, że tak o mnie już myślą wśród Państwa niektórzy. Ale niektórzy zapewne rozpoznali te dziwaczne słowa… Tak jest, to tak zwany spam, niechciana poczta, która pcha się do skrzynek. Zanim jednak wyjawi się, po co ona tutaj, pozwolę sobie na pewne wspomnienie.
W latach 90. XX wieku pracowałem w administracji pewnej dużej szkoły. Odpowiadałem wówczas za personel techniczny, kucharzy, dozorców, sprzątanie i tym podobne. W tamtych czasach chyba nieco inny niż dzisiaj był autorytet nauczycieli, ale też wysoki był wówczas autorytet pani Woźnej – przynajmniej tej, którą do dzisiaj z szacunkiem i sympatią wspominam. W szatni i na korytarzach dawała ona bezcenne wsparcie pedagogicznemu gronu, niejeden wychowawczy problem skutecznie rozwiązując przy pomocy podłogowej szmaty – ku ostatecznemu zadowoleniu chyba wszystkich stron procesu kształcenia, łącznie z delikwentem, który szmatą oberwał. Niemniej jednak, już w tamtych czasach musiałem prowadzić niełatwe rozmowy. Nieraz bowiem słyszałem, ze strony rozmaitych przedstawicieli szkolnego personelu, narzekania na uczniów, prowadzące do wiadomej konkluzji: Gdyby nie oni, owi niegrzeczni, hałaśliwi i bałaganiący uczniowie, byłby w szkole odpowiedni porządek i wszystkim od razu lepiej by się pracowało… Tłumaczyłem wówczas, jak umiałem najlepiej, że przecież gdyby nie owi rozmaici uczniowie, racji bytu nie miałaby cała nasza szkoła… Po kilku latach zamieniłem oświatę na szkolnictwo wyższe, ale nadal – odtąd już na poziomie uniwersytetu – zdarza mi się słyszeć podobne uwagi: My tu właściwie studentów nie potrzebujemy – zwłaszcza tych średnich i słabych – wszak chcemy przede wszystkim uprawiać naukę! Może nawet, wielką naukę; cokolwiek to znaczy…
Głęboki mój sprzeciw budzą takie postawy, które traktują studentów, jak niechciany spam! Zakładam bowiem, że mamy – jako nauczyciele i inni pracownicy szkół i uczelni – zobowiązania moralne wobec tych konkretnych ludzi, którzy do nas trafiają, niezależnie od tego, czy w ogóle lub jak bardzo są zdolni, i że to są zobowiązania pierwszorzędne!, i że dopiero na dalszym planie lokują się nasze zobowiązania wobec nauki jako takiej, czy wobec świata jako takiego… A też myślę sobie, że jeśli dzisiaj tak wielu specjalistów od nauk społecznych dziwi się, że tak wielu, również młodych ludzi dokonuje dziwnych i nieracjonalnych – zdaniem owych specjalistów – rozmaitych wyborów, także politycznych, i że tak wielu, również młodych ludzi ma krytyczny lub wręcz lekceważący stosunek do dorobku nauki, to dzieje się tak dlatego, że gdy owi nauczyciele i specjaliści rozmaitych szczebli mieli owych młodych ludzi niejako pod ręką w dydaktycznych salach, zlekceważyli ich po prostu, jak niechciany spam…
I na koniec jeszcze jedno skojarzenie. Otóż okoliczności życiowe sprawiają, że znajduję chyba tylko trzy formy odpoczynku w mojej codziennej czasoprzestrzeni. Są to mianowicie: (1) sen, średnio ok. pięciu godzin na dobę, a w ciągu ostatnich miesięcy chyba jeszcze mniej ze względów, oględnie mówiąc, okołomedyczno-pomocowych; (2) jazda samochodem – z konieczności dużo czasu spędzam „za kółkiem”, a jeżdżę tak, że mnie moja własna jazda usypia; i wreszcie (3) …zajęcia dydaktyczne. Dlaczego one stanowią dla mnie odpoczynek? Bo dają mi to, czego w innych przestrzeniach środowiska akademickiego tak bardzo mi brakuje: dają mi możliwość szczerej rozmowy i swobodnej wymiany myśli, i z tego względu nigdy mnie nie nudzą. Wszak, jeśli między rozmówcami jest wzajemna ciekawość, jeśli siebie nawzajem jesteśmy ciekawi, to przecież między nami nie może być nudno!
Drodzy Studenci i Absolwenci, dziękuję za to, że dzięki tak różnorodnym spotkaniom z Wami mogłem po prostu zwyczajnie odpocząć!
I dziękuję Wam za uwagę.
Zaproszony przez Studentów do wygłoszenia okolicznościowego słowa, powiedziałem wówczas między innymi:
Drodzy Państwo,
Późno otrzymałem informację, że ‘jest na mnie zlecenie’, czyli że mam wystąpić podczas tej dzisiejszej uroczystości, dlatego miałem bardzo mało czasu na przygotowanie swojego „przemówienia”. A problem postawiłem sobie następujący: Jak mówić do Was, dla Was i o Was, nie mówiąc przy tym o sobie, a będąc przecież – ze względów dydaktycznych i funkcyjnych – tak bardzo z Wami związanym. W końcu uznałem jednak, że po prostu „użyję siebie” i przemówię tu bardzo zwyczajnie. Stąd też owe notatki i bazgroły pod ręką, być może trudne do odczytania.
Wczoraj w samochodzie pokłóciłem się z żoną. To nic szczególnego. Od kilkudziesięciu lat kłócimy się praktycznie codziennie, oczywiście nie tylko w samochodzie. Przy czym, nie ma u nas tak zwanych „cichych dni” – są, co najwyżej, jakieś „ciche minuty” – a do zgody wracamy najpóźniej przed zaśnięciem. (To zresztą zalecam wszystkim zainteresowanym: Nie zasypiać w stanie pokłócenia ze światem i ludźmi!). Ale wczoraj żona powiedziała mi po raz pierwszy coś takiego: „Ty chyba mnie dla siebie hodujesz, by wyciągać ze mnie energię… No, bo, jak inaczej rozumieć to, że zaraz po kłótni ‘wracasz do siebie’, jakby nic się nie stało, a ja zazwyczaj jeszcze przez jakiś czas czuję się rozbita!?”…
Od razu, gdy usłyszałem te słowa, pomyślałem, że wykorzystam je w tej dzisiejszej przemowie (co, swoją drogą, znacznie przyspieszyło mi powrót dobrego humoru). Dlaczego? Bo zwracają uwagę na dwa ważne problemy. Hodowla i energia – oto jakaś ambiwalencja (?), oto jakieś bieguny (?), oto jakieś zło (?) i tuż obok jakieś pożądane dobro (?)…
Czy politycy hodują sobie wyborców? Czy sprzedawcy hodują sobie klientów? Czy urzędnicy hodują sobie interesantów? Czy lekarze hodują sobie pacjentów? Czy dziennikarze, blogerzy i autorzy rozmaitych tekstów hodują sobie czytelników? Czy rodzice hodują sobie dzieci, by te spełniły niespełnione ambicje przodków? …Czy nauczyciele akademiccy hodują sobie studentów? A jeśli tak, to dlaczego ci ostatni to robią? Czy dla jakichś osobistych ambicji rozwoju abstrakcyjnych teorii naukowych? A może po prostu, by mieć godzinami wypełnione pensum i mieć pensję co miesiąc na bankowym koncie…
Hodowla zakłada jakieś uprzedmiotowienie tego, co hodowane, a przecież studenci to ludzie! – tak, jak owi inni wymienieni wcześniej: pacjenci, petenci, klienci, wyborcy, czy własne dzieci… Mówię więc tutaj w taki właśnie sposób – owszem, posługując się myślowym skrótem – bo głęboko sprzeciwiam się hodowaniu ludzi; także dokonywanemu na uniwersytecie – w aurze intelektualnej kurtuazji i naukowej powagi! A że zaproszono mnie na tę dzisiejszą uroczystość w roli autora jednej z okolicznościowych wypowiedzi, mówię to, co myślę, skoro mam okazję…
Co innego zaś, owo czerpanie z ludzkiej energii, o ile tylko prawdziwie szanujemy jej źródła i dbamy o to, by nie wysychały… Praca akademicka daje mi wiele satysfakcji w tym właśnie, że pozwala czerpać energię z młodości, która rozwija się, jeśli mądrze jej w tym pomagamy.
A teraz trochę z całkiem innej beczki: Czy chcesz mieć piękny trawnik? Czy świeci ci słońce podczas jazdy? Czy wciąż narzekasz na ból pleców? Czy cierpisz, bo chrapiesz? A może nie dość długi jest twój własny wąż?…
– Co on gada!? Może to przez upał, bo faktycznie jest dzisiaj gorąco… – podejrzewam, że tak o mnie już myślą wśród Państwa niektórzy. Ale niektórzy zapewne rozpoznali te dziwaczne słowa… Tak jest, to tak zwany spam, niechciana poczta, która pcha się do skrzynek. Zanim jednak wyjawi się, po co ona tutaj, pozwolę sobie na pewne wspomnienie.
W latach 90. XX wieku pracowałem w administracji pewnej dużej szkoły. Odpowiadałem wówczas za personel techniczny, kucharzy, dozorców, sprzątanie i tym podobne. W tamtych czasach chyba nieco inny niż dzisiaj był autorytet nauczycieli, ale też wysoki był wówczas autorytet pani Woźnej – przynajmniej tej, którą do dzisiaj z szacunkiem i sympatią wspominam. W szatni i na korytarzach dawała ona bezcenne wsparcie pedagogicznemu gronu, niejeden wychowawczy problem skutecznie rozwiązując przy pomocy podłogowej szmaty – ku ostatecznemu zadowoleniu chyba wszystkich stron procesu kształcenia, łącznie z delikwentem, który szmatą oberwał. Niemniej jednak, już w tamtych czasach musiałem prowadzić niełatwe rozmowy. Nieraz bowiem słyszałem, ze strony rozmaitych przedstawicieli szkolnego personelu, narzekania na uczniów, prowadzące do wiadomej konkluzji: Gdyby nie oni, owi niegrzeczni, hałaśliwi i bałaganiący uczniowie, byłby w szkole odpowiedni porządek i wszystkim od razu lepiej by się pracowało… Tłumaczyłem wówczas, jak umiałem najlepiej, że przecież gdyby nie owi rozmaici uczniowie, racji bytu nie miałaby cała nasza szkoła… Po kilku latach zamieniłem oświatę na szkolnictwo wyższe, ale nadal – odtąd już na poziomie uniwersytetu – zdarza mi się słyszeć podobne uwagi: My tu właściwie studentów nie potrzebujemy – zwłaszcza tych średnich i słabych – wszak chcemy przede wszystkim uprawiać naukę! Może nawet, wielką naukę; cokolwiek to znaczy…
Głęboki mój sprzeciw budzą takie postawy, które traktują studentów, jak niechciany spam! Zakładam bowiem, że mamy – jako nauczyciele i inni pracownicy szkół i uczelni – zobowiązania moralne wobec tych konkretnych ludzi, którzy do nas trafiają, niezależnie od tego, czy w ogóle lub jak bardzo są zdolni, i że to są zobowiązania pierwszorzędne!, i że dopiero na dalszym planie lokują się nasze zobowiązania wobec nauki jako takiej, czy wobec świata jako takiego… A też myślę sobie, że jeśli dzisiaj tak wielu specjalistów od nauk społecznych dziwi się, że tak wielu, również młodych ludzi dokonuje dziwnych i nieracjonalnych – zdaniem owych specjalistów – rozmaitych wyborów, także politycznych, i że tak wielu, również młodych ludzi ma krytyczny lub wręcz lekceważący stosunek do dorobku nauki, to dzieje się tak dlatego, że gdy owi nauczyciele i specjaliści rozmaitych szczebli mieli owych młodych ludzi niejako pod ręką w dydaktycznych salach, zlekceważyli ich po prostu, jak niechciany spam…
I na koniec jeszcze jedno skojarzenie. Otóż okoliczności życiowe sprawiają, że znajduję chyba tylko trzy formy odpoczynku w mojej codziennej czasoprzestrzeni. Są to mianowicie: (1) sen, średnio ok. pięciu godzin na dobę, a w ciągu ostatnich miesięcy chyba jeszcze mniej ze względów, oględnie mówiąc, okołomedyczno-pomocowych; (2) jazda samochodem – z konieczności dużo czasu spędzam „za kółkiem”, a jeżdżę tak, że mnie moja własna jazda usypia; i wreszcie (3) …zajęcia dydaktyczne. Dlaczego one stanowią dla mnie odpoczynek? Bo dają mi to, czego w innych przestrzeniach środowiska akademickiego tak bardzo mi brakuje: dają mi możliwość szczerej rozmowy i swobodnej wymiany myśli, i z tego względu nigdy mnie nie nudzą. Wszak, jeśli między rozmówcami jest wzajemna ciekawość, jeśli siebie nawzajem jesteśmy ciekawi, to przecież między nami nie może być nudno!
Drodzy Studenci i Absolwenci, dziękuję za to, że dzięki tak różnorodnym spotkaniom z Wami mogłem po prostu zwyczajnie odpocząć!
I dziękuję Wam za uwagę.
Etykiety:
edukacja,
etyka,
foto WZ,
nauka,
notatki ze spotkań,
pedagogika,
personalizm,
socjologia,
uniwersytet,
wychowanie,
wydarzenia
piątek, 14 grudnia 2018
Z mojego listu do Doktoranta
Ja również Panu i Państwu bardzo dziękuję!, to były dla mnie bardzo cenne zajęcia, spotkania, rozmowy… I przy tym bardzo dziękuję za zainteresowanie moimi Rozmaitościami!
Odnośnie uczelnianych trudów itp. pisze Pan m.in.: “Można nie zwracać na coś uwagi, dopóki bezpośrednio nie zostanie się pokrzywdzonym”… To racja, ale może jakimś łagodzącym ‘sposobem na życie’ jest: nie mieć oczekiwań, by nie doświadczać rozczarowań itp. To bardzo dobrze działa np. w odniesieniu do rozmaitych uczelnianych wydarzeń, zajęć, zebrań, konferencji, wystąpień tzw. “autorytetów” itp., ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że wobec spraw bardziej osobistych – w tym bardziej osobistego przeżywania uniwersytetu – jest trudniejsze do skutecznego zastosowania. Tym, co mnie pozytywnie ‘napędza’ – i co zapewne jakoś wyłazi też z moich wywodów podczas zajęć itp., i co w miarę możliwości polecam też innym, zainteresowanym – jest priorytet podmiotowej perspektywy działania, moralne zobowiązanie, jakie mam wobec konkretnych osób, z którymi dane mi jest wchodzić w rozmaite relacje. To jest zobowiązanie z definicji asymetryczne, czyli takie, które przynajmniej teoretycznie wyklucza poczucie krzywdy, niespełnienia, zawodu itp. A gdy spotka się z nim jakiś nieoczekiwany plus – na przykład taki miły list, jak ten otrzymany od Pana – to wyżej wspomniany ‘napęd’ zyskuje kolejną porcję energii.
Odnośnie uczelnianych trudów itp. pisze Pan m.in.: “Można nie zwracać na coś uwagi, dopóki bezpośrednio nie zostanie się pokrzywdzonym”… To racja, ale może jakimś łagodzącym ‘sposobem na życie’ jest: nie mieć oczekiwań, by nie doświadczać rozczarowań itp. To bardzo dobrze działa np. w odniesieniu do rozmaitych uczelnianych wydarzeń, zajęć, zebrań, konferencji, wystąpień tzw. “autorytetów” itp., ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że wobec spraw bardziej osobistych – w tym bardziej osobistego przeżywania uniwersytetu – jest trudniejsze do skutecznego zastosowania. Tym, co mnie pozytywnie ‘napędza’ – i co zapewne jakoś wyłazi też z moich wywodów podczas zajęć itp., i co w miarę możliwości polecam też innym, zainteresowanym – jest priorytet podmiotowej perspektywy działania, moralne zobowiązanie, jakie mam wobec konkretnych osób, z którymi dane mi jest wchodzić w rozmaite relacje. To jest zobowiązanie z definicji asymetryczne, czyli takie, które przynajmniej teoretycznie wyklucza poczucie krzywdy, niespełnienia, zawodu itp. A gdy spotka się z nim jakiś nieoczekiwany plus – na przykład taki miły list, jak ten otrzymany od Pana – to wyżej wspomniany ‘napęd’ zyskuje kolejną porcję energii.
Etykiety:
aksjologia,
autonomia,
działanie,
edukacja,
etyka,
filozofia,
moralność,
notatki ze spotkań,
pedagogika,
personalizm,
socjologia,
sumienie,
uniwersytet,
wychowanie,
wydarzenia,
z mojego listu
wtorek, 13 lutego 2018
Z mojego listu do Dyplomowanych Filozofów (2)
…na wszelkie gdziekolwiek organizowane odczyty, konferencje itp. od dawna przychodzę bez jakichkolwiek oczekiwań, wobec czego nigdy nie wychodzę rozczarowany, a przy tym bardziej interesuje mnie to, co kto ma do powiedzenia – i jak się to powiadanie, a po nim dyskutowanie odbywa – niż to, jak kto jest nie/ważny wg naukowych, środowiskowych itp. hierarchii…
Zob. także: Z mojego listu do Dyplomowanych Filozofów.
Zob. także: Z mojego listu do Dyplomowanych Filozofów.
wtorek, 30 stycznia 2018
Wolniewicz
Postacią tyleż popularną, co budzącą skrajne emocje jego zwolenników i przeciwników, był w ostatnich latach filozof, logik, profesor nauk humanistycznych Bogusław Wolniewicz (1927-2017). W Wikipedii napisano o nim m.in., że: „w 1955 złożył wniosek o członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i został do niej przyjęty w 1956. Pełnił funkcję I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Członkiem PZPR (mimo niechęci wobec rządów Gierka) pozostał do 1981. Do 1998 wykładał na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Pod koniec lat 90. XX w. związał się ze środowiskami skupionymi wokół Radia Maryja, na antenie którego występował jako komentator wydarzeń społecznych, kulturalnych i politycznych. Bywał także gościem audycji w Telewizji Trwam. […] Specjalizował się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansował się od głównych nurtów filozofii XX wieku. […] Był zdeklarowanym niewierzącym (przedstawiał się jako «rzymski katolik – niewierzący»). Uściślał to, precyzując, że nie wierzy w przetrwanie świadomości po śmierci. Natomiast nie negował istnienia wyższej inteligencji nad człowiekiem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogus%C5%82aw_Wolniewicz).
Kilkakrotnie miałem okazję słuchać Wolniewicza w kameralnych warunkach podczas spotkań Gdańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Były to spotkania intelektualnie bardzo interesujące, ale towarzysko raczej nieprzyjemne. Prelegentowi zdarzało się krzyknąć na dyskutanta, walnąć pięścią w stół, a nawet wypraszać z dyskusji osoby, które krytycznie odnosiły się do tego, co mówił. Pod tym względem nie stanowił na pewno wzoru do naśladowania, choć retorycznie przy tym zapytywał: „gdzież omawiać najostrzejsze problemy współczesności, jak nie na spotkaniach towarzystwa filozoficznego!?”… A jednak w tym, co mówił i w postawie intelektualnej, którą prezentował jako filozof, znajdowałem to, czego próżno szukać u wielu ugrzecznionych i nijakich filozoficznych karierowiczów: odwagę myślenia i uporządkowanego mówienia tego, co się myśli. W rozprawie doktorskiej poświęconej jego twórczości tak napisano o Autorze: „Jego głos wnosi ład myślowy w chaos twierdzeń generowanych ideologią i emocjami, przy czym bardzo często filozof wskazuje na problemy moralne przemilczane przez ogół jako niewygodne, a przez intelektualistów jako niepoprawne politycznie. Wolniewicz tworzy swoją filozofię w zgodzie z logiką i własnym sumieniem”. (Joanna Smakulska, Bogusława Wolniewicza etyka życia, Katowice 2011).
Sam Wolniewicz (w książce pt. Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka, Komorów 2010) tak ową kwestię ujmował: „człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza”; nie jest „osiodłany”, jak ci milczący, którzy zamienili wolność słowa na gwarancję doczesnych powodzeń. Owa wolność jednak „jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie”. Mówił więc Wolniewicz – ów niegdysiejszy funkcjonariusz partyjny – i pisał słowa, które irytowały jego oponentów i gorszyły światopoglądowych pedantów; choćby takie o dziedzictwie religii: „Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi «chrześcijaństwo»”, ale dziś „lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły”.
W innej swojej pracy (pt. Filozofia i wartości, Warszawa 1993, 2003) Wolniewicz dał minimalistyczną wykładnię charakteru uprawianej profesji. Pisał: „W filozofii nie potrzeba wielkiej erudycji. By ją skutecznie uprawiać, starczy spełnić trzy warunki: mieć coś do powiedzenia, umieć to jasno wyrazić, nie bać się tego zrobić. Gdy brak choć jednego, nie ma filozofii”.
To ujęcie niewątpliwie bliskie jest tym, dla których filozofia jest sprawą życiową – takim wszak się stało dla słów tych autora. Natomiast, a przekonałem się już o tym sam niejednokrotnie, jest ono wręcz nieznośne dla tych, którzy filozofię sprowadzili do nauki i okopali się w jej akademickich rewirach. Daje przecież asumpt do krytyki ich kulturowej roli, tak ochoczo kojarzonej z rzekomym posiadaniem wiedzy już najwyższej. W Wolniewiczowym ujęciu, filozofia uprawiana według powyższego, tylko z pozoru łatwego wskazania, daje wartościową wiedzę tam, gdzie nauki brakuje lub tam, gdzie rozmaitym brakuje odwagi myślenia. Sam Autor wyjaśniał to następująco: „Filozofia nie jest nauką. […] Świat nie kończy się jednak wraz z nauką, a żyć w nim i myśleć trzeba. Filozofia jest dziś tym, czym zawsze była: próbą racjonalnego orientowania się w świecie, gdzie brak wiedzy pozytywnej. Jest więc sprawą serio, nie – jak się czasem słyszy – intelektualną zabawą”. Tak rozumiana filozofia nie stroni więc od mocowania się z sumieniem rozumującego człowieka i nie gorszy się też wagą zdrowego rozsądku. Jest jednak filozofią raczej trudnej drogi niż myślą wygodnie rozsiadłą w salonach…
[Wojciech E. Zieliński, Wolniewicz, "Na Rozstajach", 2018, nr 1 (309), s. 12.]
Kilkakrotnie miałem okazję słuchać Wolniewicza w kameralnych warunkach podczas spotkań Gdańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Były to spotkania intelektualnie bardzo interesujące, ale towarzysko raczej nieprzyjemne. Prelegentowi zdarzało się krzyknąć na dyskutanta, walnąć pięścią w stół, a nawet wypraszać z dyskusji osoby, które krytycznie odnosiły się do tego, co mówił. Pod tym względem nie stanowił na pewno wzoru do naśladowania, choć retorycznie przy tym zapytywał: „gdzież omawiać najostrzejsze problemy współczesności, jak nie na spotkaniach towarzystwa filozoficznego!?”… A jednak w tym, co mówił i w postawie intelektualnej, którą prezentował jako filozof, znajdowałem to, czego próżno szukać u wielu ugrzecznionych i nijakich filozoficznych karierowiczów: odwagę myślenia i uporządkowanego mówienia tego, co się myśli. W rozprawie doktorskiej poświęconej jego twórczości tak napisano o Autorze: „Jego głos wnosi ład myślowy w chaos twierdzeń generowanych ideologią i emocjami, przy czym bardzo często filozof wskazuje na problemy moralne przemilczane przez ogół jako niewygodne, a przez intelektualistów jako niepoprawne politycznie. Wolniewicz tworzy swoją filozofię w zgodzie z logiką i własnym sumieniem”. (Joanna Smakulska, Bogusława Wolniewicza etyka życia, Katowice 2011).
Sam Wolniewicz (w książce pt. Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka, Komorów 2010) tak ową kwestię ujmował: „człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza”; nie jest „osiodłany”, jak ci milczący, którzy zamienili wolność słowa na gwarancję doczesnych powodzeń. Owa wolność jednak „jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie”. Mówił więc Wolniewicz – ów niegdysiejszy funkcjonariusz partyjny – i pisał słowa, które irytowały jego oponentów i gorszyły światopoglądowych pedantów; choćby takie o dziedzictwie religii: „Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi «chrześcijaństwo»”, ale dziś „lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły”.
W innej swojej pracy (pt. Filozofia i wartości, Warszawa 1993, 2003) Wolniewicz dał minimalistyczną wykładnię charakteru uprawianej profesji. Pisał: „W filozofii nie potrzeba wielkiej erudycji. By ją skutecznie uprawiać, starczy spełnić trzy warunki: mieć coś do powiedzenia, umieć to jasno wyrazić, nie bać się tego zrobić. Gdy brak choć jednego, nie ma filozofii”.
To ujęcie niewątpliwie bliskie jest tym, dla których filozofia jest sprawą życiową – takim wszak się stało dla słów tych autora. Natomiast, a przekonałem się już o tym sam niejednokrotnie, jest ono wręcz nieznośne dla tych, którzy filozofię sprowadzili do nauki i okopali się w jej akademickich rewirach. Daje przecież asumpt do krytyki ich kulturowej roli, tak ochoczo kojarzonej z rzekomym posiadaniem wiedzy już najwyższej. W Wolniewiczowym ujęciu, filozofia uprawiana według powyższego, tylko z pozoru łatwego wskazania, daje wartościową wiedzę tam, gdzie nauki brakuje lub tam, gdzie rozmaitym brakuje odwagi myślenia. Sam Autor wyjaśniał to następująco: „Filozofia nie jest nauką. […] Świat nie kończy się jednak wraz z nauką, a żyć w nim i myśleć trzeba. Filozofia jest dziś tym, czym zawsze była: próbą racjonalnego orientowania się w świecie, gdzie brak wiedzy pozytywnej. Jest więc sprawą serio, nie – jak się czasem słyszy – intelektualną zabawą”. Tak rozumiana filozofia nie stroni więc od mocowania się z sumieniem rozumującego człowieka i nie gorszy się też wagą zdrowego rozsądku. Jest jednak filozofią raczej trudnej drogi niż myślą wygodnie rozsiadłą w salonach…
[Wojciech E. Zieliński, Wolniewicz, "Na Rozstajach", 2018, nr 1 (309), s. 12.]
Etykiety:
autonomia,
działanie,
edukacja,
filozofia,
godność,
inteligencja,
kultura,
moralność,
Na Rozstajach,
nauka,
notatki ze spotkań,
racjonalizm,
religia,
Smakulska,
socjologia,
sumienie,
wiara,
Wolniewicz,
wychowanie
środa, 27 września 2017
Kapliczka sierpniowa
Z czym kojarzy się Państwu sierpień? Im bardziej ogólne i naturalne te skojarzenia, tym też zapewne powszechniej są znane. Zróbmy w tym miejscu niewielki ich przegląd, a ja tymczasem dla poszerzenia refleksji sięgnę jeszcze po zbiór myśli cudzych.
Lato – ostatnio w naszych stronach trochę jakby bardziej zimne, mokre i wietrzne; czasem tak bardzo wietrzne i burzowe, że niszczy wielu ludziom ich życiowy dobytek. Urlop – czas gromadzenia wrażeń, „zaliczonych” zamków, parków rozrywki, przy/hotelowych basenów i tym podobnych, którymi potem będzie można pochwalić się w pracy, albo też – czas mniej atrakcyjnych, za to już zapewne po prostu koniecznych, odkładanych przez lata domowych remontów. O urlopie napisano, że „może zmienić tuszę, nie duszę” (Antoni Cwojdziński), ale nie jest to przecież prawda objawiona. Wakacje – niestety, tu im bardziej tyje sierpniowy kalendarz, tym wyraźniej słychać hasło „Witaj szkoło!”. (Jan Kurczab swego czasu doradzał, by przez szkołę „iść na przekór. Sobie, szacownej rodzinie, cennemu ciału pedagogicznemu”. Od siebie dodam, że coś w tym jest. Taka postawa wprawdzie nie czyni życia łatwiejszym, ale niewątpliwie czyni je mniej sformatowanym przez innych, bardziej autonomicznym, autorskim i twórczym. Byleby tylko nie liczyć na wiele, gdy przyjdzie do głowy oczekiwanie uznania ze strony tych, którzy jednak wolą poddanych, posłusznych i sformatowanych). Trzeźwość – och!, to temat jak rzeka wódki albo szerokie rozlewisko piwa. Czemuż by miał sierpień kojarzyć się z trzeźwością? Tym, którzy nie wiedzą, krótkie przypomnienie.
Wiele lat temu prymas Polski kard. Stefan Wyszyński ułożył tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego. 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze uroczyście wybrzmiały między innymi te słowa:
„Wielka Boga-Człowieka Matko, Bogarodzico Dziewico, Bogiem sławiona Maryjo Królowo świata i Polski Królowo […] Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi. Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu i rozwiązłości. Przyrzekamy zdobywać cnoty wierności i sumienności, pracowitości i oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej. Królowo Polski – przyrzekamy!”.
Od 1984 roku właśnie „maryjny” u nas miesiąc sierpień traktowany jest, jako czas szczególnej modlitwy i refleksji nad problemem nałogów, czas zachęty do umiarkowania i abstynencji. Bo choć zdaniem niektórych, „Polakom zagraża nie tyle wódka, ile woda sodowa” (Paweł Jasienica), to jednak nadużywanie alkoholu niesie wciąż wiele cierpień i szkód. W 1987 roku papież Jan Paweł II wzywał: „Nie niszcz siebie! Wszyscy znamy ten nałóg, który tak wiele nam zaszkodził w przeszłości, a który dzisiaj zdaje się znowu potęgować. Mówię więc do każdego i do każdej: nie niszcz siebie! Nie wolno ci niszczyć siebie, bo nie żyjesz tylko dla siebie. Kiedy więc degradujesz siebie przez nałóg, to równocześnie niszczysz drugich. Szkodzisz twojej rodzinie, twoim dzieciom. Osłabiasz społeczeństwo, które liczy na twoją trzeźwość, zwłaszcza przy pracy”.
W bieżącym 2017 roku trwa w naszym kraju Narodowy Kongres Trzeźwości, którego centralne obchody odbędą się we wrześniu w Warszawie (http://www.kongrestrzezwosci.pl/).
I wróćmy raz jeszcze do sierpniowych skojarzeń, zachowując w tym miejscu także religijny kontekst: Drzewa rosną, krzaki rosną, trzeba znowu zrobić porządek w ogrodzie – jak co roku przecież o tej samej porze. Wiem, pamiętam, ale tym razem robię to na raty. (I tak co do sposobów, jak i co do pory roku niekoniecznie według reguł ogrodniczej sztuki, więc słów tu zapisanych lepiej nie traktować jako instruktaż). Pewnego sierpniowego dnia, a było to – co dość istotne – przed środkiem miesiąca, gdy porządkowałem trawnik przy ulicy, zagadnęła mnie sąsiadka.
– Za dwa tygodnie skończę 85 lat – mówi z uśmiechem. A trzeba dodać, że ta kobieta, choć prawie nie słyszy, „trzyma się” bardzo dobrze i widzę nieraz jak jeszcze pomaga innym. Przy tym, niemal codziennie piechotą chodzi do kościoła lub na koniec wsi, do domu, w którym wcześniej mieszkała, by nakarmić mieszkającego tam nadal kota.
– Ale kapliczka u Pana mocno zarośnięta – mówi do mnie ta moja sąsiadka. – Zawsze się modlę, gdy tędy przechodzę, ale teraz tej kapliczki już prawie nie widać…
Oczywiście coś odpowiedziałem: o zmiennej w tym roku pogodzie i o tym, że przez tę pogodę tnę krzaki na raty. Staruszka i tak tych słów nie słyszała. Na szczęście następnego dnia też nie padało, więc mogłem uiścić kolejną ogrodową ratę. Poszły w ruch elektryczne nożyce i przed 15 sierpnia Matka Boska znów była widoczna z przyległej ulicy.
Doprawdy wielka jest siła sąsiedzkiej modlitwy…
[Wojciech E. Zieliński, Kapliczka sierpniowa, "Na Rozstajach", 2017, nr 9 (305), s. 12.]
Lato – ostatnio w naszych stronach trochę jakby bardziej zimne, mokre i wietrzne; czasem tak bardzo wietrzne i burzowe, że niszczy wielu ludziom ich życiowy dobytek. Urlop – czas gromadzenia wrażeń, „zaliczonych” zamków, parków rozrywki, przy/hotelowych basenów i tym podobnych, którymi potem będzie można pochwalić się w pracy, albo też – czas mniej atrakcyjnych, za to już zapewne po prostu koniecznych, odkładanych przez lata domowych remontów. O urlopie napisano, że „może zmienić tuszę, nie duszę” (Antoni Cwojdziński), ale nie jest to przecież prawda objawiona. Wakacje – niestety, tu im bardziej tyje sierpniowy kalendarz, tym wyraźniej słychać hasło „Witaj szkoło!”. (Jan Kurczab swego czasu doradzał, by przez szkołę „iść na przekór. Sobie, szacownej rodzinie, cennemu ciału pedagogicznemu”. Od siebie dodam, że coś w tym jest. Taka postawa wprawdzie nie czyni życia łatwiejszym, ale niewątpliwie czyni je mniej sformatowanym przez innych, bardziej autonomicznym, autorskim i twórczym. Byleby tylko nie liczyć na wiele, gdy przyjdzie do głowy oczekiwanie uznania ze strony tych, którzy jednak wolą poddanych, posłusznych i sformatowanych). Trzeźwość – och!, to temat jak rzeka wódki albo szerokie rozlewisko piwa. Czemuż by miał sierpień kojarzyć się z trzeźwością? Tym, którzy nie wiedzą, krótkie przypomnienie.
Wiele lat temu prymas Polski kard. Stefan Wyszyński ułożył tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego. 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze uroczyście wybrzmiały między innymi te słowa:
„Wielka Boga-Człowieka Matko, Bogarodzico Dziewico, Bogiem sławiona Maryjo Królowo świata i Polski Królowo […] Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi. Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu i rozwiązłości. Przyrzekamy zdobywać cnoty wierności i sumienności, pracowitości i oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej. Królowo Polski – przyrzekamy!”.
Od 1984 roku właśnie „maryjny” u nas miesiąc sierpień traktowany jest, jako czas szczególnej modlitwy i refleksji nad problemem nałogów, czas zachęty do umiarkowania i abstynencji. Bo choć zdaniem niektórych, „Polakom zagraża nie tyle wódka, ile woda sodowa” (Paweł Jasienica), to jednak nadużywanie alkoholu niesie wciąż wiele cierpień i szkód. W 1987 roku papież Jan Paweł II wzywał: „Nie niszcz siebie! Wszyscy znamy ten nałóg, który tak wiele nam zaszkodził w przeszłości, a który dzisiaj zdaje się znowu potęgować. Mówię więc do każdego i do każdej: nie niszcz siebie! Nie wolno ci niszczyć siebie, bo nie żyjesz tylko dla siebie. Kiedy więc degradujesz siebie przez nałóg, to równocześnie niszczysz drugich. Szkodzisz twojej rodzinie, twoim dzieciom. Osłabiasz społeczeństwo, które liczy na twoją trzeźwość, zwłaszcza przy pracy”.
W bieżącym 2017 roku trwa w naszym kraju Narodowy Kongres Trzeźwości, którego centralne obchody odbędą się we wrześniu w Warszawie (http://www.kongrestrzezwosci.pl/).
I wróćmy raz jeszcze do sierpniowych skojarzeń, zachowując w tym miejscu także religijny kontekst: Drzewa rosną, krzaki rosną, trzeba znowu zrobić porządek w ogrodzie – jak co roku przecież o tej samej porze. Wiem, pamiętam, ale tym razem robię to na raty. (I tak co do sposobów, jak i co do pory roku niekoniecznie według reguł ogrodniczej sztuki, więc słów tu zapisanych lepiej nie traktować jako instruktaż). Pewnego sierpniowego dnia, a było to – co dość istotne – przed środkiem miesiąca, gdy porządkowałem trawnik przy ulicy, zagadnęła mnie sąsiadka.
– Za dwa tygodnie skończę 85 lat – mówi z uśmiechem. A trzeba dodać, że ta kobieta, choć prawie nie słyszy, „trzyma się” bardzo dobrze i widzę nieraz jak jeszcze pomaga innym. Przy tym, niemal codziennie piechotą chodzi do kościoła lub na koniec wsi, do domu, w którym wcześniej mieszkała, by nakarmić mieszkającego tam nadal kota.
– Ale kapliczka u Pana mocno zarośnięta – mówi do mnie ta moja sąsiadka. – Zawsze się modlę, gdy tędy przechodzę, ale teraz tej kapliczki już prawie nie widać…
Oczywiście coś odpowiedziałem: o zmiennej w tym roku pogodzie i o tym, że przez tę pogodę tnę krzaki na raty. Staruszka i tak tych słów nie słyszała. Na szczęście następnego dnia też nie padało, więc mogłem uiścić kolejną ogrodową ratę. Poszły w ruch elektryczne nożyce i przed 15 sierpnia Matka Boska znów była widoczna z przyległej ulicy.
Doprawdy wielka jest siła sąsiedzkiej modlitwy…
[Wojciech E. Zieliński, Kapliczka sierpniowa, "Na Rozstajach", 2017, nr 9 (305), s. 12.]
Etykiety:
autonomia,
Cwojdziński,
działanie,
edukacja,
Jan Paweł II,
Jasienica,
Kościół,
Kurczab,
Na Rozstajach,
notatki ze spotkań,
religia,
wiara,
wydarzenia,
Wyszyński
środa, 30 sierpnia 2017
Zapiski pokonkursowe (2)
Podobnie jak poprzednim razem [zob. tutaj], również w bieżącym roku miałem zaszczyt uczestniczyć w organizowanym przez Instytut Tertio Millennio Konkursie Papieskim – przewodnicząc w regionie gdańskim jego komisji finałowej, co miało miejsce w sobotę 3 czerwca b.r. w Domu Parafialnym Świętego Brunona przy Parafii Archikatedralnej pw. Trójcy Świętej w Gdańsku. Motywem wiodącym tegorocznej, XIII edycji Konkursu był „Patriotyzm Karola Wojtyły, 1920-2005”; uczestnikom zaproponowano do pisemnego opracowania następujące trzy tematy i zestawy związanych z nimi lektur:
(1) Czym – według Jana Pawła II – jest patriotyzm i w czym – Twoim zdaniem – najbardziej przejawiał się on w działaniu Papieża z Polski? (Jan Paweł II, Apel Jasnogórski z młodzieżą – Częstochowa 18 czerwca 1983; Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005); (2) Jakie najważniejsze wskazania dla Rodaków skierował Jan Paweł II w katechezach na temat Dekalogu, wygłoszonych podczas swej pielgrzymki do Polski w 1991 roku? (Jan Paweł II, Homilia podczas Mszy św. odprawionej przy kościele Świętego Ducha – Koszalin 1 czerwca 1991; Jan Paweł II, Msza św. w Parku Agrykola. Beatyfikacja O. Rafała Chylińskiego – Warszawa 9 czerwca 1991); (3) Jaki fragment nauczania Jana Pawła II i dlaczego uważasz za najważniejszy dla Polski A.D. 2017? (J. Poniewierski /red./, Jan Paweł II: pielgrzymki do ojczyzny 1979, 1983, 1987, 1991, 1995, 1997, 1999, 2002. Przemówienia i homilie, Kraków 2015; M. Zięba, Niezwykły pontyfikat, Kraków 1997). Z grona pięciorga finalistów naszego regionu – uczniów szkół ponadgimnazjalnych z Chojnic, Lubawy, Pelplina, Przodkowa i Starogardu Gdańskiego – jedna osoba wybrała drugi, a cztery pozostałe pierwszy z wyżej wymienionych tematów.
Paweł Łukowski napisał o roku 1991, przypominając ówczesne nauczanie Jana Pawła II, nawiązujące do treści ósmego przykazania Dekalogu: „Każdy z nas ma prawo do prawdy, dzięki której czujemy się wolni. Ważne jest natomiast, że kiedy głosimy prawdę musimy liczyć się z jej konsekwencjami oraz z tym, że musi być ona głoszona przez miłość do drugiego człowieka. Właśnie dlatego na zakończenie papież mówił nam, że czeka przed nami wielka praca nad mową jaką się posługujemy”.
Martyna Kosiedowska przywołała papieską refleksję nad imieniem „Polska”, które to imię nas, Polaków określa i zobowiązuje, a przy tym niewątpliwie kosztuje, i przypomniała, że „to jak ludzie się zachowują, oznacza też ich stosunek do kraju”: „Nie możemy się porównywać do innych narodów, ponieważ my mamy swą jedność, swój patriotyzm i godność […] nasz patriotyzm i nasza wiara łączą się ze sobą i razem tworzą jedność. […] Dzięki Janowi Pawłowi II my, w szczególności, młodzi ludzie możemy walczyć i być dumni ze swojego kraju”.
Magdalena Szczepańska napisała, że Ojciec Święty Jan Paweł II, pozostając przecież polskim patriotą, w pewnym sensie „był patriotą każdego narodu. Zawsze stawał w obronie najsłabszych i podkreślał ich jednakowe prawo do ojczyzny”. Jego wizja patriotyzmu była bowiem „pełna chrześcijańskiej koncepcji człowieka” i przekonania, że „umiłowanie ojczyzny niemożliwe jest bez pracy, szacunku dla niej i człowieka pracującego”.
Jerzy Dziemiński zakończył swoją pracę następująco: „Moim zdaniem patriotyzm u Jana Pawła II przejawiał się w umiłowaniu literatury, kultury, historii ojczyzny. Łączył się w jedną całość z miłością do ojczyzny i wiarą, która rzuca nadprzyrodzone spojrzenie na ziemskie dzieje. Postawa Papieża, działanie i słowa są dla mnie najlepszym przykładem i wzorem, z którego chcę uczyć się patriotyzmu. Bóg, honor, ojczyzna – słynna maksyma – ukazuje, że te trzy wartości łączą się w jedno i pomagają zrozumieć patriotyzm, ale także pomagają odnaleźć swoje miejsce w ojczyźnie”.
Zwycięzcą tegorocznego Konkursu Papieskiego w naszym regionie został Damian Szymański, który w swojej pracy napisał m.in.: „Żyjemy w czasach, w których pojęcie patriotyzmu i tradycyjnych wartości coraz częściej odchodzi w niepamięć. Ludziom żyje się coraz lepiej i wygodniej. Zapomina się o dziedzictwie pozostawionym nam przez poprzednie pokolenia. Zanika w nas świadomość kim jesteśmy. Wielu ludzi nazywa się Europejczykami, «obywatelami świata». Patriotyzm uważa się za sen minionych dziejów, coś zbędnego. Jednak teraz, w XXI wieku hasło to powinno być żywsze niż kiedykolwiek, zwłaszcza dlatego, że Europa wraca do epoki skrajności, podobnej do tej sprzed II wojny światowej. […] Fakt szczególnego pogłębienia kryzysu społecznego w XX wieku zauważył Jan Paweł II, który przez cały swój pontyfikat wskazywał na dialog i zrozumienie. Szukał tego, co łączy. Budował mosty. Uczył, że trzeba rozmawiać, ale przede wszystkim słuchać, co też czynił całym swoim życiem poprzez otwartość na drugiego człowieka”.
Podsumowując dla TVP3 Gdańsk konkursowe zmagania finalistów, powiedziałem: „To jest ich mocowanie się także z tą materią pojęciową, którą lepiej lub gorzej rozmaici uczestnicy konkursu też przestudiowali i o której mówili, ale to jest także jakieś mocowanie się z emocjami, związanymi z tym, o czym pisali; bo patriotyzm jednak jest zagadnieniem żywym, a w ostatnich czasach bardzo mocno też ożywianym na różnych polach”…
[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe (2), "Na Rozstajach", 2017, nr 7-8 (304), s. 12.]
Relacje w mediach:
https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/cozUmHJByGU
https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/ahnQzFAvTdZ
(1) Czym – według Jana Pawła II – jest patriotyzm i w czym – Twoim zdaniem – najbardziej przejawiał się on w działaniu Papieża z Polski? (Jan Paweł II, Apel Jasnogórski z młodzieżą – Częstochowa 18 czerwca 1983; Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005); (2) Jakie najważniejsze wskazania dla Rodaków skierował Jan Paweł II w katechezach na temat Dekalogu, wygłoszonych podczas swej pielgrzymki do Polski w 1991 roku? (Jan Paweł II, Homilia podczas Mszy św. odprawionej przy kościele Świętego Ducha – Koszalin 1 czerwca 1991; Jan Paweł II, Msza św. w Parku Agrykola. Beatyfikacja O. Rafała Chylińskiego – Warszawa 9 czerwca 1991); (3) Jaki fragment nauczania Jana Pawła II i dlaczego uważasz za najważniejszy dla Polski A.D. 2017? (J. Poniewierski /red./, Jan Paweł II: pielgrzymki do ojczyzny 1979, 1983, 1987, 1991, 1995, 1997, 1999, 2002. Przemówienia i homilie, Kraków 2015; M. Zięba, Niezwykły pontyfikat, Kraków 1997). Z grona pięciorga finalistów naszego regionu – uczniów szkół ponadgimnazjalnych z Chojnic, Lubawy, Pelplina, Przodkowa i Starogardu Gdańskiego – jedna osoba wybrała drugi, a cztery pozostałe pierwszy z wyżej wymienionych tematów.
Paweł Łukowski napisał o roku 1991, przypominając ówczesne nauczanie Jana Pawła II, nawiązujące do treści ósmego przykazania Dekalogu: „Każdy z nas ma prawo do prawdy, dzięki której czujemy się wolni. Ważne jest natomiast, że kiedy głosimy prawdę musimy liczyć się z jej konsekwencjami oraz z tym, że musi być ona głoszona przez miłość do drugiego człowieka. Właśnie dlatego na zakończenie papież mówił nam, że czeka przed nami wielka praca nad mową jaką się posługujemy”.
Martyna Kosiedowska przywołała papieską refleksję nad imieniem „Polska”, które to imię nas, Polaków określa i zobowiązuje, a przy tym niewątpliwie kosztuje, i przypomniała, że „to jak ludzie się zachowują, oznacza też ich stosunek do kraju”: „Nie możemy się porównywać do innych narodów, ponieważ my mamy swą jedność, swój patriotyzm i godność […] nasz patriotyzm i nasza wiara łączą się ze sobą i razem tworzą jedność. […] Dzięki Janowi Pawłowi II my, w szczególności, młodzi ludzie możemy walczyć i być dumni ze swojego kraju”.
Magdalena Szczepańska napisała, że Ojciec Święty Jan Paweł II, pozostając przecież polskim patriotą, w pewnym sensie „był patriotą każdego narodu. Zawsze stawał w obronie najsłabszych i podkreślał ich jednakowe prawo do ojczyzny”. Jego wizja patriotyzmu była bowiem „pełna chrześcijańskiej koncepcji człowieka” i przekonania, że „umiłowanie ojczyzny niemożliwe jest bez pracy, szacunku dla niej i człowieka pracującego”.
Jerzy Dziemiński zakończył swoją pracę następująco: „Moim zdaniem patriotyzm u Jana Pawła II przejawiał się w umiłowaniu literatury, kultury, historii ojczyzny. Łączył się w jedną całość z miłością do ojczyzny i wiarą, która rzuca nadprzyrodzone spojrzenie na ziemskie dzieje. Postawa Papieża, działanie i słowa są dla mnie najlepszym przykładem i wzorem, z którego chcę uczyć się patriotyzmu. Bóg, honor, ojczyzna – słynna maksyma – ukazuje, że te trzy wartości łączą się w jedno i pomagają zrozumieć patriotyzm, ale także pomagają odnaleźć swoje miejsce w ojczyźnie”.
Zwycięzcą tegorocznego Konkursu Papieskiego w naszym regionie został Damian Szymański, który w swojej pracy napisał m.in.: „Żyjemy w czasach, w których pojęcie patriotyzmu i tradycyjnych wartości coraz częściej odchodzi w niepamięć. Ludziom żyje się coraz lepiej i wygodniej. Zapomina się o dziedzictwie pozostawionym nam przez poprzednie pokolenia. Zanika w nas świadomość kim jesteśmy. Wielu ludzi nazywa się Europejczykami, «obywatelami świata». Patriotyzm uważa się za sen minionych dziejów, coś zbędnego. Jednak teraz, w XXI wieku hasło to powinno być żywsze niż kiedykolwiek, zwłaszcza dlatego, że Europa wraca do epoki skrajności, podobnej do tej sprzed II wojny światowej. […] Fakt szczególnego pogłębienia kryzysu społecznego w XX wieku zauważył Jan Paweł II, który przez cały swój pontyfikat wskazywał na dialog i zrozumienie. Szukał tego, co łączy. Budował mosty. Uczył, że trzeba rozmawiać, ale przede wszystkim słuchać, co też czynił całym swoim życiem poprzez otwartość na drugiego człowieka”.
Podsumowując dla TVP3 Gdańsk konkursowe zmagania finalistów, powiedziałem: „To jest ich mocowanie się także z tą materią pojęciową, którą lepiej lub gorzej rozmaici uczestnicy konkursu też przestudiowali i o której mówili, ale to jest także jakieś mocowanie się z emocjami, związanymi z tym, o czym pisali; bo patriotyzm jednak jest zagadnieniem żywym, a w ostatnich czasach bardzo mocno też ożywianym na różnych polach”…
[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe (2), "Na Rozstajach", 2017, nr 7-8 (304), s. 12.]
Relacje w mediach:
https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/cozUmHJByGU
https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/ahnQzFAvTdZ
Etykiety:
aksjologia,
działanie,
edukacja,
Gdańsk,
godność,
Jan Paweł II,
kultura,
moralność,
Na Rozstajach,
notatki ze spotkań,
patriotyzm,
wartość,
wiara,
wychowanie,
wydarzenia
czwartek, 13 lipca 2017
Bez akademickiej spiny, czyli wczasy edukacyjne
- te dwa określenia przychodzą mi na myśl, gdy wspominam swój niedawny udział w zajęciach Letniej Szkoły Tutorów w Gdańsku, zorganizowanej przez Collegium Wratislaviense i zakończonej stosownym certyfikatem. Niemal dwa tygodnie intensywnych zajęć w kilkunastoosobowym gronie ludzi już doświadczonych – pedagogów, psychologów, akademików, przedstawicieli biznesu i in. – a przy tym wciąż uczących się, otwartych na nowe doświadczenia i ciekawych siebie nawzajem. Totalny kontrast do zatęchłego klimatu uczelnianej bufonady, jakiego zdarza mi się czasem doświadczać, gdy nieopatrznie trafiam na ludzi, którzy wszystkiego już się nauczyli, którzy wszystko wiedzą lepiej od innych, którzy wypatrują tylko pochwał dla swych ‘autorytetów’, i którzy, bez obaw o utratę pracy, z powodzeniem uwodzą i kształcą kolejnych, podobnych sobie klonów-bufonów.
Zadaniem domowym uczestników wspomnianych zajęć – poza uważnym studiowaniem bieżących materiałów szkoleniowych – było przeprowadzenie wywiadu na temat wybranych zagadnień edukacyjnych, opartego na zestawie pytań przygotowanych przez Organizatora LST. Zebrany tą drogą materiał posłużył przedmiotowej dyskusji uczestników LST i wzbogacił zasoby Collegium.
Materiał, który mnie udało się zebrać – dzięki uprzejmości osób, które zechciały odpowiedzieć na postawione pytania – zamieszczam poniżej, zapraszając tą drogą do jego lektury:
Wprowadzenie
Celem zapewnienia wymaganej zadaniem liczby trzech przeprowadzonych wywiadów, z prośbą o udzielenie odpowiedzi na pytania zwróciłem się wstępnie do siedmiu osób. Odpowiedzi udzieliło łącznie sześcioro respondentów, w tym: 2 studentów, 2 absolwentów studiów, 2 doktorantów; łącznie 2 kobiety i 4 mężczyźni. Mimo przekroczenia liczby wywiadów wymaganej zadaniem – po uprzedniej konsultacji z prowadzącym zajęcia w ramach 1. i 2. zjazdu LST w Gdańsku – postanowiłem wykorzystać cały zebrany materiał. Zestawienie uzyskanych odpowiedzi oraz ich krótkie podsumowanie znajdują się poniżej. Dane pozwalające na ew. identyfikację autorów wypowiedzi zostały usunięte.
Odpowiedzi respondentów
(Pyt. 1.) Jakie doświadczenie edukacyjne było dla Ciebie do tej pory najważniejsze i dlaczego? Które doświadczenie edukacyjne najbardziej Cię zmieniło i jakie są tego efekty?
(Resp. 1.) Sięgając pamięcią wstecz muszę przyznać, że najważniejsze do tej pory doświadczenia edukacyjne to: egzamin maturalny. Powodem jest to, że dawało mi to możliwość i poczucia zdobycia wykształcenia, które pozwalało kontynuować naukę na studiach wyższych. Najbardziej zmieniło mnie studiowanie na uczelni wyższej. To najbardziej świadome doświadczenie edukacyjne.
(Resp. 2.) Odpowiem może trochę przewrotnie, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że najbardziej znacząca była pewna „porażka” edukacyjna, a mianowicie słabo zdany test gimnazjalny (przy bardzo dobrych ocenach szkolnych). Z jednej strony uniemożliwił mi on wybór liceum, do którego początkowo planowałem pójść, ale z drugiej okazało się, że trafiłem do może mniej „elitarnej”, ale za to pełnej „nauczycieli z pasją” szkoły. Dodatkowo, pomny tego słabego wyniku, wyzwoliły się we mnie duże pokłady ambicji, co w połączeniu ze wspomnianym pozytywnym podejściem nauczycieli spowodowało dość szybki rozwój wiedzy i pewnie przyczyniło się do późniejszego planu by zostać naukowcem.
(Resp. 3.) Bardzo ciężko jest przywołać jedno konkretne doświadczenie edukacyjne, które uważam za najważniejsze. Natomiast z całą pewnością, przypominam sobie kilka sytuacji, które miały ogromny wpływ na moje życie. Po pierwsze był to wyjazd z mojego małego rodzinnego miasta X do Trójmiasta aby zacząć studia i zupełnie nowy etap w edukacji. Pierwsze miesiące w zupełnie nowym miejscu, były dla mnie prawdziwą szkołą życia. Bardzo szybko okazało się, że wybrałam kierunek studiów, na który się nie nadaję i strasznie mnie to stresowało i przytłaczało. Wytrzymałam rok, próbując robić notatki z wykładów w obcym języku, ucząc się na pamięć wszystkich koniugacji, czasów i leksykologii języka francuskiego na filologii romańskiej. Podjęłam decyzję o zmianie kierunku studiów. To był drugi przełomowy okres w moim życiu. Wybrałam socjologię, co dla wielu osób było zdziwieniem i do dzisiaj rzadko spotykam się z aprobatą mojego wyboru. Osobiście uważam, że potrzebowałam tej zmiany, bo teraz mogę powiedzieć, że lubię moje studia. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, ale na socjologii odkryłam, że studia to coś więcej niż tylko chodzenie na zajęcia. Im bardziej się w nie angażuję, tym więcej mi dają. Poprzez udział w kilku projektach badawczych, spotkaniach, otwartych wykładach – poznałam wielu ciekawych ludzi i zyskałam poczucie, że jestem we właściwym miejscu. Francuski pozostał moją pasją, niedawno uzyskałam certyfikat DELF z tego języka, biorę udział w wielu wymianach i wyjazdach młodzieżowych do Francji, a w sierpniu jadę odbyć tam praktyki. Socjologia dała mi inne spojrzenie na moją sytuację i pomogła mi przekuć to co uważałam za swoją porażkę, w coś inspirującego.
(Resp. 4.) Trudno wybrać jedno, jednak dla mnie szczególne znaczenie miało pewne zdarzenie z czasów gimnazjum. Dokładnie pamiętam moment, kiedy nauczycielka języka polskiego na forum klasy powiedziała, że mam ogromny talent do pisania, a moja wiedza wykracza daleko ponad mój wiek. Byłam wtedy bardzo niepewną siebie osobą, która zupełnie nie wierzyła w swoje możliwości. Na dodatek miałam ogromne problemy z matematyką i skupiałam się głównie na tym, że nie potrafię nauczyć się czegoś, co innym przychodzi z łatwością. Moja ówczesna pani od polskiego bardzo mnie wówczas wspierała, pocieszając własnymi doświadczeniami, anegdotami o tym, jak podobne były jej zmagania z przedmiotami ścisłymi. Efektem tego jest to, że wybrałam humanistyczne studia, pisałam w gazecie studenckiej, i kompletnie nie przeszkadza mi to, że do najprostszych obliczeń używam kalkulatora bądź wciąż liczę na palcach.
(Resp. 5.) Pewnie nie będę zbyt oryginalny, ale najważniejszym doświadczeniem edukacyjnym było oczywiście rozpoczęcie studiów. Powód nie jest jednak czysto edukacyjny. Chodzi bardziej o to, że wiązało się to z wyjazdem z domu rodzinnego, zmiana miasta, zmiana otoczenia, nowe obowiązki, z którymi od teraz musiałem radzić sobie sam na miejscu. Oczywiście zmieniło mnie to na tyle, że stałem się odpowiedzialny sam za siebie, poznałem swoje możliwości i ograniczenia… Samo studiowanie akurat socjologii (dziennie, a to ma wg mnie duże znaczenie) pozwoliło mi też otworzyć się na odważniejsze wyrażanie swoich opinii, bo studiowanie wśród ludzi (i zajęcia z wykładowcami) o różnych poglądach pokazało mi, że różne opinie to norma.
(Resp. 6.) W tym miejscu wydaje mi się niezbędnym wprowadzenie rozróżnienia na edukacje formalną i nieformalną. Jeśli chodzi o „formalne doświadczenia” to tutaj chciałbym powiedzieć zarówno o negatywnym jak i pozytywnym doświadczeniu. / Egzamin maturalny, dla wielu osób jest zamknięciem pewnego etapu życiowego, postawienie grubej kreski między dzieciństwem a quasi-dorosłością, symbolem, a raczej rytuałem przejścia. Niestety dla mnie, obraz tych dni prezentuje się zupełnie inaczej. Dzisiaj, ze względu na większy bagaż doświadczeń, możliwość spojrzenia z dystansu oraz dzięki zdobytej wiedzy wspominam „maturę” dość przykro… Jako swoiste symulakrum piętna, systemu opieki zdrowia psychicznego oraz panujących społecznie fobii i uprzedzeń. Egzamin dojrzałości pisałem w osobnej sali, w towarzystwie czterech nauczycielek oraz pielęgniarki. Było to tłumaczone ochroną mojego zdrowia, bezpieczeństwem oraz procedurami. Archaiczny system ochrony zdrowia psychicznego, społecznie panująca stygma oraz odrzucenie społeczne zunifikowały się do wspomnienia egzaminu maturalnego. / W zupełnej skrajności do doświadczeń maturalnych stoi studiowanie socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. Doświadczenie to jest dla mnie niezmiernie ważne z kilku powodów. Po pierwsze, jest dla mnie fantastyczna przygodą, choć przede wszystkim w kontekście samego uprawiania nauki, różnica wiekowa między współstudiującymi uwydatnia się w relacjach towarzyskich. Studiowanie uzmysłowiło mi, że mimo wszelkich przeciwności, niedogodności czy utrudnień należy starać się spełniać marzenia, ciągoty czy intelektualne potrzeby. Można powiedzieć, że pierwszy rok studiów nakreślił pewną drogę życiową, którą chciałbym podążać – drogą nauki, kontynuować studia II i III stopnia. Poznanie nauki, studentów, pracowników naukowych oraz wykładowców i wykładowczyń zerwało utożsamianie systemu edukacji z piętnem, zamkniętością oraz zachowawczym lękiem. Można powiedzieć, że w pewien sposób podjęcie studiów socjologicznych rozpoczęło nowy etap w moim życiu, oraz utwierdziło to poczucie „powołania” do uprawiania nauk społecznych. Efekty tego doświadczenia są dwojakie, z jednej strony osobiste, powiązanie nie tylko z własną tożsamością ale także poprawą stanu zdrowia, wręcz można powiedzieć o „uzdrowieniu”. Jeśli chodzi o „znaki dobrego wyboru drogi życia” no to wydaje mi się, że efektem są bardzo dobre wyniki w studiowaniu oraz moje zaangażowanie w życie społeczne, zwłaszcza w kwestii prawno człowieczej jak i w tematyce ochrony zdrowia psychicznego, m.in. czynny udział w konferencji W Stronę Człowieka.
(Pyt. 2.) Czy w ramach tego doświadczenia pojawiła się osoba, która odegrała ważną rolę? Jeśli tak, to co ją charakteryzowało?
(Resp. 1.) W ramach tego doświadczenia to nie było szczególnej osoby. Podczas nauki w liceum były to różne osoby, których charakteryzowało dobre nauczanie i ukierunkowanie na społeczny kontekst świata. Podczas studiów było podobnie. Jednak największą rolę odegrała promotor pracy magisterskiej – X, swoim podejściem do nauczania, prowadzenia studenta i pracy nad pracą magisterską.
(Resp. 2.) Nie miałem kogoś w rodzaju „mistrza”, za kim bym podążał i którego wpływowi poddawałbym się bezkrytycznie (może to też kwestia tego, że nie szukałem takiej osoby?). Natomiast cały okres edukacji poznałem wiele ważnych osób, które czymś mnie inspirowały i prawdopodobnie to co myślę, robię, jest w dużej mierze mozaiką tych różnych wpływów. Zastanawiam się czy coś te osoby łączy i dochodzę do wniosku, że była to pewnego rodzaju szczerość intencji i naturalność zachowania. One wszystkie były z jednej strony „pewne swego”, pewne drogi, którą obrały i nikogo innego nie udawały, a przy tym wszystkim nie sprawiały wrażenia, że ich postawa jest jedynie właściwa.
(Resp. 3.) Tak, pojawiło się kilka osób którym jestem bardzo wdzięczna. Niektóre nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo mi pomogły. Był to mój nauczyciel francuskiego z rodzinnego miasta, mój przyjaciel chory na raka, moi rodzice, przyjaciółka, narzeczony, kilka osób które poznałam już na socjologii. Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że pomogły mi nawet książki, które skłoniły mnie do wielu refleksji i cieszę się, że trafiły w moje ręce w odpowiednim czasie.
(Resp. 4.) Chyba po części odpowiedź znajduje się powyżej. Warto jednak dodać, że była to niesamowita nauczycielka. Traktowała każdego ucznia bardzo indywidualnie, dzieliła się swoją ogromną wiedzą, w wyjątkowy sposób. Myślę, że nie było wówczas osoby, której nie zainteresowała językiem polskim.
(Resp. 5.) Nie, żadna konkretna osoba.
(Resp. 6.) Wcześniej wspomniałem o edukacji nieformalnej. Chyba najważniejszym i najbardziej wpływowym doświadczeniem były obozy letnie w Żarnowcu, gdzie byliśmy goszczeni przez Benedyktynki, razem pracowaliśmy, rozmawialiśmy, były wspólne modlitwy, ale przede wszystkim traktuje to jako doświadczenie metafizyczne. Jednak metafizyczne nie ze względu na obcowanie z Bogiem, tylko na doświadczeniu, rzeczywistym, które było widać, można było dotknąć, zobaczyć i poczuć – doświadczenie wiary sióstr zakonnych. Podczas tych obozów mieliśmy także spotkania z o. Karolem Meissnerem, również benedyktyn. To właśnie „pogadanki” z Wujem Meissnerem (tak go określaliśmy, i tak został w mojej pamięci) pamiętam jako wspaniałe nauki filozoficzne, z dzisiejszej perspektywy widzę jak bardzo wpłynęły one na moje postrzeganie rzeczywistości społecznej. Ale przede wszystkim nauczyły mnie spojrzenia na drugiego człowieka jako osoby, jednostki bez znaczenia jakiego jest koloru skóry, orientacji seksualnej czy etnicznego pochodzenia. / Poza wspomnianym ojcem Meissnerem, w moim doświadczeniu edukacyjnym bardzo ważne miejsce zajmują wykładowcy z Uniwersytetu Gdańskiego, miałem przyjemność z nimi współpracować, rozmawiać, pytać o radę itd. Trudno mi jednoznacznie wskazać jedną „przodującą” osobę, dlatego powiem tylko, że jest ich czwórka, a nazwiska pominę :)
(Pyt. 3.) Gdybyś mógł wybrać jakąkolwiek osobę na świecie na swojego tutora, mistrza, kim byłaby ta osoba i nad czym chciałabyś/chciałbyś z nią/nim pracować?
(Resp. 1.) Nie rozumiem pytania. Czy to ma być osoba ze świata czy z mojego toku studiów/nauki? Jeśli ze świata to byłaby to osoba już niestety nie żyjąca – byłby nią C.W. Mills – amerykański socjolog. Chciałbym pracować nad swoją rozprawą doktorską. Inną osobą byłby Alfred N. Whitehead, z którym mógłbym pracować nad koncepcją miejsca nauki w społeczeństwie.
(Resp. 2.) Byłby to amerykański socjolog Randall Collins – przede wszystkim imponuje mi jego niebywała umiejętność myślenia wielowymiarowego – w kontekście mikro-, mezo- makrostruktur, uwarunkowań historycznych, czy z włączeniem aspektów biosocjologicznych. Gdyby istniała taka możliwość chciałbym opracować z nim temat socjologii uczenia się – biorąc pod uwagę wcześniej zarysowane aspekty.
(Resp. 3.) Chyba nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jako pierwszy przyszedł mi na myśl mój tata, bo to on jest dla mnie największym autorytetem. Wszystkiego mnie nauczył. Zaraził mnie pasją do podróży i chciałabym pracować z nim dalej nad rozwojem naszego lokalnego stowarzyszenia X. Organizacja dużych imprez turystycznych, wyjazdów, spływów tematycznych, spotkań z podróżnikami daje mi wiele satysfakcji, ale wymaga też sporego zaangażowania, aby wszystko logistycznie ogarnąć, od wolontariuszy po noclegi itp. Cieszę się, że znalazłam wspólną pasję z tatą i mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy razem współpracować i uczyć się od siebie nawzajem.
(Resp. 4.) Wybrałabym profesora Philipa Zimbardo. Myślę, że chciałabym z nim pracować nad tym jak „wyciągać” z ludzi ich najlepsze cechy, jak motywować do działania, przywracać wiarę we własne możliwości.
(Resp. 5.) Szczerze mówiąc nie uznaję relacji tutor/mistrz – uczeń. Uczę się życia od wszystkich otaczających mnie osób, uczę się też na błędach, które każdy musi popełnić. Nie chciałbym, żeby jedna, konkretna osoba mówiła mi jak mam żyć, nie chciałbym też „pracować nad czymś” z osobą, która z góry uważałaby się za kogoś, kto ma przelać na mnie wszelką wiedzę życiową.
(Resp. 6.) Nigdy się nie zastanawiałem nad wyborem „nauczyciela”, ale chyba w tej chwili jako swojego nauczyciela (żyjącego) wskazałbym papieża Franciszka, a z nieżyjących… Fryderyka Nietzschego lub Karla Jaspersa. Są to dla mnie autorytety, z którymi sama rozmowa byłaby dla mnie niezwykle ważna i inspirująca. Trudno wskazać mi jeden temat, zagadnienie do współpracy, ale gdybym musiał byłyby to zagadnienia etyki i aksjologii.
Podsumowanie
Odpowiadając na pytanie o najważniejsze dotychczasowe doświadczenia edukacyjne, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:
(a) wagę edukacyjnej porażki (tu: słabo zdany test gimnazjalny), po której, dzięki pasji i pozytywnemu podejściu nowych nauczycieli, nastąpiło wyzwolenie ukrytych pokładów ambicji ucznia
(b) wsparcie ze strony nauczyciela, który potrafił zauważyć (tu:) pisarski talent uczennicy i pomagał go rozwijać, ze świadomością niedostatków na innych polach jej wiedzy i umiejętności
(c) egzamin maturalny jako swego rodzaju klucz otwierający drzwi do późniejszej, bardziej świadomej edukacji
(d) podjęcie studiów wymagające zmiany miejsca zamieszkania i powodujące konieczność radzenia sobie w zupełnie nowych warunkach życia i nauki, oraz dające doświadczenie różnorodności światopoglądowej nowopoznanych osób, i w związku z tym, pozwalające na nabranie odwagi wyrażania własnych opinii i poglądów
(e) doświadczenie pierwotnie źle wybranego kierunku studiów, a po nim – znalezienie właściwego dla siebie miejsca na nowym kierunku i płynące z tego zadowolenie, mimo ograniczonej akceptacji dla ww. zmiany ze strony otoczenia
(f) kontrast przykrego doświadczenia matury, zdawanej (tu: ze względu na sytuację zdrowotną zdającego) w warunkach swego rodzaju izolacji społecznej, z pozytywnym doświadczeniem edukacji na poziomie wyższym, wyzwalającym (tu:) z piętna oraz lęków przeszłości.
Odpowiadając na pytanie o najważniejsze dotychczas napotkane osoby, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:
(a) wielość osób faktycznie inspirujących – swego rodzaju mozaikę dotychczasowych wpływów edukacyjnych
(b) potrzebę dobrego nauczania i prowadzenia podopiecznego, uwzględniającą także społeczny kontekst edukacji
(c) zauważalne cechy osób zapamiętanych: szczerość intencji i naturalność zachowań, autentyzm prezentowanej postawy, a przy tym pewność własnej drogi i otwartość na drogi innych.
Odpowiadając na pytanie o wybór ew. przewodnika na przyszłość, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:
(a) znaczenie uznanych autorytetów – bliskich i bezpośrednio znanych sobie osób (tu np. ojciec jako autorytet i współpracownik, który zaraził pasją określonego działania), jak też osób znanych pośrednio i działających publicznie (m.in. w sferze wartości współczesnej kultury życia społecznego, jak np. papież Franciszek), oraz (tu: ze względu na naukowe plany podopiecznych) osób poznanych i zapamiętanych w świecie nauki
(b) pożądane cechy ew. przewodnika jako osoby, która potrafi „wyciągać” z ludzi najlepsze cechy, przywracać wiarę we własne możliwości i motywować do dalszego działania
(c) zindywidualizowane potrzeby ew. podopiecznych, tu m.in. sygnalizowany dystans do relacji mistrz – uczeń i niechęć do pozostawania pod wpływem jednej osoby dominującej, kształtującej podopiecznego.
Zob. także: Zakłócone wystąpienie konferencyjne.
Zadaniem domowym uczestników wspomnianych zajęć – poza uważnym studiowaniem bieżących materiałów szkoleniowych – było przeprowadzenie wywiadu na temat wybranych zagadnień edukacyjnych, opartego na zestawie pytań przygotowanych przez Organizatora LST. Zebrany tą drogą materiał posłużył przedmiotowej dyskusji uczestników LST i wzbogacił zasoby Collegium.
Materiał, który mnie udało się zebrać – dzięki uprzejmości osób, które zechciały odpowiedzieć na postawione pytania – zamieszczam poniżej, zapraszając tą drogą do jego lektury:
Wprowadzenie
Celem zapewnienia wymaganej zadaniem liczby trzech przeprowadzonych wywiadów, z prośbą o udzielenie odpowiedzi na pytania zwróciłem się wstępnie do siedmiu osób. Odpowiedzi udzieliło łącznie sześcioro respondentów, w tym: 2 studentów, 2 absolwentów studiów, 2 doktorantów; łącznie 2 kobiety i 4 mężczyźni. Mimo przekroczenia liczby wywiadów wymaganej zadaniem – po uprzedniej konsultacji z prowadzącym zajęcia w ramach 1. i 2. zjazdu LST w Gdańsku – postanowiłem wykorzystać cały zebrany materiał. Zestawienie uzyskanych odpowiedzi oraz ich krótkie podsumowanie znajdują się poniżej. Dane pozwalające na ew. identyfikację autorów wypowiedzi zostały usunięte.
Odpowiedzi respondentów
(Pyt. 1.) Jakie doświadczenie edukacyjne było dla Ciebie do tej pory najważniejsze i dlaczego? Które doświadczenie edukacyjne najbardziej Cię zmieniło i jakie są tego efekty?
(Resp. 1.) Sięgając pamięcią wstecz muszę przyznać, że najważniejsze do tej pory doświadczenia edukacyjne to: egzamin maturalny. Powodem jest to, że dawało mi to możliwość i poczucia zdobycia wykształcenia, które pozwalało kontynuować naukę na studiach wyższych. Najbardziej zmieniło mnie studiowanie na uczelni wyższej. To najbardziej świadome doświadczenie edukacyjne.
(Resp. 2.) Odpowiem może trochę przewrotnie, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że najbardziej znacząca była pewna „porażka” edukacyjna, a mianowicie słabo zdany test gimnazjalny (przy bardzo dobrych ocenach szkolnych). Z jednej strony uniemożliwił mi on wybór liceum, do którego początkowo planowałem pójść, ale z drugiej okazało się, że trafiłem do może mniej „elitarnej”, ale za to pełnej „nauczycieli z pasją” szkoły. Dodatkowo, pomny tego słabego wyniku, wyzwoliły się we mnie duże pokłady ambicji, co w połączeniu ze wspomnianym pozytywnym podejściem nauczycieli spowodowało dość szybki rozwój wiedzy i pewnie przyczyniło się do późniejszego planu by zostać naukowcem.
(Resp. 3.) Bardzo ciężko jest przywołać jedno konkretne doświadczenie edukacyjne, które uważam za najważniejsze. Natomiast z całą pewnością, przypominam sobie kilka sytuacji, które miały ogromny wpływ na moje życie. Po pierwsze był to wyjazd z mojego małego rodzinnego miasta X do Trójmiasta aby zacząć studia i zupełnie nowy etap w edukacji. Pierwsze miesiące w zupełnie nowym miejscu, były dla mnie prawdziwą szkołą życia. Bardzo szybko okazało się, że wybrałam kierunek studiów, na który się nie nadaję i strasznie mnie to stresowało i przytłaczało. Wytrzymałam rok, próbując robić notatki z wykładów w obcym języku, ucząc się na pamięć wszystkich koniugacji, czasów i leksykologii języka francuskiego na filologii romańskiej. Podjęłam decyzję o zmianie kierunku studiów. To był drugi przełomowy okres w moim życiu. Wybrałam socjologię, co dla wielu osób było zdziwieniem i do dzisiaj rzadko spotykam się z aprobatą mojego wyboru. Osobiście uważam, że potrzebowałam tej zmiany, bo teraz mogę powiedzieć, że lubię moje studia. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, ale na socjologii odkryłam, że studia to coś więcej niż tylko chodzenie na zajęcia. Im bardziej się w nie angażuję, tym więcej mi dają. Poprzez udział w kilku projektach badawczych, spotkaniach, otwartych wykładach – poznałam wielu ciekawych ludzi i zyskałam poczucie, że jestem we właściwym miejscu. Francuski pozostał moją pasją, niedawno uzyskałam certyfikat DELF z tego języka, biorę udział w wielu wymianach i wyjazdach młodzieżowych do Francji, a w sierpniu jadę odbyć tam praktyki. Socjologia dała mi inne spojrzenie na moją sytuację i pomogła mi przekuć to co uważałam za swoją porażkę, w coś inspirującego.
(Resp. 4.) Trudno wybrać jedno, jednak dla mnie szczególne znaczenie miało pewne zdarzenie z czasów gimnazjum. Dokładnie pamiętam moment, kiedy nauczycielka języka polskiego na forum klasy powiedziała, że mam ogromny talent do pisania, a moja wiedza wykracza daleko ponad mój wiek. Byłam wtedy bardzo niepewną siebie osobą, która zupełnie nie wierzyła w swoje możliwości. Na dodatek miałam ogromne problemy z matematyką i skupiałam się głównie na tym, że nie potrafię nauczyć się czegoś, co innym przychodzi z łatwością. Moja ówczesna pani od polskiego bardzo mnie wówczas wspierała, pocieszając własnymi doświadczeniami, anegdotami o tym, jak podobne były jej zmagania z przedmiotami ścisłymi. Efektem tego jest to, że wybrałam humanistyczne studia, pisałam w gazecie studenckiej, i kompletnie nie przeszkadza mi to, że do najprostszych obliczeń używam kalkulatora bądź wciąż liczę na palcach.
(Resp. 5.) Pewnie nie będę zbyt oryginalny, ale najważniejszym doświadczeniem edukacyjnym było oczywiście rozpoczęcie studiów. Powód nie jest jednak czysto edukacyjny. Chodzi bardziej o to, że wiązało się to z wyjazdem z domu rodzinnego, zmiana miasta, zmiana otoczenia, nowe obowiązki, z którymi od teraz musiałem radzić sobie sam na miejscu. Oczywiście zmieniło mnie to na tyle, że stałem się odpowiedzialny sam za siebie, poznałem swoje możliwości i ograniczenia… Samo studiowanie akurat socjologii (dziennie, a to ma wg mnie duże znaczenie) pozwoliło mi też otworzyć się na odważniejsze wyrażanie swoich opinii, bo studiowanie wśród ludzi (i zajęcia z wykładowcami) o różnych poglądach pokazało mi, że różne opinie to norma.
(Resp. 6.) W tym miejscu wydaje mi się niezbędnym wprowadzenie rozróżnienia na edukacje formalną i nieformalną. Jeśli chodzi o „formalne doświadczenia” to tutaj chciałbym powiedzieć zarówno o negatywnym jak i pozytywnym doświadczeniu. / Egzamin maturalny, dla wielu osób jest zamknięciem pewnego etapu życiowego, postawienie grubej kreski między dzieciństwem a quasi-dorosłością, symbolem, a raczej rytuałem przejścia. Niestety dla mnie, obraz tych dni prezentuje się zupełnie inaczej. Dzisiaj, ze względu na większy bagaż doświadczeń, możliwość spojrzenia z dystansu oraz dzięki zdobytej wiedzy wspominam „maturę” dość przykro… Jako swoiste symulakrum piętna, systemu opieki zdrowia psychicznego oraz panujących społecznie fobii i uprzedzeń. Egzamin dojrzałości pisałem w osobnej sali, w towarzystwie czterech nauczycielek oraz pielęgniarki. Było to tłumaczone ochroną mojego zdrowia, bezpieczeństwem oraz procedurami. Archaiczny system ochrony zdrowia psychicznego, społecznie panująca stygma oraz odrzucenie społeczne zunifikowały się do wspomnienia egzaminu maturalnego. / W zupełnej skrajności do doświadczeń maturalnych stoi studiowanie socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. Doświadczenie to jest dla mnie niezmiernie ważne z kilku powodów. Po pierwsze, jest dla mnie fantastyczna przygodą, choć przede wszystkim w kontekście samego uprawiania nauki, różnica wiekowa między współstudiującymi uwydatnia się w relacjach towarzyskich. Studiowanie uzmysłowiło mi, że mimo wszelkich przeciwności, niedogodności czy utrudnień należy starać się spełniać marzenia, ciągoty czy intelektualne potrzeby. Można powiedzieć, że pierwszy rok studiów nakreślił pewną drogę życiową, którą chciałbym podążać – drogą nauki, kontynuować studia II i III stopnia. Poznanie nauki, studentów, pracowników naukowych oraz wykładowców i wykładowczyń zerwało utożsamianie systemu edukacji z piętnem, zamkniętością oraz zachowawczym lękiem. Można powiedzieć, że w pewien sposób podjęcie studiów socjologicznych rozpoczęło nowy etap w moim życiu, oraz utwierdziło to poczucie „powołania” do uprawiania nauk społecznych. Efekty tego doświadczenia są dwojakie, z jednej strony osobiste, powiązanie nie tylko z własną tożsamością ale także poprawą stanu zdrowia, wręcz można powiedzieć o „uzdrowieniu”. Jeśli chodzi o „znaki dobrego wyboru drogi życia” no to wydaje mi się, że efektem są bardzo dobre wyniki w studiowaniu oraz moje zaangażowanie w życie społeczne, zwłaszcza w kwestii prawno człowieczej jak i w tematyce ochrony zdrowia psychicznego, m.in. czynny udział w konferencji W Stronę Człowieka.
(Pyt. 2.) Czy w ramach tego doświadczenia pojawiła się osoba, która odegrała ważną rolę? Jeśli tak, to co ją charakteryzowało?
(Resp. 1.) W ramach tego doświadczenia to nie było szczególnej osoby. Podczas nauki w liceum były to różne osoby, których charakteryzowało dobre nauczanie i ukierunkowanie na społeczny kontekst świata. Podczas studiów było podobnie. Jednak największą rolę odegrała promotor pracy magisterskiej – X, swoim podejściem do nauczania, prowadzenia studenta i pracy nad pracą magisterską.
(Resp. 2.) Nie miałem kogoś w rodzaju „mistrza”, za kim bym podążał i którego wpływowi poddawałbym się bezkrytycznie (może to też kwestia tego, że nie szukałem takiej osoby?). Natomiast cały okres edukacji poznałem wiele ważnych osób, które czymś mnie inspirowały i prawdopodobnie to co myślę, robię, jest w dużej mierze mozaiką tych różnych wpływów. Zastanawiam się czy coś te osoby łączy i dochodzę do wniosku, że była to pewnego rodzaju szczerość intencji i naturalność zachowania. One wszystkie były z jednej strony „pewne swego”, pewne drogi, którą obrały i nikogo innego nie udawały, a przy tym wszystkim nie sprawiały wrażenia, że ich postawa jest jedynie właściwa.
(Resp. 3.) Tak, pojawiło się kilka osób którym jestem bardzo wdzięczna. Niektóre nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo mi pomogły. Był to mój nauczyciel francuskiego z rodzinnego miasta, mój przyjaciel chory na raka, moi rodzice, przyjaciółka, narzeczony, kilka osób które poznałam już na socjologii. Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że pomogły mi nawet książki, które skłoniły mnie do wielu refleksji i cieszę się, że trafiły w moje ręce w odpowiednim czasie.
(Resp. 4.) Chyba po części odpowiedź znajduje się powyżej. Warto jednak dodać, że była to niesamowita nauczycielka. Traktowała każdego ucznia bardzo indywidualnie, dzieliła się swoją ogromną wiedzą, w wyjątkowy sposób. Myślę, że nie było wówczas osoby, której nie zainteresowała językiem polskim.
(Resp. 5.) Nie, żadna konkretna osoba.
(Resp. 6.) Wcześniej wspomniałem o edukacji nieformalnej. Chyba najważniejszym i najbardziej wpływowym doświadczeniem były obozy letnie w Żarnowcu, gdzie byliśmy goszczeni przez Benedyktynki, razem pracowaliśmy, rozmawialiśmy, były wspólne modlitwy, ale przede wszystkim traktuje to jako doświadczenie metafizyczne. Jednak metafizyczne nie ze względu na obcowanie z Bogiem, tylko na doświadczeniu, rzeczywistym, które było widać, można było dotknąć, zobaczyć i poczuć – doświadczenie wiary sióstr zakonnych. Podczas tych obozów mieliśmy także spotkania z o. Karolem Meissnerem, również benedyktyn. To właśnie „pogadanki” z Wujem Meissnerem (tak go określaliśmy, i tak został w mojej pamięci) pamiętam jako wspaniałe nauki filozoficzne, z dzisiejszej perspektywy widzę jak bardzo wpłynęły one na moje postrzeganie rzeczywistości społecznej. Ale przede wszystkim nauczyły mnie spojrzenia na drugiego człowieka jako osoby, jednostki bez znaczenia jakiego jest koloru skóry, orientacji seksualnej czy etnicznego pochodzenia. / Poza wspomnianym ojcem Meissnerem, w moim doświadczeniu edukacyjnym bardzo ważne miejsce zajmują wykładowcy z Uniwersytetu Gdańskiego, miałem przyjemność z nimi współpracować, rozmawiać, pytać o radę itd. Trudno mi jednoznacznie wskazać jedną „przodującą” osobę, dlatego powiem tylko, że jest ich czwórka, a nazwiska pominę :)
(Pyt. 3.) Gdybyś mógł wybrać jakąkolwiek osobę na świecie na swojego tutora, mistrza, kim byłaby ta osoba i nad czym chciałabyś/chciałbyś z nią/nim pracować?
(Resp. 1.) Nie rozumiem pytania. Czy to ma być osoba ze świata czy z mojego toku studiów/nauki? Jeśli ze świata to byłaby to osoba już niestety nie żyjąca – byłby nią C.W. Mills – amerykański socjolog. Chciałbym pracować nad swoją rozprawą doktorską. Inną osobą byłby Alfred N. Whitehead, z którym mógłbym pracować nad koncepcją miejsca nauki w społeczeństwie.
(Resp. 2.) Byłby to amerykański socjolog Randall Collins – przede wszystkim imponuje mi jego niebywała umiejętność myślenia wielowymiarowego – w kontekście mikro-, mezo- makrostruktur, uwarunkowań historycznych, czy z włączeniem aspektów biosocjologicznych. Gdyby istniała taka możliwość chciałbym opracować z nim temat socjologii uczenia się – biorąc pod uwagę wcześniej zarysowane aspekty.
(Resp. 3.) Chyba nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jako pierwszy przyszedł mi na myśl mój tata, bo to on jest dla mnie największym autorytetem. Wszystkiego mnie nauczył. Zaraził mnie pasją do podróży i chciałabym pracować z nim dalej nad rozwojem naszego lokalnego stowarzyszenia X. Organizacja dużych imprez turystycznych, wyjazdów, spływów tematycznych, spotkań z podróżnikami daje mi wiele satysfakcji, ale wymaga też sporego zaangażowania, aby wszystko logistycznie ogarnąć, od wolontariuszy po noclegi itp. Cieszę się, że znalazłam wspólną pasję z tatą i mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy razem współpracować i uczyć się od siebie nawzajem.
(Resp. 4.) Wybrałabym profesora Philipa Zimbardo. Myślę, że chciałabym z nim pracować nad tym jak „wyciągać” z ludzi ich najlepsze cechy, jak motywować do działania, przywracać wiarę we własne możliwości.
(Resp. 5.) Szczerze mówiąc nie uznaję relacji tutor/mistrz – uczeń. Uczę się życia od wszystkich otaczających mnie osób, uczę się też na błędach, które każdy musi popełnić. Nie chciałbym, żeby jedna, konkretna osoba mówiła mi jak mam żyć, nie chciałbym też „pracować nad czymś” z osobą, która z góry uważałaby się za kogoś, kto ma przelać na mnie wszelką wiedzę życiową.
(Resp. 6.) Nigdy się nie zastanawiałem nad wyborem „nauczyciela”, ale chyba w tej chwili jako swojego nauczyciela (żyjącego) wskazałbym papieża Franciszka, a z nieżyjących… Fryderyka Nietzschego lub Karla Jaspersa. Są to dla mnie autorytety, z którymi sama rozmowa byłaby dla mnie niezwykle ważna i inspirująca. Trudno wskazać mi jeden temat, zagadnienie do współpracy, ale gdybym musiał byłyby to zagadnienia etyki i aksjologii.
Podsumowanie
Odpowiadając na pytanie o najważniejsze dotychczasowe doświadczenia edukacyjne, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:
(a) wagę edukacyjnej porażki (tu: słabo zdany test gimnazjalny), po której, dzięki pasji i pozytywnemu podejściu nowych nauczycieli, nastąpiło wyzwolenie ukrytych pokładów ambicji ucznia
(b) wsparcie ze strony nauczyciela, który potrafił zauważyć (tu:) pisarski talent uczennicy i pomagał go rozwijać, ze świadomością niedostatków na innych polach jej wiedzy i umiejętności
(c) egzamin maturalny jako swego rodzaju klucz otwierający drzwi do późniejszej, bardziej świadomej edukacji
(d) podjęcie studiów wymagające zmiany miejsca zamieszkania i powodujące konieczność radzenia sobie w zupełnie nowych warunkach życia i nauki, oraz dające doświadczenie różnorodności światopoglądowej nowopoznanych osób, i w związku z tym, pozwalające na nabranie odwagi wyrażania własnych opinii i poglądów
(e) doświadczenie pierwotnie źle wybranego kierunku studiów, a po nim – znalezienie właściwego dla siebie miejsca na nowym kierunku i płynące z tego zadowolenie, mimo ograniczonej akceptacji dla ww. zmiany ze strony otoczenia
(f) kontrast przykrego doświadczenia matury, zdawanej (tu: ze względu na sytuację zdrowotną zdającego) w warunkach swego rodzaju izolacji społecznej, z pozytywnym doświadczeniem edukacji na poziomie wyższym, wyzwalającym (tu:) z piętna oraz lęków przeszłości.
Odpowiadając na pytanie o najważniejsze dotychczas napotkane osoby, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:
(a) wielość osób faktycznie inspirujących – swego rodzaju mozaikę dotychczasowych wpływów edukacyjnych
(b) potrzebę dobrego nauczania i prowadzenia podopiecznego, uwzględniającą także społeczny kontekst edukacji
(c) zauważalne cechy osób zapamiętanych: szczerość intencji i naturalność zachowań, autentyzm prezentowanej postawy, a przy tym pewność własnej drogi i otwartość na drogi innych.
Odpowiadając na pytanie o wybór ew. przewodnika na przyszłość, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:
(a) znaczenie uznanych autorytetów – bliskich i bezpośrednio znanych sobie osób (tu np. ojciec jako autorytet i współpracownik, który zaraził pasją określonego działania), jak też osób znanych pośrednio i działających publicznie (m.in. w sferze wartości współczesnej kultury życia społecznego, jak np. papież Franciszek), oraz (tu: ze względu na naukowe plany podopiecznych) osób poznanych i zapamiętanych w świecie nauki
(b) pożądane cechy ew. przewodnika jako osoby, która potrafi „wyciągać” z ludzi najlepsze cechy, przywracać wiarę we własne możliwości i motywować do dalszego działania
(c) zindywidualizowane potrzeby ew. podopiecznych, tu m.in. sygnalizowany dystans do relacji mistrz – uczeń i niechęć do pozostawania pod wpływem jednej osoby dominującej, kształtującej podopiecznego.
Zob. także: Zakłócone wystąpienie konferencyjne.
środa, 31 sierpnia 2016
Doniesienie fotograficzne (4)
Na stronach Fb Gminy Zblewo, których adresy zamieszczam poniżej, opublikowano moje zdjęcia związane z X Plenerem Artystów Ludowych Pomorza (21-28 sierpnia 2016 r.):
(1) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690168667807869/690166741141395/?type=3&theater
(2) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690173654474037/690172671140802/?type=3&theater
(3) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690176614473741/690175281140541/?type=3&theater
(4) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690179394473463/690178494473553/?type=3&theater
(5) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690181457806590/690179767806759/?type=3&theater .
(1) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690168667807869/690166741141395/?type=3&theater
(2) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690173654474037/690172671140802/?type=3&theater
(3) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690176614473741/690175281140541/?type=3&theater
(4) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690179394473463/690178494473553/?type=3&theater
(5) https://www.facebook.com/kwwarturaherolda.zblewo/photos/pcb.690181457806590/690179767806759/?type=3&theater .
sobota, 27 sierpnia 2016
Zapiski pokonkursowe
W sobotę 14 maja 2016 r. w Ratuszu Głównego Miasta w Gdańsku miałem przyjemność i zaszczyt przewodniczyć komisji finałowej XII Edycji Konkursu Papieskiego 2016. Tytuł edycji –„Moje Westerplatte” – nawiązywał do słów św. Jana Pawła II, wypowiedzianych 12 czerwca 1987 r. w homilii na Westerplatte. Wówczas Papież mówił:
„Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych”.
Konkurs Papieski – informuje Organizator na stronie internetowej (http://konkurspapieski.pl/) – „to największy w Polsce konkurs dotyczący wiedzy o życiu i nauczaniu Jana Pawła II. Projekt ten realizowany przez Instytut Tertio Milennio od przeszło 12 lat, z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością wśród młodzieży. Głównym celem tej inicjatywy jest rozpowszechnianie bogactwa myśli i czynu papieża Jana Pawła II wśród młodzieży szkół ponadgimnazjalnych. Konkurs Papieski kształtuje twórcze myślenie, stwarza możliwość skonfrontowania własnych przekonań z przesłaniem papieża Polaka. Jest więc zaproszeniem do rozpoczęcia głębszych studiów nad myślą Jana Pawła II oraz pogłębiania wiedzy z zakresu katolickiej nauki społecznej”.
Do finału w regionie gdańskim zakwalifikowało się pięć osób – uczniów z Działdowa, Pelplina, Starogardu Gdańskiego i Gdańska. Ich ostatnim konkursowym zadaniem była obrona esejów, napisanych na jeden z wybranych tematów. Troje autorów odpowiadało na pytanie Czym w swej istocie – według Jana Pawła II – jest ojcostwo?, dwoje zaś – na pytanie Jaki – według Jana Pawła II – jest sens ludzkiego cierpienia? Poniżej zamieszczam parę uwag wypisanych z prac finalistów.
„Ogromną wartość ma doświadczenie cierpienia ofiarowanego za drugiego człowieka. W szpitalach, domach opieki i hospicjach nieraz marnuje się tak wiele łask, które mogłyby zasilić skarbiec Kościoła. Wielu ludzi cierpiąc złorzeczy i przeklina, a krzyż dźwigany z Chrystusem jest lżejszy. Są też matki, które niewypowiedziany ból rodzenia ofiarowują w intencji przychodzącego na świat dziecka. […] Podkreślając niewinność Hioba i zdanie się na wolę Boga, Karol Wojtyła dodawał swoim współczesnym otuchy i nadziei, że Bóg, dopuszczając zło jako konsekwencję wolnej woli człowieka, jest zawsze obecny w jego cierpieniu i nie pozostawia w samotności” (Paweł Wiecki). „Bólu i cierpienia nie można zdefiniować i określić, ponieważ każdy człowiek cierpi inaczej. Na świecie cierpienie i ból towarzyszą ludziom od zawsze i choć człowiek jest świadomy, że taki stan przybliża go do Boga, to z ludzkiego punktu widzenia jest przerażający. […] Powinniśmy przypatrywać się cierpiącemu Chrystusowi i uczyć się od niego pokory i cichości. […] Sensu ludzkiego cierpienia nie zrozumiemy do końca, jeżeli nie oddamy się całkowicie Bożej miłości i nie odnajdziemy jego źródła w Krzyżu Chrystusa” (Angelika Żmijewska).
„W adhortacji Familiaris consortio Jan Paweł II podkreśla, że «miejsce i zadania ojca w rodzinie i dla rodziny mają wagę jedyną i niezastąpioną». Do tych słów ośmieliłbym się dodać twierdzenie: aby uzdrowić współczesną rodzinę, zwłaszcza rodzinę polską, trzeba przywrócić autorytet ojca w rodzinie. Brak autorytetu utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia mężczyźnie spełnienie jego roli jako męża i ojca, a przede wszystkim przekreśla funkcję wychowawczą ojca wobec dzieci. Jest to jedna z podstawowych przyczyn utraty tożsamości przez współczesnego mężczyznę” (Jerzy Dziemiński). „Konkludując, […]. Po pierwsze, za przykładem św. Józefa, ojcowie powinni złożyć z siebie bezinteresowny dar, ofiarować dzieciom swe życie oraz pracę, a także zadbać o ich bezpieczeństwo. Po drugie, muszą oni przykładem swojego życia, nauczyć dzieci podstawowych wartości i miłości do Pana Boga. W końcu po trzecie, ale i najważniejsze: ojcowie zobowiązani są do obdarowywania swego potomstwa miłością, która (tak jak wszystko) pochodzi od Boga. Krótko, ale też mniej serio mówiąc, każdy tata powinien zrobić wszystko, aby pewnego dnia nie dostać od swojej żony SMS-a o tej samej treści, co ojciec z pewnego dowcipu: «Odbierz dziecko z przedszkola. Ono samo Cię rozpozna»” (Katarzyna Lewicka).
Zwyciężczynią Konkursu w regionie Gdańskim została Justyna Kubat, która swój esej rozpoczęła słowami: „Ojcostwo. W czasach, w których obecnie żyjemy, to słowo najczęściej pojawia się w kontekście przeprowadzania testów DNA mających na celu ustalenie, czy wskazany przez kobietę mężczyzna jest rodzicem danego dziecka”…
[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe, "Na Rozstajach", 2016, nr 7-8 (293), s. 12.]
Relacje prasowe:
http://gdansk.gosc.pl/doc/3155640.Specjalisci-od-papieza-Polaka
http://gdansk.gosc.pl/gal/pokaz/3155837.Final-XII-Konkursu-Papieskiego-w-Gdansku
„Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych”.
Konkurs Papieski – informuje Organizator na stronie internetowej (http://konkurspapieski.pl/) – „to największy w Polsce konkurs dotyczący wiedzy o życiu i nauczaniu Jana Pawła II. Projekt ten realizowany przez Instytut Tertio Milennio od przeszło 12 lat, z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością wśród młodzieży. Głównym celem tej inicjatywy jest rozpowszechnianie bogactwa myśli i czynu papieża Jana Pawła II wśród młodzieży szkół ponadgimnazjalnych. Konkurs Papieski kształtuje twórcze myślenie, stwarza możliwość skonfrontowania własnych przekonań z przesłaniem papieża Polaka. Jest więc zaproszeniem do rozpoczęcia głębszych studiów nad myślą Jana Pawła II oraz pogłębiania wiedzy z zakresu katolickiej nauki społecznej”.
Do finału w regionie gdańskim zakwalifikowało się pięć osób – uczniów z Działdowa, Pelplina, Starogardu Gdańskiego i Gdańska. Ich ostatnim konkursowym zadaniem była obrona esejów, napisanych na jeden z wybranych tematów. Troje autorów odpowiadało na pytanie Czym w swej istocie – według Jana Pawła II – jest ojcostwo?, dwoje zaś – na pytanie Jaki – według Jana Pawła II – jest sens ludzkiego cierpienia? Poniżej zamieszczam parę uwag wypisanych z prac finalistów.
„Ogromną wartość ma doświadczenie cierpienia ofiarowanego za drugiego człowieka. W szpitalach, domach opieki i hospicjach nieraz marnuje się tak wiele łask, które mogłyby zasilić skarbiec Kościoła. Wielu ludzi cierpiąc złorzeczy i przeklina, a krzyż dźwigany z Chrystusem jest lżejszy. Są też matki, które niewypowiedziany ból rodzenia ofiarowują w intencji przychodzącego na świat dziecka. […] Podkreślając niewinność Hioba i zdanie się na wolę Boga, Karol Wojtyła dodawał swoim współczesnym otuchy i nadziei, że Bóg, dopuszczając zło jako konsekwencję wolnej woli człowieka, jest zawsze obecny w jego cierpieniu i nie pozostawia w samotności” (Paweł Wiecki). „Bólu i cierpienia nie można zdefiniować i określić, ponieważ każdy człowiek cierpi inaczej. Na świecie cierpienie i ból towarzyszą ludziom od zawsze i choć człowiek jest świadomy, że taki stan przybliża go do Boga, to z ludzkiego punktu widzenia jest przerażający. […] Powinniśmy przypatrywać się cierpiącemu Chrystusowi i uczyć się od niego pokory i cichości. […] Sensu ludzkiego cierpienia nie zrozumiemy do końca, jeżeli nie oddamy się całkowicie Bożej miłości i nie odnajdziemy jego źródła w Krzyżu Chrystusa” (Angelika Żmijewska).
„W adhortacji Familiaris consortio Jan Paweł II podkreśla, że «miejsce i zadania ojca w rodzinie i dla rodziny mają wagę jedyną i niezastąpioną». Do tych słów ośmieliłbym się dodać twierdzenie: aby uzdrowić współczesną rodzinę, zwłaszcza rodzinę polską, trzeba przywrócić autorytet ojca w rodzinie. Brak autorytetu utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia mężczyźnie spełnienie jego roli jako męża i ojca, a przede wszystkim przekreśla funkcję wychowawczą ojca wobec dzieci. Jest to jedna z podstawowych przyczyn utraty tożsamości przez współczesnego mężczyznę” (Jerzy Dziemiński). „Konkludując, […]. Po pierwsze, za przykładem św. Józefa, ojcowie powinni złożyć z siebie bezinteresowny dar, ofiarować dzieciom swe życie oraz pracę, a także zadbać o ich bezpieczeństwo. Po drugie, muszą oni przykładem swojego życia, nauczyć dzieci podstawowych wartości i miłości do Pana Boga. W końcu po trzecie, ale i najważniejsze: ojcowie zobowiązani są do obdarowywania swego potomstwa miłością, która (tak jak wszystko) pochodzi od Boga. Krótko, ale też mniej serio mówiąc, każdy tata powinien zrobić wszystko, aby pewnego dnia nie dostać od swojej żony SMS-a o tej samej treści, co ojciec z pewnego dowcipu: «Odbierz dziecko z przedszkola. Ono samo Cię rozpozna»” (Katarzyna Lewicka).
Zwyciężczynią Konkursu w regionie Gdańskim została Justyna Kubat, która swój esej rozpoczęła słowami: „Ojcostwo. W czasach, w których obecnie żyjemy, to słowo najczęściej pojawia się w kontekście przeprowadzania testów DNA mających na celu ustalenie, czy wskazany przez kobietę mężczyzna jest rodzicem danego dziecka”…
[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe, "Na Rozstajach", 2016, nr 7-8 (293), s. 12.]
Relacje prasowe:
http://gdansk.gosc.pl/doc/3155640.Specjalisci-od-papieza-Polaka
http://gdansk.gosc.pl/gal/pokaz/3155837.Final-XII-Konkursu-Papieskiego-w-Gdansku
Etykiety:
aksjologia,
działanie,
edukacja,
Gdańsk,
godność,
Jan Paweł II,
kultura,
Na Rozstajach,
notatki ze spotkań,
realizm,
religia,
sumienie,
teologia,
wartość,
wiara,
wychowanie,
wydarzenia
sobota, 18 czerwca 2016
Tekst, który się nie ukazał
Poniżej zamieszczam tekst, na którego publikację w "Na Rozstajach" - mimo przychylności Redakcji - nie zgodził się kościelny opiekun pisma.
Przodem do elit
Śp. Abpa Tadeusza Gocłowskiego zapamiętałem niejednoznacznie, co zapewne znaczy: zwyczajnie. Choć przy rozmaitych okazjach widywałem go bezpośrednio, to bodajże chyba tylko dwukrotnie miałem sposobność zamienić z nim kilka słów. Obydwa te spotkania były ledwie epizodyczne.
Jedno miało miejsce w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, gdy w ramach ówczesnych swoich aktywności byłem zaangażowany w prace II Polskiego Synodu Plenarnego, na poziomie lokalnego zespołu synodalnego. Wychodząc z jakiegoś spotkania, które wówczas odbywało się w gdańskiej Kurii, poklepany po ramieniu przez biskupa Tadeusza usłyszałem słowa zachęty do pracy i zapewnienie, że właśnie młodych ludzi Kościołowi potrzeba. Nie pamiętam, co konkretnie wówczas odpowiedziałem, ale wiem, że była to odpowiedź tylko kurtuazyjna – nabierałem bowiem coraz wyraźniejszego przekonania, że władze kościelne, owszem, potrzebują ludzi świeckich chętnych do pracy, ale pod warunkiem, że ci ostatni znają swoje miejsce w szeregu i posłusznie wykonują powierzone zadania. Tymczasem posłuszeństwo, zwłaszcza w myśleniu, nigdy nie było moją mocną stroną.
Drugie, osobiste spotkanie z Metropolitą miało miejsce kilkanaście lat później, gdy moi rodzice, wespół z innymi podobnymi parami, obchodzili 40. rocznicę ślubu. Po wyjściu z kościoła robiliśmy sobie pamiątkowe, rodzinne zdjęcie i oto nagle …podbiegł do nas Ksiądz Arcybiskup, wcześniej celebrujący Mszę św., a teraz chcący znaleźć się również na zdjęciu. Tu już nie było kurtuazji, tylko zwykła ludzka serdeczność, wymiana paru ciepłych słów i dobrych życzeń, oraz radość z tak nieoczekiwanego bezpośredniego zetknięcia, zwieńczonego wspólną fotografią. Gdy zatem dzisiaj słyszę rozmaite osoby wspominające wielką życzliwość abpa Gocłowskiego, okazywaną w bezpośrednich relacjach z ludźmi, chyba wiem o czym mowa.
Jest jednak druga strona rzeczonej pamięci.
W nocie okolicznościowej, zamieszczonej na internetowej stronie Archidiecezji Gdańskiej, czytam między innymi, że Arcybiskup Tadeusz Gocłowski „postanowieniem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z 9 listopada 2011 roku został odznaczony Orderem Orła Białego. W 2006 roku otrzymał Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2003 r. został laureatem Medalu Świętego Brata Alberta. W 2008 r. otrzymał Honorowe Wyróżnienie za Zasługi dla Województwa Pomorskiego. […] Przez lata swojej posługi, jako kapłan i biskup, wniósł ogromny wkład w formację intelektualną oraz duchową wielu kapłanów i ludzi świeckich. Niestrudzenie i z wielkim oddaniem służył wiernym najpierw Diecezji, a później Archidiecezji Gdańskiej. Dbał o kontakt ze światem nauki, kultury i środowiskami twórczymi, był opiekunem wielu ważnych inicjatyw społecznych. Jako Arcybiskup Emeryt, do ostatnich chwil pełnił posługę pasterską w Archidiecezji Gdańskiej”… I czytając powyższe przychodzi mi na myśl już nie ten prywatnie życzliwy człowiek, ale kościelny hierarcha, postać publiczna, bardzo ważna osoba, VIP.
We wspomnieniu odżywa jakaś nuta pretensji. O co? O moim zdaniem wyraźne opowiedzenie się Metropolity w przestrzeni publicznej po stronie elit, niewyraźne zaś po stronie krytycznego wobec nich społeczeństwa. Może czegoś w Ewangelii lub innych częściach Pisma Świętego nie doczytałem, ale jakoś nie przypominam sobie Chrystusa brylującego po współczesnych Mu salonach władzy… A ponieważ bliskie mi jest przekonanie, że elity w praktyce nigdy nie można odróżnić od kliki (Karl R. Popper), oczekiwałbym od kościelnego hierarchy, który chce pozostać człowiekiem bożym, dużego dystansu wobec osób i środowisk, chętnie korzystających zarówno z własnej elitarności, jak i ze znajomości z takim właśnie hierarchą. Do tego jednak potrzeba dużej pokory wobec prostomyślności maluczkich i swoistej odporności na pokusy bycia hołubionym przez podmioty wpływowe.
Nie wykluczam wszelako, że to moje wspomnienie Metropolity VIP-a jest mocno skrzywione przez oddziaływanie lokalnych mediów, chętnie podkreślających swe opiniotwórcze walory. (A jeśli tak, z tym większym dystansem należy traktować poczynione tutaj uwagi). W minionych latach niejednokrotnie bowiem odnosiłem wrażenie, że niektórzy dziennikarze tych mediów, występują w dziwacznej roli rzeczników lokalnej władzy – przeciw, swoją drogą słabej wobec niej, opozycji – szczycąc się przy tym duchowym patronatem lokalnego biskupa. Mam nadzieję, że to fatalne wrażenie pomieszania ról podmiotów wpływowych i zawłaszczenia wizerunku kościelnego hierarchy jest jednak bezprzedmiotowe.
Przodem do elit
Śp. Abpa Tadeusza Gocłowskiego zapamiętałem niejednoznacznie, co zapewne znaczy: zwyczajnie. Choć przy rozmaitych okazjach widywałem go bezpośrednio, to bodajże chyba tylko dwukrotnie miałem sposobność zamienić z nim kilka słów. Obydwa te spotkania były ledwie epizodyczne.
Jedno miało miejsce w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, gdy w ramach ówczesnych swoich aktywności byłem zaangażowany w prace II Polskiego Synodu Plenarnego, na poziomie lokalnego zespołu synodalnego. Wychodząc z jakiegoś spotkania, które wówczas odbywało się w gdańskiej Kurii, poklepany po ramieniu przez biskupa Tadeusza usłyszałem słowa zachęty do pracy i zapewnienie, że właśnie młodych ludzi Kościołowi potrzeba. Nie pamiętam, co konkretnie wówczas odpowiedziałem, ale wiem, że była to odpowiedź tylko kurtuazyjna – nabierałem bowiem coraz wyraźniejszego przekonania, że władze kościelne, owszem, potrzebują ludzi świeckich chętnych do pracy, ale pod warunkiem, że ci ostatni znają swoje miejsce w szeregu i posłusznie wykonują powierzone zadania. Tymczasem posłuszeństwo, zwłaszcza w myśleniu, nigdy nie było moją mocną stroną.
Drugie, osobiste spotkanie z Metropolitą miało miejsce kilkanaście lat później, gdy moi rodzice, wespół z innymi podobnymi parami, obchodzili 40. rocznicę ślubu. Po wyjściu z kościoła robiliśmy sobie pamiątkowe, rodzinne zdjęcie i oto nagle …podbiegł do nas Ksiądz Arcybiskup, wcześniej celebrujący Mszę św., a teraz chcący znaleźć się również na zdjęciu. Tu już nie było kurtuazji, tylko zwykła ludzka serdeczność, wymiana paru ciepłych słów i dobrych życzeń, oraz radość z tak nieoczekiwanego bezpośredniego zetknięcia, zwieńczonego wspólną fotografią. Gdy zatem dzisiaj słyszę rozmaite osoby wspominające wielką życzliwość abpa Gocłowskiego, okazywaną w bezpośrednich relacjach z ludźmi, chyba wiem o czym mowa.
Jest jednak druga strona rzeczonej pamięci.
W nocie okolicznościowej, zamieszczonej na internetowej stronie Archidiecezji Gdańskiej, czytam między innymi, że Arcybiskup Tadeusz Gocłowski „postanowieniem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z 9 listopada 2011 roku został odznaczony Orderem Orła Białego. W 2006 roku otrzymał Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2003 r. został laureatem Medalu Świętego Brata Alberta. W 2008 r. otrzymał Honorowe Wyróżnienie za Zasługi dla Województwa Pomorskiego. […] Przez lata swojej posługi, jako kapłan i biskup, wniósł ogromny wkład w formację intelektualną oraz duchową wielu kapłanów i ludzi świeckich. Niestrudzenie i z wielkim oddaniem służył wiernym najpierw Diecezji, a później Archidiecezji Gdańskiej. Dbał o kontakt ze światem nauki, kultury i środowiskami twórczymi, był opiekunem wielu ważnych inicjatyw społecznych. Jako Arcybiskup Emeryt, do ostatnich chwil pełnił posługę pasterską w Archidiecezji Gdańskiej”… I czytając powyższe przychodzi mi na myśl już nie ten prywatnie życzliwy człowiek, ale kościelny hierarcha, postać publiczna, bardzo ważna osoba, VIP.
We wspomnieniu odżywa jakaś nuta pretensji. O co? O moim zdaniem wyraźne opowiedzenie się Metropolity w przestrzeni publicznej po stronie elit, niewyraźne zaś po stronie krytycznego wobec nich społeczeństwa. Może czegoś w Ewangelii lub innych częściach Pisma Świętego nie doczytałem, ale jakoś nie przypominam sobie Chrystusa brylującego po współczesnych Mu salonach władzy… A ponieważ bliskie mi jest przekonanie, że elity w praktyce nigdy nie można odróżnić od kliki (Karl R. Popper), oczekiwałbym od kościelnego hierarchy, który chce pozostać człowiekiem bożym, dużego dystansu wobec osób i środowisk, chętnie korzystających zarówno z własnej elitarności, jak i ze znajomości z takim właśnie hierarchą. Do tego jednak potrzeba dużej pokory wobec prostomyślności maluczkich i swoistej odporności na pokusy bycia hołubionym przez podmioty wpływowe.
Nie wykluczam wszelako, że to moje wspomnienie Metropolity VIP-a jest mocno skrzywione przez oddziaływanie lokalnych mediów, chętnie podkreślających swe opiniotwórcze walory. (A jeśli tak, z tym większym dystansem należy traktować poczynione tutaj uwagi). W minionych latach niejednokrotnie bowiem odnosiłem wrażenie, że niektórzy dziennikarze tych mediów, występują w dziwacznej roli rzeczników lokalnej władzy – przeciw, swoją drogą słabej wobec niej, opozycji – szczycąc się przy tym duchowym patronatem lokalnego biskupa. Mam nadzieję, że to fatalne wrażenie pomieszania ról podmiotów wpływowych i zawłaszczenia wizerunku kościelnego hierarchy jest jednak bezprzedmiotowe.
środa, 3 lutego 2016
Z mojego listu do Studenta (3)
Mimo że odpowiadam z opóźnieniem, to nadal nieprzygotowany... – ze spotkania nie poczyniłem chyba żadnych notatek (ale też uważam, że było inspirujące), zaś książkę dotychczas ledwie przejrzałem (równolegle poczytuję różne rzeczy, niestety czasowo najbardziej absorbują mnie papiery służbowe i prace studentów; szczęśliwie jedna ze studentek, która też uczestniczyła w spotkaniu, wzięła książkę AZ jako lekturę dodatk. do mojego przedmiotu, więc trochę porozmawialiśmy).
Co sądzę o koncepcji prof. Zybertowicza i o tezach zawartych w książce? Z ww. względów odpowiem tylko ogólnikowo (ew. więcej mogę napisać w odp. na bardziej skonkretyzowane pytania; o ile oczywiście będę potrafił). Uważam że są to sprawy warte uwagi i zastanowienia. Na spotkaniu prezentowane były nieco ‘marketingowo’, co w pewnym stopniu – ze względu na charakter spotkania – było zrozumiałe i uzasadnione. Dla pogłębienia wymagałyby raczej bardziej zdystansowanej, seminaryjnej formuły. Tymczasem ‘żartobliwe osobiste wycieczki’ AZ pod adresem TVN raczej temu nie sprzyjały – raczej dodawały ‘amunicji’ zwaśnionym stronom politycznego sporu o książkę, a zwłaszcza o jej (kluczowego w tym przypadku) autora. Ale podkreślę przy tym, że stopień stonowania spotkania i skupienia na meritum był większy niż się spodziewałem. I bardzo podobało mi się, że AZ nie podjął wątku spraw bieżących, o które chciał zapytać jeden z uczestników spotkania, i że sam pytający przyjął to ze zrozumieniem.
I teraz druga strona medalu. Szkoda, że powyższego nie zechcieli/nie mogli? zobaczyć i usłyszeć rozmaici nasi ważni socjologowie itp., kojarzący AZ tylko jako oszołoma związanego z PiSem, Radiem Maryja itp., którym z kolei nieskrywane przywiązanie do “Gazety Wyborczej” itp. w żadnej mierze poznawczego obiektywizmu nie zakłóca. Niestety, chyba sam jestem oszołomem, oczekując u nas – zamiast lukrowanych spotkań laurkowych – nieuprzedzonej dyskusji stron rozmaitych, wedle znanej formuły: ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy, skoro tymczasem mamy tu tylko ...uniwersytet.
Co sądzę o koncepcji prof. Zybertowicza i o tezach zawartych w książce? Z ww. względów odpowiem tylko ogólnikowo (ew. więcej mogę napisać w odp. na bardziej skonkretyzowane pytania; o ile oczywiście będę potrafił). Uważam że są to sprawy warte uwagi i zastanowienia. Na spotkaniu prezentowane były nieco ‘marketingowo’, co w pewnym stopniu – ze względu na charakter spotkania – było zrozumiałe i uzasadnione. Dla pogłębienia wymagałyby raczej bardziej zdystansowanej, seminaryjnej formuły. Tymczasem ‘żartobliwe osobiste wycieczki’ AZ pod adresem TVN raczej temu nie sprzyjały – raczej dodawały ‘amunicji’ zwaśnionym stronom politycznego sporu o książkę, a zwłaszcza o jej (kluczowego w tym przypadku) autora. Ale podkreślę przy tym, że stopień stonowania spotkania i skupienia na meritum był większy niż się spodziewałem. I bardzo podobało mi się, że AZ nie podjął wątku spraw bieżących, o które chciał zapytać jeden z uczestników spotkania, i że sam pytający przyjął to ze zrozumieniem.
I teraz druga strona medalu. Szkoda, że powyższego nie zechcieli/nie mogli? zobaczyć i usłyszeć rozmaici nasi ważni socjologowie itp., kojarzący AZ tylko jako oszołoma związanego z PiSem, Radiem Maryja itp., którym z kolei nieskrywane przywiązanie do “Gazety Wyborczej” itp. w żadnej mierze poznawczego obiektywizmu nie zakłóca. Niestety, chyba sam jestem oszołomem, oczekując u nas – zamiast lukrowanych spotkań laurkowych – nieuprzedzonej dyskusji stron rozmaitych, wedle znanej formuły: ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy, skoro tymczasem mamy tu tylko ...uniwersytet.
niedziela, 8 czerwca 2014
W kościele
– Pan spóźnił się dzisiaj na Mszę św.!
– Ale za to dałem trochę więcej na tacę.
– A jaki to ma związek z Misterium?!
– A jaki związek z Misterium ma to, że się spóźniłem?..
– Ale za to dałem trochę więcej na tacę.
– A jaki to ma związek z Misterium?!
– A jaki związek z Misterium ma to, że się spóźniłem?..
środa, 12 marca 2014
Niejeden odczyt
lekiem na bezsenność.
___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014
___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014
piątek, 20 grudnia 2013
Z mojego listu do Przewodniczącego
'Ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy' - te słowa K.R. Poppera to właściwie cały mój komentarz do Twojego listu, poniedziałkowego spotkania, jego krytyki itd.
Przykro mi, że tym, co napisałem, poczułeś się urażony - przepraszam, nie było moją intencją sprawienie Ci przykrości! Ale to, co napisałem, podtrzymuję - właśnie dlatego, że 'jestem na głodzie' bezkompromisowego filozofowania, czyli takiego filozofowania, którego mi w naszym środowisku brakuje. (Może dlatego, że filozofię traktuję zwyczajnie, mądrościowo, a nie specjalistycznie, naukowo). Chyba jednak nie mam natury pieniacza, a na pewno nie mam żadnego tytułu do tego, by panoszyć się we wspomnianym środowisku, więc ot tak jedynie odpisuję na listy i 'wymądrzam się' w swoich tekstach, też w blogu; a jeśli nie mam racji, to i nie ma sensu tym moim pisaniem się przejmować. W związku z powyższym, nie mam też żadnych planów, czy strategii towarzyskich - niech dzieje się to, czego chcą towarzyskie władze (co najwyżej przestanę przychodzić na spotkania lub zrezygnuję z własnej przynależności), z nikim się nie układam, nie poszukuję adoratorów, zostaję więc sam ze sobą…
Pytasz, czy uważam "za kulturalne, przerywanie komuś w trakcie gościnnego wystąpienia i uporczywe zwracanie się do księdza per pan i to wielokrotne?". Oczywiście, że nie uważam tego za kulturalne i rozumiem niełatwą rolę prowadzącego spotkanie, ale uważam, że: (1) czyniący w ten sposób sam sobie wystawia świadectwo filozoficznych i in. kompetencji; (2) gwałtowna krytyka - o ile nie jest wyrazem, jakichś psychicznych itp. zaburzeń krytykującego - z czegoś się bierze, więc warto pozwolić jej wybrzmieć, żeby problem lepiej zrozumieć; (3) prelegent, który decyduje się na publiczne wystąpienie, nie jest dzieckiem i powinien umieć poradzić sobie z krytyką tego, co i jak mówi. I, podobnie jak Ty, postulat, żeby "księży nie tolerować na posiedzeniach PTF, uważałem i uważam za niepoważny". Kto taki postulat głosi, sam sobie... itd. (zob. powyżej pkt. 1).
Kończę ten list z nadzieją, że pozostaniemy w dobrych stosunkach! Ale, że o takowe - z kimkolwiek - nie zabiegam za wszelką cenę, to też fakt, z powodu którego chyba nawet w rodzinie i domu nie bardzo mnie lubią…
Zob. także: Z mojego listu do Zniesmaczonego.
Przykro mi, że tym, co napisałem, poczułeś się urażony - przepraszam, nie było moją intencją sprawienie Ci przykrości! Ale to, co napisałem, podtrzymuję - właśnie dlatego, że 'jestem na głodzie' bezkompromisowego filozofowania, czyli takiego filozofowania, którego mi w naszym środowisku brakuje. (Może dlatego, że filozofię traktuję zwyczajnie, mądrościowo, a nie specjalistycznie, naukowo). Chyba jednak nie mam natury pieniacza, a na pewno nie mam żadnego tytułu do tego, by panoszyć się we wspomnianym środowisku, więc ot tak jedynie odpisuję na listy i 'wymądrzam się' w swoich tekstach, też w blogu; a jeśli nie mam racji, to i nie ma sensu tym moim pisaniem się przejmować. W związku z powyższym, nie mam też żadnych planów, czy strategii towarzyskich - niech dzieje się to, czego chcą towarzyskie władze (co najwyżej przestanę przychodzić na spotkania lub zrezygnuję z własnej przynależności), z nikim się nie układam, nie poszukuję adoratorów, zostaję więc sam ze sobą…
Pytasz, czy uważam "za kulturalne, przerywanie komuś w trakcie gościnnego wystąpienia i uporczywe zwracanie się do księdza per pan i to wielokrotne?". Oczywiście, że nie uważam tego za kulturalne i rozumiem niełatwą rolę prowadzącego spotkanie, ale uważam, że: (1) czyniący w ten sposób sam sobie wystawia świadectwo filozoficznych i in. kompetencji; (2) gwałtowna krytyka - o ile nie jest wyrazem, jakichś psychicznych itp. zaburzeń krytykującego - z czegoś się bierze, więc warto pozwolić jej wybrzmieć, żeby problem lepiej zrozumieć; (3) prelegent, który decyduje się na publiczne wystąpienie, nie jest dzieckiem i powinien umieć poradzić sobie z krytyką tego, co i jak mówi. I, podobnie jak Ty, postulat, żeby "księży nie tolerować na posiedzeniach PTF, uważałem i uważam za niepoważny". Kto taki postulat głosi, sam sobie... itd. (zob. powyżej pkt. 1).
Kończę ten list z nadzieją, że pozostaniemy w dobrych stosunkach! Ale, że o takowe - z kimkolwiek - nie zabiegam za wszelką cenę, to też fakt, z powodu którego chyba nawet w rodzinie i domu nie bardzo mnie lubią…
Zob. także: Z mojego listu do Zniesmaczonego.
Etykiety:
fallibilizm,
filozofia,
kultura,
nauka,
notatki ze spotkań,
Popper,
psychologia,
racjonalizm,
realizm,
socjologia,
uniwersytet,
wydarzenia,
z mojego listu
czwartek, 19 grudnia 2013
Z mojego listu do Zniesmaczonego
Bardzo ucieszyłem się z Pańskiego listu - traktuję go, jako głos w dyskusji o stanie naszej (pomorskiej, polskiej?..) filozofii; dyskusji, której tak bardzo mi brakuje. Pański głos jest jednym z nielicznych, jakie w przedmiotowej sprawie mam okazję słyszeć i dlatego pozwalam sobie na ten krótki komentarz. Od jakiegoś czasu odnoszę bowiem wrażenie, że wspomniana filozofia toczy się już tylko na kółkach wzajemnej adoracji, a kulturalne spotkania z rozmaitymi prelegentami wydają się organizowane raczej ku ich podziwianiu i zadowoleniu, że swą obecnością zaszczycili organizatorów, niż ku krytycznemu dyskutowaniu zgłaszanych problemów. Tymczasem bliskie mi jest przekonanie, że 'filozofia to nie żarty' i że warto ją uprawiać także za cenę bycia nielubianym.
Poniedziałkowego prelegenta słuchałem chyba już po raz trzeci lub czwarty. Zdziwiony tym, co i jak mówił, byłem za pierwszym razem, ale to było już ładnych parę lat temu, gdy jeszcze na konferencje, prelekcje itp. chodziłem 'z oczekiwaniami'. Teraz chodzę już bez jakichkolwiek oczekiwań - także dla przyjemności obserwowania ich przebiegu, zachowań uczestników itp. - i dlatego nigdy nie wychodzę rozczarowany. A zainteresowanym też zalecam takie podejście - 'dla zdrowotności'!
Czy nam (OG PTF) wstyd? Mnie nie, ze względów opisanych wyżej, ale jestem tylko zwykłym członkiem (jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało). Natomiast władzom Oddziału korespondencję niniejszą przesyłam do rozpatrzenia…
Z serdecznymi dla Pana i Państwa pozdrowieniami.
Zob. także: Z mojego listu do Przewodniczącego.
Poniedziałkowego prelegenta słuchałem chyba już po raz trzeci lub czwarty. Zdziwiony tym, co i jak mówił, byłem za pierwszym razem, ale to było już ładnych parę lat temu, gdy jeszcze na konferencje, prelekcje itp. chodziłem 'z oczekiwaniami'. Teraz chodzę już bez jakichkolwiek oczekiwań - także dla przyjemności obserwowania ich przebiegu, zachowań uczestników itp. - i dlatego nigdy nie wychodzę rozczarowany. A zainteresowanym też zalecam takie podejście - 'dla zdrowotności'!
Czy nam (OG PTF) wstyd? Mnie nie, ze względów opisanych wyżej, ale jestem tylko zwykłym członkiem (jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało). Natomiast władzom Oddziału korespondencję niniejszą przesyłam do rozpatrzenia…
Z serdecznymi dla Pana i Państwa pozdrowieniami.
Zob. także: Z mojego listu do Przewodniczącego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



