Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumienie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2025

Gdzieś przeczytałem, że w etyce przywództwa ważne jest

aby liderzy promowali otwartą komunikację, aby każdy członek zespołu czuł się jako wartościowy i mógł wnosić swój wkład do wspólnego działania. I że zespół funkcjonuje najlepiej, gdy wszyscy są zaangażowani w proces decyzyjny… I znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia – że nie angażuję się w proces decyzyjny; że nie dokładam moich starań do wspólnego działania; że nie pomnażam wartości społecznych relacji. Przypuszczam, że takie wyrzuty dopadają mnie zawsze wówczas, gdy mi się wydaje, że należę do jakiegoś zespołu.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Z mojego listu do Studenta (8)

„Czy rodzimy się z moralnością czy też nie”? – to pytanie zapewne stare jak świat… Nauka, poznawczo rozgrzebując rozmaite wycinki i aspekty znanej nam rzeczywistości, wskazuje chyba na to drugie. Niewątpliwie „zdobywanie […] kręgosłupa moralnego jest kwestią doświadczeń i tego jak kreuje się nasza osoba poprzez te doświadczenia”…

W pewnym sensie, chcąc nie chcąc, całe życie moralnie eksperymentujemy, na sobie i na innych, sami będąc jednocześnie materiałem takich eksperymentów… Ale filozofia pozwala jednak pytać o to, czy jest coś, co stanowi, może stanowić itd. jakiś fundament/horyzont potencjału, pozwalającego ludziom – mimo ich biograficznych i in. różnorodności – (a) budować względnie trwałe porozumienia, wspólnoty itp. i (b) dokonywać jakiegoś rozwoju, postępu moralnego itd., w wymiarze jednostkowym, społecznym itd. Niektórzy (np. Kotarbiński) mówili/mówią tu np. o moralnych oczywistościach serca, poznawczych kompetencjach sumienia itd. Oczywiście z naukowego punktu widzenia wszystko daje się, a nawet trzeba kwestionować, by uzyskiwać wiedzę możliwie najlepiej na danym etapie uprawdopodobnioną… Dla niektórych, nauka jest chyba również narzędziem wyśmiewania wszystkiego, czego z jakichś względów ‘wyśmiewacze’ być może nie znoszą, nie trawią itp. A jednak te fundamentalne, graniczne, filozoficzne zagadnienia chyba wciąż powracają – także w jednostkowych biografiach sceptyków, agnostyków i in.

Myślę, że warto w tym kontekście przywołać taką myśl ww. T. Kotarbińskiego: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2013/10/trzeba-podwazac-wszystko.html

Zachęcam również do przeczytania i przemyślenia artykułu o naturze i kulturze, który można znaleźć pod tym adresem: Chowanna-r2016-t2-s17-28.pdf (muzhp.pl)

Zaś odnośnie filozofii Nietzschego, proszę zob. moją odp. z innej koresp. w tej sprawie: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2020/12/z-mojego-listu-do-studenta-7.html

wtorek, 21 lipca 2020

Zbieraj punkty, aby móc wymieniać je

na nagrody! Udzielaj polubień, abyś też przez innych mógł być polubiony! Zapraszaj do kontaktu i poszerzaj swoje grono znajomych, by zbudować wraz z nimi relacyjny kapitał!… Co, nie stosujesz się do takich zaleceń? To czego ty jeszcze szukasz na uniwersytecie!? Prawdy?

środa, 17 czerwca 2020

Z mojego listu do Studenta (4)

Przyjmując w dobrej wierze to, co – na temat bieżących opóźnień w obowiązkach studenckich – Pan w obydwu listach napisał, uważam, że nie tylko nie ma Pan za co (zwłaszcza mnie) przepraszać i czego się wstydzić, ale wręcz, że to Pan mógłby uczyć innych odpowiedzialności, pracy z myślą nie tylko o sobie, szacowania priorytetów wobec przeżywanych trudności życiowych itp. Tak to odbieram. A studia i edukację, które sprowadzają się do uzyskiwania kolejnych stopni bez oglądania się na innych i na dobro wspólne, uważam za paliwo społecznej degrengolady, która zdaje się postępować, także w naszym najbliższym otoczeniu… Innymi słowy, materiałem własnych studiów proszę uczynić również opisane przeżywanie pandemii i jej konsekwencji w Pana świecie życia, a uzyskane w ten sposób doświadczenie i kompetencje pozwolą Panu tym bardziej cieszyć się dyplomem, który w stosownym czasie zapewne Pan wypracuje.

środa, 15 stycznia 2020

Z mojego listu ws. wyborów do Zarządu OG PTF

Odpisuję po kilku dniach zastanowienia – dziękuję za dobre słowo i zaufanie, i przepraszam, ale nic z tego😊.

Do pełnienia tej funkcji potrzeba wiary w sens podejmowanego wysiłku oraz wiary w siebie, a u mnie – po latach pracy na UG – już chyba niczego takiego nie ma😊. Bezinteresowność filozoficznego dyskutowania widzę jeszcze wśród niektórych osób, które niegdyś mnie uczyły, oraz wśród młodzieży na zajęciach i to jest bardzo budujące, ale pomiędzy jednym a drugim dostrzegam przede wszystkim skupienie delikwentów – rozmaitych lokalnych i przyjezdnych mądrali – na zbieraniu punktów do dorobku itp. I kompletnie nie interesuje mnie obsługiwanie ich pod tym względem poprzez organizowanie im odczytów w Towarzystwie😊. Mam za sobą ‘kilkunastoletni epizod’ współtworzenia i prezesowania PTFT. Mój pomysł na rolę i sposób działania Towarzystwa – mniej widowiskowy, za to bardziej dyskusyjny i seminaryjny – nie znalazł jednak dostatecznego zrozumienia i akceptacji, więc też już od lat w tym towarzystwie mnie nie ma. Ono samo jednak działa bardzo sprawnie, pełniąc kulturalną rolę na środowiskowej mapie. A ponieważ we mnie nie ma też ducha walki😊, to w ew. roli Przew. nie widziałbym sensu rywalizowania OG PTF z PTFT. Nie widzę również sensu forsowania własnej ww. wizji towarzystwa w tutejszym akademickim środowisku osób wszystko wiedzących lepiej, a przy tym bardziej tytułowanych itd. Myślę nawet, że ew. moje przewodniczenie OG PTF większość przyjęłaby z rozbawieniem, albo zażenowaniem😊.

Mówi się nie bez racji, że nasze myśli kształtują nasze życie. Cóż, nie prosiłem się o takie jak wyżej, ale takie nabyłem, więc ich w sobie nie duszę😊.

piątek, 14 grudnia 2018

Z mojego listu do Doktoranta

Ja również Panu i Państwu bardzo dziękuję!, to były dla mnie bardzo cenne zajęcia, spotkania, rozmowy… I przy tym bardzo dziękuję za zainteresowanie moimi Rozmaitościami!

Odnośnie uczelnianych trudów itp. pisze Pan m.in.: “Można nie zwracać na coś uwagi, dopóki bezpośrednio nie zostanie się pokrzywdzonym”… To racja, ale może jakimś łagodzącym ‘sposobem na życie’ jest: nie mieć oczekiwań, by nie doświadczać rozczarowań itp. To bardzo dobrze działa np. w odniesieniu do rozmaitych uczelnianych wydarzeń, zajęć, zebrań, konferencji, wystąpień tzw. “autorytetów” itp., ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że wobec spraw bardziej osobistych – w tym bardziej osobistego przeżywania uniwersytetu – jest trudniejsze do skutecznego zastosowania. Tym, co mnie pozytywnie ‘napędza’ – i co zapewne jakoś wyłazi też z moich wywodów podczas zajęć itp., i co w miarę możliwości polecam też innym, zainteresowanym – jest priorytet podmiotowej perspektywy działania, moralne zobowiązanie, jakie mam wobec konkretnych osób, z którymi dane mi jest wchodzić w rozmaite relacje. To jest zobowiązanie z definicji asymetryczne, czyli takie, które przynajmniej teoretycznie wyklucza poczucie krzywdy, niespełnienia, zawodu itp. A gdy spotka się z nim jakiś nieoczekiwany plus – na przykład taki miły list, jak ten otrzymany od Pana – to wyżej wspomniany ‘napęd’ zyskuje kolejną porcję energii.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Przeczytałem w Gazetce

parafii p.w. Św. Michała Archanioła w Zblewie:

"Co czynić, aby nasze życie było udane? Słowo Boże podkreśla dziś [Mk 12, 28b-34] znaczenie przykazań Bożych, a zwłaszcza przykazania miłości Boga i bliźniego. Skąd jednak czerpać motywację do ich przestrzegania, kiedy przytłacza nas własna słabość i grzeszność? Ostateczną odpowiedzią Boga na nasze poszukiwanie szczęścia nie jest przepis, lecz osoba Jezusa Chrystusa, który z miłości ofiarował samego siebie za nasze grzechy. Tylko przyjmując Jego miłość, możemy naprawdę kochać siebie i bliźnich, żyjąc w bliskości królestwa Bożego".

wtorek, 30 stycznia 2018

Wolniewicz

Postacią tyleż popularną, co budzącą skrajne emocje jego zwolenników i przeciwników, był w ostatnich latach filozof, logik, profesor nauk humanistycznych Bogusław Wolniewicz (1927-2017). W Wikipedii napisano o nim m.in., że: „w 1955 złożył wniosek o członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i został do niej przyjęty w 1956. Pełnił funkcję I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Członkiem PZPR (mimo niechęci wobec rządów Gierka) pozostał do 1981. Do 1998 wykładał na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Pod koniec lat 90. XX w. związał się ze środowiskami skupionymi wokół Radia Maryja, na antenie którego występował jako komentator wydarzeń społecznych, kulturalnych i politycznych. Bywał także gościem audycji w Telewizji Trwam. […] Specjalizował się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansował się od głównych nurtów filozofii XX wieku. […] Był zdeklarowanym niewierzącym (przedstawiał się jako «rzymski katolik – niewierzący»). Uściślał to, precyzując, że nie wierzy w przetrwanie świadomości po śmierci. Natomiast nie negował istnienia wyższej inteligencji nad człowiekiem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogus%C5%82aw_Wolniewicz).

Kilkakrotnie miałem okazję słuchać Wolniewicza w kameralnych warunkach podczas spotkań Gdańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Były to spotkania intelektualnie bardzo interesujące, ale towarzysko raczej nieprzyjemne. Prelegentowi zdarzało się krzyknąć na dyskutanta, walnąć pięścią w stół, a nawet wypraszać z dyskusji osoby, które krytycznie odnosiły się do tego, co mówił. Pod tym względem nie stanowił na pewno wzoru do naśladowania, choć retorycznie przy tym zapytywał: „gdzież omawiać najostrzejsze problemy współczesności, jak nie na spotkaniach towarzystwa filozoficznego!?”… A jednak w tym, co mówił i w postawie intelektualnej, którą prezentował jako filozof, znajdowałem to, czego próżno szukać u wielu ugrzecznionych i nijakich filozoficznych karierowiczów: odwagę myślenia i uporządkowanego mówienia tego, co się myśli. W rozprawie doktorskiej poświęconej jego twórczości tak napisano o Autorze: „Jego głos wnosi ład myślowy w chaos twierdzeń generowanych ideologią i emocjami, przy czym bardzo często filozof wskazuje na problemy moralne przemilczane przez ogół jako niewygodne, a przez intelektualistów jako niepoprawne politycznie. Wolniewicz tworzy swoją filozofię w zgodzie z logiką i własnym sumieniem”. (Joanna Smakulska, Bogusława Wolniewicza etyka życia, Katowice 2011).

Sam Wolniewicz (w książce pt. Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka, Komorów 2010) tak ową kwestię ujmował: „człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza”; nie jest „osiodłany”, jak ci milczący, którzy zamienili wolność słowa na gwarancję doczesnych powodzeń. Owa wolność jednak „jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie”. Mówił więc Wolniewicz – ów niegdysiejszy funkcjonariusz partyjny – i pisał słowa, które irytowały jego oponentów i gorszyły światopoglądowych pedantów; choćby takie o dziedzictwie religii: „Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi «chrześcijaństwo»”, ale dziś „lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły”.

W innej swojej pracy (pt. Filozofia i wartości, Warszawa 1993, 2003) Wolniewicz dał minimalistyczną wykładnię charakteru uprawianej profesji. Pisał: „W filozofii nie potrzeba wielkiej erudycji. By ją skutecznie uprawiać, starczy spełnić trzy warunki: mieć coś do powiedzenia, umieć to jasno wyrazić, nie bać się tego zrobić. Gdy brak choć jednego, nie ma filozofii”.

To ujęcie niewątpliwie bliskie jest tym, dla których filozofia jest sprawą życiową – takim wszak się stało dla słów tych autora. Natomiast, a przekonałem się już o tym sam niejednokrotnie, jest ono wręcz nieznośne dla tych, którzy filozofię sprowadzili do nauki i okopali się w jej akademickich rewirach. Daje przecież asumpt do krytyki ich kulturowej roli, tak ochoczo kojarzonej z rzekomym posiadaniem wiedzy już najwyższej. W Wolniewiczowym ujęciu, filozofia uprawiana według powyższego, tylko z pozoru łatwego wskazania, daje wartościową wiedzę tam, gdzie nauki brakuje lub tam, gdzie rozmaitym brakuje odwagi myślenia. Sam Autor wyjaśniał to następująco: „Filozofia nie jest nauką. […] Świat nie kończy się jednak wraz z nauką, a żyć w nim i myśleć trzeba. Filozofia jest dziś tym, czym zawsze była: próbą racjonalnego orientowania się w świecie, gdzie brak wiedzy pozytywnej. Jest więc sprawą serio, nie – jak się czasem słyszy – intelektualną zabawą”. Tak rozumiana filozofia nie stroni więc od mocowania się z sumieniem rozumującego człowieka i nie gorszy się też wagą zdrowego rozsądku. Jest jednak filozofią raczej trudnej drogi niż myślą wygodnie rozsiadłą w salonach…

[Wojciech E. Zieliński, Wolniewicz, "Na Rozstajach", 2018, nr 1 (309), s. 12.]

niedziela, 3 września 2017

Ktoś mi kiedyś powiedział

– a było to krótko po obronie mojej pracy doktorskiej – że o ile jeszcze doktorat można uzyskać drogą niejako szkolną, a więc siłą własnej systematycznej pracy, studiów i zaangażowania, i oczywiście pod warunkiem spełnienia określonych wymagań formalnych, o tyle habilitacja polega przede wszystkim na tym, że się jest do niej zaproszonym; innymi słowy, że to samo środowisko naukowe w stosownym czasie zaprasza do swego grona osobę, którą uznaje za godną tego zaproszenia…

Czy tak jest w istocie, nie wiem, ale do dzisiaj pamiętam mieszaninę niedowierzania i niesmaku, jaki wówczas poczułem. Czyżby aż tak przyziemny był charakter nauki? Czyżby to wszystko, czego o niej wcześniej się naczytałem i nasłuchałem, sprowadzało się do efektów dystrybucji zaproszeń?

Minęły lata, a ja nie wyzbyłem się tak naiwnego i prostego, jak niegdyś, podejścia do nauki. Przekonałem się jednak, jak niewiele ma ono wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej w obszarze humanistyki i nauk społecznych, który nieco bliżej poznałem. Kilkanaście lat pracy w środowisku akademickim dało mi bowiem wiele nowych doświadczeń. Dowiedziałem się oto, że naukowo da się obronić każde zdanie i każdą osobę, która je wypowiada, o ile tylko formalnie dość liczne będzie grono broniących, reprezentujących określone naukowe gremium. I odwrotnie: każde zdanie i każdą osobę da się także odrzucić, o ile tylko dostateczne będzie grono niechętnych.

Czy coś w tym dziwnego? Dla czujących się dobrze w takim stanie rzeczy zapewne nie. Dla mnie jednak trudne do przyjęcia jest takie zawieszenie wartości nauki na jej środowiskowej tablicy ogłoszeń. A jeśli przy tym zastanowić się nad postawami osób parających się pomnażaniem wiedzy i nad tym, jakie znaczenie w promowaniu lub dyskredytowaniu określonych postaw ma wspomniana rola naukowych gremiów?…

Ciągnie swój do swego – głosi znane porzekadło. Mnie do nie-swego nie ciągnie, ale mimo to miewam wątpliwości: może powinienem to nie-swoje oswoić? Może tak właśnie należy postępować, aby przede wszystkim – bez względu na uznawane wartości moralne i poznawcze – zasłużyć na środowiskowe uznanie i otrzymać owo wspomniane na wstępie zaproszenie do salonów wiedzy? I może bez względu na wszystko tak właśnie należy postępować, aby swoją myślą, słowem lub uczynkiem nie narazić się tym, od których takowego zaproszenia wolno się spodziewać? I może przyznać trzeba, że budowany taką drogą relacyjny kapitał – trampolina środowiskowych sukcesów – jest dobrem na tyle dużym, by właśnie o takowe bezwzględnie zabiegać? A przecież tak wielu przy tym radzi, by instrumentalizować wszystko, co po drodze, dla osiągnięcia intratnego celu…

Otóż, nie. Uważam, że nic nie jest warte wstawienia w miejsce pierwszego punktu Dekalogu, bo wszystko, co tam można by wstawić, ma wyłącznie przyziemny, tymczasowy charakter. Warto zaś stawiać sobie wyższe wymagania i cele niż te, które wskazują tymczasowe gremia, bo i po tych gremiach na końcu zostaną popioły.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że z takim podejściem nie zajdę daleko, nie zajdę wysoko, nie znajdę uznania wierzących inaczej. Trudno. A gdy ktoś na to powie, że przecież wystarczyłoby tylko rzetelnie zajmować się nauką, pomyślę: może tak, może nie, w każdym razie nie mam co do tego pewności…