Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Rozstajach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Rozstajach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Mam serdeczną prośbę

Do osób, które będą o tym decydowały, aby już nie wyłączano kamery skierowanej obiektywem w stronę prezbiterium. Chcę znowu pójść na wieczorną mszę świętą – do pokoju z telewizorem – nie mogąc być fizycznie obecnym w kościele. Niech to dobro, jakim jest stały internetowy przekaz tego, co się dzieje w świątyni, nie okaże się dobrem tylko tymczasowym. Tymczasowe – oby jak najkrótsze i jak najmniej, mimo wszystko, bolesne – niech okażą się jedynie te paskudne wirusowe okoliczności, które sprawiły, że tak wiele i tak gwałtownie pozmieniało się w życiu społecznym, a więc także w życiu Kościoła.

Oto, sam lub wespół z domownikami, stoję, siedzę, leżę lub klęczę przed ołtarzem, na którym sprawowana jest Eucharystia. Modlę się w domowym kościele – w czasie rzeczywistym i we własnej parafii. To jest bycie u siebie!, choć fizycznie niekiedy w dużym oddaleniu od miejsca, w którym byłbym osobiście, gdyby możliwości na to pozwalały. To nie jest to samo, co oglądanie transmisji uroczystych mszy z Watykanu, Częstochowy, Krakowa, Warszawy… Nie umniejszając tamtym i nie kwestionując wagi religijnego ich przeżywania, wolę bliskość na co dzień znanego mi miejsca; wolę obecność i widok mojego parafialnego, „zwykłego” księdza, o którym wiem, że podobnie jak ja i inni ludzie z kościelnych ławek, przyszedł tu nie tylko z przyzwyczajenia, nie tylko z racji pełnionego tu obowiązku, ale przede wszystkim z powodu wyrażanej w ten sposób wiary – wiary w Boga, której kościelnym i społecznym wyrazem jest pośród innych pełniona liturgia. Jej otwarty i stały internetowy przekaz – możliwość przyjścia na mszę „do pokoju”, przed pracą, albo po jej zakończeniu, a może i w trakcie jakiejś pracy domowej, gdy fizyczne dotarcie do świątyni, ze względów czasowych lub innych po prostu nie byłoby możliwe – sprawia, że parafialny kościół tym bardziej staje się wspólnym miejscem parafian. I to jest wspólna czasoprzestrzeń Kościoła! – zwielokrotniona pandemicznymi uwarunkowaniami dzisiejszej doby – czasoprzestrzeń, której w moim przekonaniu nie wolno zlekceważyć lub zgubić, gdy codzienne realia w jakimś sensie „wrócą do normalności”.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że – gdy wspomniany do normalności powrót nastąpi – szereg argumentów zgodnym chórem wyśpiewa potrzebę fizycznego powrotu wiernych do murów świątyni i niezgodę na organizacyjną relatywizację praktyk religijnych. I od razu jedna, bynajmniej nie bardzo głęboka, ale zwyczajnie prozaiczna kwestia przychodzi mi na myśl, gdy piszę te słowa. Otóż pamiętam, jak wiele lat temu – w czasach, gdy telewizyjne transmitowanie mszy miało dopiero swoje początki – koleżanka w mojej obecności zapytała księdza, jak ma się zachować, gdy podczas domowego uczestnictwa w mszy transmitowanej, organizm zmusi ją do skorzystania z toalety i gdy w tejże znajdzie się akurat wtedy, gdy zadzwonią dzwonki na Podniesienie… Nie pamiętam, jak na to pytanie odpowiedział rzeczony ksiądz, ale pamiętam, co sam wówczas pomyślałem – nie mówiąc tego głośno, bo o zdanie nie byłem pytany: „Dziewczyno, jaki ty masz z tym problem!? Idź do łazienki skoro musisz i zrób to, co tam masz do zrobienia!”… Domowy udział w mszy świętej nie zawiesza przecież praw przyrody, a dzwonki, śpiewy czy suplikacje da się słyszeć także w parafialnym „toi toiu”. Innymi słowy, zwykła fizjologia sprawia, że wierni odchodzą czasem sprzed telewizora tak, jak też muszą czasem wyjść z kościoła „z racji siły niższej, która bywa siłą wyższą”. Ale dlaczegóżby przy tej okazji właśnie na ów internetowy przekaz mszy w czasie rzeczywistym nie spojrzeć jako na coś dobrego, głębokiego i religijnie wychowawczego. Skoro domowej „mszy na żywo” – tak, jak tej na żywo spełnianej w kościele – nie mogę lub nie chcę sobie tak po prostu zatrzymać i odtworzyć później, to znaczy, że jeśli na żywym udziale w niej mi naprawdę zależy, muszę inne sprawy jej podporządkować; i chociażby wyłączyć telefon. Czy trzeba tu dodawać, że jeśli komuś na takim żywym udziale w mszy nie zależy, to przecież z jej powodu nie pójdzie ani do kościoła, ani do wspomnianego pokoju z telewizorem?

Reasumując, dostrzegam wielką wartość i wychowawczy potencjał w tym, co z powodu pandemii stało się „konieczną możliwością” – prezbiterium parafialnego kościoła na wyciągnięcie ręki dostępne we własnym domu to przestrzeń domowej modlitwy, ale też ewangelizacji i możliwości kształtowania postaw religijnych i moralnych, oraz działań i zachowań z nimi powiązanych; przestrzeń, która aż prosi się o w przyszłości szersze, nie tylko ściśle liturgiczne wykorzystanie. Nie obawiam się, że później – gdy profilaktyczne obostrzenia ustąpią – zabraknie ludzi w „prawdziwym” kościele, choć podejrzewam, że po obecnym czasie już nie wszyscy, którzy mogliby, faktycznie do niego powrócą. Czy nie warto więc zawczasu pomyśleć o tym opisanym wyżej dobru Internetu? A on, działając przecież w obie strony, daje chyba już teraz możliwość założenia i wykorzystania także wirtualnej tacy; takiej, która – nie zastępując tradycyjnego konta bankowego parafii – byłaby w obsłudze bardziej uproszczona. Ta prawdziwa taca, wiklinowa lub inna, nadal przecież będzie potrzebna, ale czy na pewno stanie się pełniejsza, gdy zabraknie wspomnianej na wstępie kamery?


[Wojciech E. Zieliński, Mam serdeczną prośbę, "Na Rozstajach", 2020, nr 5-6 (335), s. 10.]

sobota, 12 października 2019

Orasz i laborasz, a łódka

stoi w miejscu? A cóż to za dziwaczne pytanie i cóż za idiotyczne sformułowanie!? Oczywiście to jest nawiązanie do benedyktyńskiego wezwania Ora et labora! i do obrazowego przedstawiania jego znaczenia, wedle którego modlitwa i praca są niczym dwa wiosła płynącego łodzią: potrzeba używania jednocześnie obu, aby nie stać w miejscu lub nie kręcić się w kółko...

Ale co zrobić i co myśleć w sytuacji, gdy solidnie używasz obydwu tych wioseł, a efektu twojego wysiłku nie widać i, przeciwnie, pewność masz tylko bezsilnego trudu?

Gdybyś faktycznie zadał mi takie pytanie, odpowiedziałbym jedynie słowami mojej wiary: że Bóg wie lepiej, bo widzi więcej; bo w pełni ogarnia akwen, po którym płyniesz, może nie widząc horyzontu i nie mijając po drodze żadnych jednoznacznych dowodów swego ruchu. Zatem? Cóż, błyskotliwej pointy w tym miejscu nie będzie. Po prostu wiosłuj! Módl się i pracuj nadal – ale z wiarą i nadzieją, i z miłością, nie tylko własną.


[Wojciech E. Zieliński, Orasz i laborasz, "Na Rozstajach", 2019, nr 12 (330), s. 12.]

poniedziałek, 23 września 2019

Rozmawiałem ze Znajomym. Jak zwykle

o różnych sprawach, ale tym razem najdłużej o Kościele. Przyznał, że przez większość życia regularnie, co niedzielę chodził na Mszę świętą, a bywało nieraz, że do kościoła wstępował w tygodniu, by pomodlić się w ciszy, bez żadnej liturgii. Od pewnego czasu na Msze już nie chodzi.

Znajomy jest estetą, człowiekiem wykształconym, obytym w świecie, zamożnym i przedsiębiorczym. Z wielu przeprowadzonych z nim rozmów wnioskuję, że chętnie słuchał kazań intelektualnych, to znaczy takich, które dają do myślenia na wysokim poziomie. Znajomy – czemu trudno się dziwić – nie znosi kleru zacofanego, pazernego na „kasę” i społeczne honory, a przy tym pełnego moralnej obłudy.

Pod wieloma względami nie jesteśmy podobni. I to chyba sprawia, że zwykle bardzo dobrze nam się rozmawia. Inna sprawa, że nie wiążą nas żadne zależności formalne czy materialne. Zatem, dzielące nas różnice światopoglądowe i związane z nimi choćby polityczny sympatie, mogą wybrzmiewać bez obaw o autocenzurę, za to ze szczerym zamiarem znalezienia choćby drobin mądrości w konflikcie dyskutowanych racji. Myślę czasami, jak wiele wspólnego dobra mogłoby wyniknąć z poszerzenia skali rozmów tego rodzaju. Czy takie poszerzenie już nie jest możliwe?

Znajomy ma własny bagaż doświadczeń, więc do nich, gdy zechce, odniesie moje słowa. W każdym razie – wracając do kwestii udziału w Mszy świętej – powiedziałem mu o tym, co mnie samemu jest jakoś bliskie: Od czasu do czasu pójdź na Mszę w dzień powszedni – bez żadnej świątecznej okazji, bez żadnej wzniosłej intencji i bez żadnej szczególnej potrzeby. Pójdź bez intelektualnych, estetycznych i moralnych oczekiwań. Spędź około trzydziestu minut czasu wśród niemal pustych ławek, w gronie może kilkunastu przeważnie starych ludzi, wśród śpiewu być może kakofonicznego i na wypowiadaniu od dawna powtarzanych formuł. I nie oczekuj niczego. A potem wyjdź z kościoła i wróć do swojej codzienności.

Oczywiście nie wiem, czy zechcesz tak zrobić, a gdy zrobisz nie wiem, czy to zechcesz powtórzyć…


Zob. także: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2012/10/do-kleczenia.html.


[Wojciech E. Zieliński, Rozmawiałem ze Znajomym, "Na Rozstajach", 2019, nr 11 (328), s. 12.]

środa, 7 listopada 2018

O czasie i datach

1 września. Cóż, dzień, jak każdy inny w kalendarzu, a i kalendarz przecież raczej umowny. To, że jakiś dzień ma swój numer i to, że ileś dni mieści się pod szyldem nazwy jakiegoś miesiąca, to przecież tylko zwykła ludzka konwencja, jakiś sposób poukładania czasu według zamysłu tych, którzy czasu doświadczają, czyli nas samych – ludzi żyjących dzisiaj, tych, którzy żyli przed nami i zapewne tych, którzy żyć będą po nas. Z jednej strony to oczywiste, z drugiej – pod znakiem zapytania stawia wagę i znaczenie owej konwencji, która sprawia, że jakoś ujmujemy i liczymy czas, zapisujemy daty, a miejsca w kalendarzu wypełniamy rozmaitymi treściami i mniej lub bardziej przejmujemy się nimi. Jakże wiele spraw w naszym życiu wiąże się z różnymi datami…

Czas jest źródłem rozmaitych paradoksów, sam przecież jest paradoksalny. Pisał filozof, św. Augustyn w swoich Wyznaniach: „Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”. Nasze doświadczanie czasu często jest ambiwalentne. Z jednej strony chcemy, aby go nam nie brakowało, z innej – dłuży nam się, gdy wlecze się nazbyt powoli. Ale ambiwalentne są także w jakimś sensie daty. Data, jako znacznik jakiegoś wydarzenia może być źródłem naszej radości, satysfakcji, ale bywa także źródłem cierpienia lub smutku. Weźmy choćby za przykład jakąś datę z naszego życia, która ma utrwalone zwyczajem znaczenie. Oto przywykliśmy do świętowania własnych urodzin. Cieszymy się z tego, że w określonym dniu odwiedzają nas bliscy, składają nam życzenia, cieszą się naszą obecnością, a my cieszymy się z ich wizyty. Ale, gdy w danym, ważnym dla nas dniu, mimo naszych zaproszeń i oczekiwań nikt się nie pojawia, data, która dla nas jest nieobojętna, sprawia nam jakiś rodzaj smutku – owszem, nie ona sama, ale to, że pod nią nie zapisała się wizyta tych, na których obecność w danym dniu liczyliśmy. I nie ma tu chyba do końca pewności, czy więcej waży wówczas owa nieobecność gości, czy może jednak nasza własna pamięć tej nieobojętnej daty.

Jeśli na słowa zapisane powyżej spojrzymy również z pewnego dystansu, zobaczymy i tę cechę czasu, jaką jest nasza zwykle osobista jego formuła; to, jak bardzo prywatnie czas jest z nami związany. Czas jest moim doświadczeniem osobistym – każdy może to przecież sobie zgodnie z prawdą powiedzieć. Rozważając czas, w jakimś sensie rozważam zatem siebie samego. Innymi słowy, jestem (w) centrum tego, co jest rozważane. Świat, przestrzeń, czas kręcą się jakoś wokół mnie, ja jestem tego osią, a zarazem początkowym i końcowym jej punktem. W pewnym sensie przeszłość i przyszłość skupiają się w owej teraźniejszości, której właśnie tu i teraz doświadczam. Ale ten osobisty, doświadczeniowy charakter czasu ma także ponadjednostkowy wymiar. Oto nasz czas jest zarazem czasem naszego pokolenia; każde pokolenie wyznacza własną miarę własnego czasu…

O tym, że chyba nie są to puste słowa, świadczą nasze doświadczenia zmagań z ludźmi poprzednich i nadchodzących po nas pokoleń. Każdy z nas ma zapewne doświadczenie sporu z tymi, którzy – jako starsi – o różnych sprawach wiedzieli i wiedzą od nas więcej i lepiej, i być może każdy, a przynajmniej wielu z nas ma doświadczenie sporu z tymi, którzy – jako młodsi od nas – winni się od nas, naszym zdaniem, uczyć, a czynią to z jakimś niezrozumiałym dla nas oporem. Kiedy spojrzeć na to z dystansu, okazuje się, że nasz czas, czas naszego pokolenia, nie jest w pełnym tego słowa znaczeniu tym samym lub takim samym czasem, jakim był czas poprzednich i jakim będzie czas nadchodzących po nas pokoleń. W pewnym sensie tak my, jak i nasi rodzice, jak i nasze dzieci, żyjemy w różnych światach – światach właściwych temu czasowi, jaki jest dany ludziom danego pokolenia.

Powróćmy jednak od czasu do dat. Ważnej dacie warto bowiem przyjrzeć się pod kątem również tego, na co pozwala nam czas jej przeżywania. Jeżeli komuś na przykład dane było wygrać na loterii w dniu, którego data przypominała mu przeszłe złe doświadczenie, to zapewne właśnie sytuacja wygranej przeważyła nad tamtym przykrym, związany z poprzednim czasem, uczuciem. Jeżeli ktoś o ważnej dla siebie dacie, na przykład urodzinowej, zapomniał dlatego, że właśnie zajęty był niezmiernie inspirującym dla siebie działaniem, to przecież żadne „niespełnienie” tej daty przez zapowiadanych, ale nie przybyłych gości, nie przesłoni tego, co w danym dniu okazało się jednak daleko ważniejsze.

Jak zatem myśleć o 1 września? Odpowiedziałbym: Warto myśleć nie tylko patetycznie, ale również zwyczajnie i całkiem praktycznie. To przecież data, która kojarzy się z początkiem roku szkolnego, a czyż szkoła nie jest aby męką dla uczniów? Wiadomo, bywa. Zwłaszcza wtedy, gdy pierwej jest męką dla nauczycieli, czyli, gdy ci swoją pracę traktują jak dopust boży i nie omieszkają przenosić tej frustracji na swoich uczniów. Jeśli więc na datę pierwszego września spojrzeć jako na datę początkową, znak nowego okresu pewnej pracy do wykonania i niewątpliwego w tym celu wysiłku, to może stać się ona swego rodzaju datą zobowiązującą do tego, aby w tym nowym roku, w tym przypadku szkolnym, uczynić coś dobrego, czego nie udało się uczynić wcześniej, a wyeliminować choćby część owego zła, jakie już wcześniej w edukacji nam doskwierało.

A ta smutna 1-wrześniowa data roku 1939? Chyba wystarczy na koniec tylko takie pytanie: Co powiedzieliby o nas ludzie tamtego czasu, gdyby dane im było zobaczyć naszą teraźniejszość, a nam – ze zrozumieniem usłyszeć ich słowa?…

[Wojciech E. Zieliński, O czasie i datach, "Na Rozstajach", 2018, nr 8 (316), s. 12.]

piątek, 13 lipca 2018

Zakłócone wystąpienie konferencyjne*

Szkoła IKS, działająca w niewielkiej, urokliwej, ale źle skomunikowanej miejscowości, od pewnego czasu rozwija się bardzo dobrze. Parę lat temu jej poprzedni dyrektor odszedł na emeryturę, niedługo potem kilkoro nauczycieli zmieniło pracę, a w ich miejsce pojawiły się nowe, pełne twórczego zapału, osoby. Wbrew nienajlepszym doświadczeniom, jakie wyniosły z placówek, w których pracowały poprzednio i obawom, że w nowym dla nich miejscu będzie podobnie, okazało się, że Szkoła IKS pod obecnym zarządem daje im wiele możliwości rozwoju i wspiera w twórczym wykorzystywaniu dobrych pomysłów edukacyjnych. Mateusz, nauczyciel przedmiotów ekonomicznych i przedsiębiorczości, a zarazem wychowawca klasy Pe – którą przejął po niepracującej już osobie – zapowiedział uczniom przed wakacjami, że w nowym roku szkolnym poprowadzi również dla chętnych tutoring…

Andrzej, uczeń klasy Pe – która w bieżącym roku szkolnym stała się klasą maturalną – już 1 września zgłosił się do Mateusza z prośbą o przyjęcie na zajęcia tutorskie. O tutoringu, poza tym, co jeszcze przed wakacjami usłyszał od wychowawcy, dowiedział się wiele, intensywnie pod tym kątem przeszukując internet. Wychowawca, nie przesądzając jeszcze ostatecznej decyzji, wskazał Andrzejowi miejsce i termin kluczowego spotkania w przedmiotowej sprawie.

Andrzej przyszedł zdeterminowany i przygotowany – miał już określony „plan na siebie”: po maturze zamierzał podjąć studia ekonomiczne, a teraz chciał, aby tutorial pod kierunkiem Mateusza stał się rozwojowym wsparciem dla jego zamierzeń. Ku zdziwieniu i pewnemu zakłopotaniu nauczyciela, określił nawet finalny moment tutorialu: miałaby to być szkolna, uczniowsko-nauczycielska konferencja ekonomiczna, której organizacją zamierzał się zająć i w ramach której – obok uczniów klasy Pe, jej wychowawcy oraz kilku innych nauczycieli – miałby wystąpić znajomy rodziców Andrzeja, ekonomista, profesor wyższej uczelni z odległego o kilkadziesiąt kilometrów miasta wojewódzkiego. Według śmiałych planów Andrzeja, konferencja miałaby zwieńczyć przedostatnie półrocze nauki klasy Pe w Szkole IKS – półrocze ostatnie służyć miało już tylko intensywnemu przygotowaniu do matury. Tymczasem Andrzej potrzebował tutora, który wsparłby go w realizacji zamierzeń i merytorycznie koordynował jej przebieg.

Mateusz nie krył zadowolenia z rysującego się planu działań – nowatorskie w Szkole IKS, tutorskie przedsięwzięcie edukacyjne zapowiadało się interesująco. Oto miał przed sobą zdolnego ucznia klasy maturalnej, pewnego siebie, ale niezarozumiałego, którego z dobrej strony wiedzy i zaangażowania szkolnego poznał już w poprzednim, pierwszym roku swojej pracy w Szkole IKS. Ponieważ sam był osobą otwartą na innych, niezależnie od ich wieku, pozycji społecznej itp., nie sprawiło mu wewnętrznych trudności wrażenie, że Andrzej przyszedł na spotkanie tutorskie, by „wynająć” wychowawcę-tutora do realizacji swoich śmiałych planów. Oczywiście o tym wrażeniu powiedział uczniowi głośno, co stało się przedmiotem kolejnych kilkunastu minut ich rozmowy. Na koniec spisano tutorski kontrakt i uzgodniono termin następnego spotkania – jego zadaniem było sprecyzowanie planu dalszego działania.

A potem wszystko poszło już gładko. Tutorial toczył się bez zakłóceń, dla obu stron procesu był intensywny merytorycznie i organizacyjnie. Inicjatywa konferencji spotkała się bowiem z dużą przychylnością dyrekcji Szkoły IKS, aktywnością zaproszonych do udziału w niej nauczycieli i uczniów klasy Pe, i …z rosnącym zainteresowaniem tutoringiem ze strony uczniów młodszego rocznika. Zarówno dla Andrzeja jak i dla jego tutora, przedsięwzięcie stało się wielce zobowiązujące. Aż nadszedł finał – dzień konferencji…

Program przewidywał kolejno wykład zaproszonego Profesora, dwa wystąpienia nauczycieli, wystąpienie podopiecznego Andrzeja, podsumowujące pierwszy w szkole tutorial wystąpienie Mateusza i wieńczącą pierwszą część konferencji dyskusję, następnie przerwę kawową, a po niej cztery wystąpienia uczniów klasy Pe. Z wyjątkiem czterdziestominutowego wykładu Profesora, każde wystąpienie miało trwać nie dłużej niż dwadzieścia minut. Organizacyjno-porządkową obsługę konferencji zapewniali uczniowie młodszej klasy, już zabiegający u Mateusza o zapisanie się w kolejnym półroczu nauki na jego zajęcia tutorskie. Po konferencji przewidziany był wspólny obiad uczestników z dyrekcją Szkoły IKS, po którym zaplanowano uroczyste podpisanie umowy inicjującej współpracę uczelni reprezentowanej przez Profesora ze Szkołą, w zakresie nauczania przedmiotów zawodowych.

Fatalna tego dnia pogoda sprawiła, że Profesor nie dojechał do szkoły w planowanym czasie – wszedł do sali konferencyjnej dopiero wtedy, gdy swoje wystąpienie zaczynał Andrzej, pierwszy referent z grona uczniów klasy Pe. Usiadł obok Mateusza, nie wiedząc, że ten jest tutorem Andrzeja i chyba niezbyt dobrze orientując się w planie konferencji. Gdy Andrzej kończył swoje wystąpienie, Profesor powiedział szeptem do Mateusza:

– Andrzej, to bardzo zdolny chłopak! Przygotował ze mną to wystąpienie w ramach tutorialu, który prowadziłem dla niego prywatnie na uczelni. Zamierza zostać naszym studentem…

Chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie nauczyciel prowadzący konferencję zaprosił go do wygłoszenia spóźnionego wykładu. Mateusz miał czterdzieści minut na przemyślenie tego, co powie o swoim pierwszym tutorialu, przeprowadzonym w Szkole IKS…


 ____________________
* Tekst do wykorzystania w ramach tzw. studium przypadku (© Wojciech E. Zieliński), napisany dla Collegium Wratislaviense podczas kursu pt. "Praktyk Tutoringu – Szkoła Tutorów II stopnia" (rok ak. 2017/2018).

Zob. także: Bez akademickiej spiny, czyli wczasy edukacyjne.


[Wojciech E. Zieliński, Zakłócone wystąpienie konferencyjne, "Na Rozstajach", 2018, nr 7 (315), s. 12.] 

piątek, 1 czerwca 2018

Nowiny z Warszawy

Pojechałem do Stolicy i w hotelu trafiłem na dobre nowiny – to „bezpłatna gazeta ewangelizacyjna”, redagowana w Krakowie, a wydawana przez Stowarzyszenie Rafael. Na internetowej stronie Rafaela (http://www.stowarzyszenierafael.pl/) przeczytałem, że Stowarzyszenie istnieje od roku 2000, siedzibę ma w Krakowie, a jego celem jest „aranżowanie i wspieranie dzieł ewangelizacyjnych oraz służących krzewieniu postaw chrześcijańskich”; przy tym, jako główne pole działalności wskazuje produkcję filmową: „misją Stowarzyszenia jest tworzenie i wspieranie obrazów, których scenariusz oparto o wartości ewangeliczne”. Według zapewnień zamieszczonych na wspomnianej stronie, Rafael ciszy się błogosławieństwami ks. kardynała Stanisława Dziwisza oraz biskupa Grzegorza Rysia i biskupa Andrzeja Jeża. Niestety, żadnego wskazywanego na stowarzyszeniowej stronie dokumentu potwierdzającego te rekomendacje, ani nawet statutu Rafaela, nie udało mi się otworzyć. Tym samym, moje – na razie ledwie kredytowe – zaufanie do Wydawcy pisma, uległo już na wstępie pewnemu zachwianiu.

Z kolei z łamów samej Gazety i zamieszczonej na nich stopki redakcyjnej, a także z wskazywanej w tej stopce strony internetowej pisma (http://dobrenowiny.pl/) dowiedziałem się, że dzięki hojności darczyńców w 2017 roku rozdano dwa miliony „Dobrych Nowin”, nakład styczniowego (2018) numeru pisma wyniósł 200 tys. egzemplarzy, i że około 10 tys. egzemplarzy chyba regularnie trafia do naszego województwa. Jak wspomniałem, sam zobaczyłem gazetę dopiero w Warszawie.

Tegoroczny, styczniowy numer „Nowin” przedstawia m.in. rocznicę objawień w Lourdes (1858), postaci śp. Heleny Kmieć (1991-2017) – polskiej wolontariuszki zamordowanej w Boliwii, oraz Giuseppe Moscatiego (1880-1927) – świętego „lekarza ubogich” z Neapolu; zawiera także rozmowę z Katarzyną Straburzyńską, autorką książki pt. Dotyk Miłości, która opowiada o zerwaniu „kajdan okultyzmu”. Z lektury „Dobrych Nowin” dowiedziałem się także, że katolikami są: Eduardo Verastegui (ur. 1974), Meksykanin, „jeden z najprzystojniejszych mężczyzn świata, obrońca życia, […] aktor, piosenkarz i model”; Sebastian Kurz (ur. 1986), od grudnia 2017 roku kanclerz Austrii; Jose Mourinho (ur. 1963), portugalski trener piłki nożnej, prowadzący obecnie Manchester United; oraz Michał Lorenc (ur. 1955), „wybitny polski kompozytor muzyki filmowej […]. Obrońca chrześcijaństwa i naszej narodowej tożsamości. Członek wspólnoty neokatechumenalnej”… I właśnie lektura krótkiej notki, poświęconej Lorencowi w „gazecie ewangelizacyjnej”, skłoniła mnie – gdym już wracał pociągiem z Warszawy – do napisania niniejszego tekstu. „Nowiny” przytoczyły bowiem za „Gościem Niedzielnym” (zob. http://gosc.pl/doc/793520.To-nie-jest-normalne) następujące słowa kompozytora: „Dlaczego poszedłem za Jezusem? Bo wszystko, co mi obiecał, spełnia się w moim życiu. Żyję, czuję smak, to najważniejsze. Gdybym nie trafił do wspólnoty Kościoła, nie jest pewne, czy bym żył”.

Problem z tymi słowami – i im podobnymi, które czasami zdarza mi się tu i ówdzie wyczytać lub od kogoś usłyszeć – mam zapewne przyziemny, więc niewyjątkowy: Otóż, nie wiem, na czym polega owo: „wszystko, co mi obiecał, spełnia się”. Przecież nie mam i chyba nie mogę mieć poczucia spełnienia się względem mnie lub u mnie jakichkolwiek obietnic, skoro nic mi nie wiadomo o tym, by mi Pan Bóg osobiście cokolwiek przyrzekał; bo też niby z jakiej racji miałby to w ogóle robić. Innymi słowy, nie wiem, na czym miałaby polegać taka pewność własnego stanu posiadania, i nie wiem, na czym miałaby polegać taka bezpośrednia partnerskość Bosko-ludzkiej relacji. Nie wykluczam, że powyższe może być udziałem innych, ale też przyznaję, że mojemu doświadczeniu znacznie bliższe są te słowa prośby, wyczytane w innym miejscu bezpłatnej gazety: „Panie Jezu, powiedz, co się dzieje w moim życiu, bo ja tego nie rozumiem”…

Myślę sobie czasami i wierzę, że to Boskie milczenie, które w odpowiedzi na podobne słowa słyszę najczęściej – milczenie, którego zapewne nie ja jeden doświadczam – nie bierze się z obojętności albo złej woli Adresata kierowanych próśb, ale może z tego, że On akurat niesie własny krzyż – pod górę, samotnie, choć w tłumie gapiów, prześmiewców i „przeuczonych” w piśmie – i że te moje słowa najzwyczajniej gdzieś tam rozpraszają się w ulicznym jazgocie. I gdy rodzi się pokusa, aby prosić głośniej, a może wręcz zakrzyknąć z pretensją, aby wołany wreszcie do mnie się odwrócił, wzbiera też poczucie niestosowności i wstydu – że zamiast zwyczajnie i po ludzku działać, i własną pracą pomagać Mu, a zarazem sobie i innym, w niesieniu codziennego krzyża, myślę tylko o pożądaniu własnych dobrostanów. Azaliż, czy dowodem ich posiadania nie jest już sama możliwość snucia podobnych dywagacji? A gdy odpowiedź wyda się twierdząca, czy dobrą ocenę wzbudzą ich efekty?

[Wojciech E. Zieliński, Nowiny z Warszawy, "Na Rozstajach", 2018, nr 4 (312), s. 9.]

poniedziałek, 19 marca 2018

Niewysokie loty pana Kuczoka

Pewnego styczniowego razu dowiedziałem się z telewizora, że niejaki Kuczok Wojciech bardzo się denerwuje, gdy Dawid Kubacki robi znak świętego krzyża przed narciarskim skokiem i że gestem takowym Dawid ów obraża ateistyczne uczucia wrażliwego Wojciecha…

Chyba nie mam dobrej pamięci do imion i nazwisk – zdaje się, że lepszą do twarzy – więc o ile profesję Kubackiego wywiodłem z usłyszanej informacji, o tyle zawodowe osadzenie Kuczoka musiałem sobie najzwyczajniej „wygooglać”. I tak oto przeczytałem w internetowej encyklopedii, że pan Kuczok jest to prozaik, poeta, scenarzysta, krytyk filmowy i speleolog, czyli pisząc prościej, grotołaz. Gnój, to tytuł jednej z jego książek.

Ponieważ telewizyjna informacja była dla mnie niejasna, ponownie sięgnąłem do internetu, by ze strony http://wyborcza.pl/7,154903,22866741,wojciech-kuczok-stoch-lat-niech-zyje-nam.html wyczytać całą przedmiotową wypowiedź rzeczonego prozaika (z 8 stycznia b.r.), a w niej między innymi te słowa:

„Kamila [Stocha – przyp. WEZ] stać na kolejny olimpijski dublet, ale mierzyć w niego precyzyjnie nie sposób, zawsze może się zdarzyć fuksiarz, którego wiatr poniesie jak na dywanie […]. Martwi mnie natomiast pobożność naszego pogromcy igielitu, co do którego wciąż żywimy uzasadnione nadzieje medalowe. Dawid Kubacki nie przestaje się żegnać przed skokiem. Żona [domyślam się, że mowa tu o pani Kuczokowej – przyp. WEZ] uznaje to za jeszcze jeden dowód na przewagę narciarstwa alpejskiego. Mówi, że nie byłoby problemu, gdyby miał kijki. Dalibóg, w żadną pracę z psychologiem nie uwierzę, dopóki to nerwowe «Wymię ojca…» będzie poprzedzało każdy dojazd do progu. Wygląda na to, że w przypadku skoczka z Nowego Targu wiara w Boga jest silniejsza od wiary w siebie. […]. Sportowcy manifestujący wiarę podczas transmitowanych zawodów obrażają moje uczucia ateistyczne, choć mniej mnie drażnią tacy, którzy po odniesionym sukcesie dziękują Bogu, niż ci, którzy wzywają go na pomoc przed startem. Skoczek, który pół roku temu miażdżył rywali jeszcze bezlitośniej, niż czyni to obecnie Kamil Stoch, nie powinien się zachowywać jak pan Zenek z aerofobią, który umiera ze strachu w kołującym aeroplanie. Mateczko Boska, jak się nie przeżegnam, to spadniemy. A przecież Bóg nie ogląda skoków narciarskich – od kiedy istnieje TV Trwam, nie przełącza na inne kanały”.

Myślę, że dla niejednego chrześcijanina takie iście marginesowe uwagi o religii i wierze mogłyby stać się pokusą do gwałtownych reakcji. Ale czy warto denerwować się publicystycznym nawozem? Jan Sztaudynger już dawno temu sformułował podpowiedź: „– Ekscelencjo, pozwól, że ci zejdziem z drogi – tak do gówna przy drodze powiedziały nogi”… Warto jednak wykorzystać zaistniałą sytuację, by pozytywnie i autorefleksyjnie choćby takie dwie kwestie rozważyć:

(1) Czy znak krzyża, który wykonuję po przebudzeniu lub przed jakimś podejmowanym działaniem jest aktem magicznym? Na niewiele zdałoby się takie machanie ręką, gdyby jako magii znak je traktować. A i nietraktowane w taki sposób w pewnym sensie samo przez się na niewiele się zdaje. Ale jeśli uznać, że dla czyniącego go jest ów znak krzyża wyrazem wyznawanej przynależności do Tego, kto dla świata sam dał się z drzewem krzyża zespolić, to myślę, że również dla niezacietrzewionego ateisty swoistym znakiem zapytania może stawać się to czynienie krzyżowego gestu, tak na narciarskiej skoczni, jak i w bardziej prozaicznych okolicznościach życia codziennego. Swego czasu zapisałem też (w tomiku pt. Aforystycznie, Kraków 2014) myśl, która wprawdzie z nieco innej strony, ale chyba to samo, co powyżej, przedstawia: Do klęczenia można człowieka zmusić, ale dopiero niewymuszone daje do myślenia

(2) Czy wierząc w Boga silniej niż w samego siebie, w czymś sobie samemu umniejszam? Muszę przyznać, że bez Kuczokowej prowokacji chyba nie przyszłaby mi do głowy poważna, pozytywna odpowiedź na takie pytanie. Jakże bowiem mógłbym skończonemu sobie ujmować czegoś poprzez próbę wiązania siebie z Absolutem? Ale słowa cytowanego wyżej felietonisty uświadamiają mi i takiej pozytywnej odpowiedzi możliwość. Ona pojawia się chyba wtedy, gdy pojmuje się Boga może na kształt jakiegoś „pluszaka”, który – jak ten stawiany niegdyś na maturalnym stoliku – w ostateczności czynić ma „cuda” w zastępstwie człowieka. Przyznać chyba znowu wypada, że poważne, racjonalne i chłodne podejście do tak budowanej relacji musi wskazywać na jej zabobonny charakter. A zabobon to zawsze akt wsteczny ludzkiego rozumu.

I na koniec jeszcze tyle tu dodam. Otóż, w jednym z komentarzy pod przywołanym felietonem, ktoś nie mniej niż pan Kuczok wrażliwy, napisał: „to żegnanie jest wybitnie żałosne. Ale to w sumie proste chłopaki ze wsi”… Te słowa przywiodły mi na myśl pewną nie mniej „żałosną” praktykę – pamiętaną z dzieciństwa, a teraz na powrót jakby częściej zauważaną. Otóż, gdy wykonuję jakieś prace przy wiejskiej posesji – ostatnio nie raz było to odśnieżanie – zdarza mi się z ulicy usłyszeć: Szczęść Boże! Tak pozdrawia mnie czasem przypadkowy przechodzień albo któryś z sąsiadów. Odpowiadam wówczas: Bóg zapłać! I co? Oczywiście nic szczególnego nie dzieje się z tego powodu – dalej robię swoje, a pozdrawiający idzie swoją drogą, i nie wyręcza nas Pan Bóg w tym naszym działaniu. Pozdrawiając się tak, przypominamy sobie jednak, że nie jesteśmy w tym działaniu sami. I nam, chrześcijanom, to zwykle wystarczy.

[Wojciech E. Zieliński, Niewysokie loty pana Kuczoka, "Na Rozstajach", 2018, nr 3 (311), s. 6.]

wtorek, 30 stycznia 2018

Wolniewicz

Postacią tyleż popularną, co budzącą skrajne emocje jego zwolenników i przeciwników, był w ostatnich latach filozof, logik, profesor nauk humanistycznych Bogusław Wolniewicz (1927-2017). W Wikipedii napisano o nim m.in., że: „w 1955 złożył wniosek o członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i został do niej przyjęty w 1956. Pełnił funkcję I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Członkiem PZPR (mimo niechęci wobec rządów Gierka) pozostał do 1981. Do 1998 wykładał na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Pod koniec lat 90. XX w. związał się ze środowiskami skupionymi wokół Radia Maryja, na antenie którego występował jako komentator wydarzeń społecznych, kulturalnych i politycznych. Bywał także gościem audycji w Telewizji Trwam. […] Specjalizował się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansował się od głównych nurtów filozofii XX wieku. […] Był zdeklarowanym niewierzącym (przedstawiał się jako «rzymski katolik – niewierzący»). Uściślał to, precyzując, że nie wierzy w przetrwanie świadomości po śmierci. Natomiast nie negował istnienia wyższej inteligencji nad człowiekiem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogus%C5%82aw_Wolniewicz).

Kilkakrotnie miałem okazję słuchać Wolniewicza w kameralnych warunkach podczas spotkań Gdańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Były to spotkania intelektualnie bardzo interesujące, ale towarzysko raczej nieprzyjemne. Prelegentowi zdarzało się krzyknąć na dyskutanta, walnąć pięścią w stół, a nawet wypraszać z dyskusji osoby, które krytycznie odnosiły się do tego, co mówił. Pod tym względem nie stanowił na pewno wzoru do naśladowania, choć retorycznie przy tym zapytywał: „gdzież omawiać najostrzejsze problemy współczesności, jak nie na spotkaniach towarzystwa filozoficznego!?”… A jednak w tym, co mówił i w postawie intelektualnej, którą prezentował jako filozof, znajdowałem to, czego próżno szukać u wielu ugrzecznionych i nijakich filozoficznych karierowiczów: odwagę myślenia i uporządkowanego mówienia tego, co się myśli. W rozprawie doktorskiej poświęconej jego twórczości tak napisano o Autorze: „Jego głos wnosi ład myślowy w chaos twierdzeń generowanych ideologią i emocjami, przy czym bardzo często filozof wskazuje na problemy moralne przemilczane przez ogół jako niewygodne, a przez intelektualistów jako niepoprawne politycznie. Wolniewicz tworzy swoją filozofię w zgodzie z logiką i własnym sumieniem”. (Joanna Smakulska, Bogusława Wolniewicza etyka życia, Katowice 2011).

Sam Wolniewicz (w książce pt. Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka, Komorów 2010) tak ową kwestię ujmował: „człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza”; nie jest „osiodłany”, jak ci milczący, którzy zamienili wolność słowa na gwarancję doczesnych powodzeń. Owa wolność jednak „jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie”. Mówił więc Wolniewicz – ów niegdysiejszy funkcjonariusz partyjny – i pisał słowa, które irytowały jego oponentów i gorszyły światopoglądowych pedantów; choćby takie o dziedzictwie religii: „Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi «chrześcijaństwo»”, ale dziś „lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły”.

W innej swojej pracy (pt. Filozofia i wartości, Warszawa 1993, 2003) Wolniewicz dał minimalistyczną wykładnię charakteru uprawianej profesji. Pisał: „W filozofii nie potrzeba wielkiej erudycji. By ją skutecznie uprawiać, starczy spełnić trzy warunki: mieć coś do powiedzenia, umieć to jasno wyrazić, nie bać się tego zrobić. Gdy brak choć jednego, nie ma filozofii”.

To ujęcie niewątpliwie bliskie jest tym, dla których filozofia jest sprawą życiową – takim wszak się stało dla słów tych autora. Natomiast, a przekonałem się już o tym sam niejednokrotnie, jest ono wręcz nieznośne dla tych, którzy filozofię sprowadzili do nauki i okopali się w jej akademickich rewirach. Daje przecież asumpt do krytyki ich kulturowej roli, tak ochoczo kojarzonej z rzekomym posiadaniem wiedzy już najwyższej. W Wolniewiczowym ujęciu, filozofia uprawiana według powyższego, tylko z pozoru łatwego wskazania, daje wartościową wiedzę tam, gdzie nauki brakuje lub tam, gdzie rozmaitym brakuje odwagi myślenia. Sam Autor wyjaśniał to następująco: „Filozofia nie jest nauką. […] Świat nie kończy się jednak wraz z nauką, a żyć w nim i myśleć trzeba. Filozofia jest dziś tym, czym zawsze była: próbą racjonalnego orientowania się w świecie, gdzie brak wiedzy pozytywnej. Jest więc sprawą serio, nie – jak się czasem słyszy – intelektualną zabawą”. Tak rozumiana filozofia nie stroni więc od mocowania się z sumieniem rozumującego człowieka i nie gorszy się też wagą zdrowego rozsądku. Jest jednak filozofią raczej trudnej drogi niż myślą wygodnie rozsiadłą w salonach…

[Wojciech E. Zieliński, Wolniewicz, "Na Rozstajach", 2018, nr 1 (309), s. 12.]

środa, 27 grudnia 2017

Spod znaku krzyża. Wstęp do lektury

Czy przyglądając się miejscu naszego życia dostrzegamy jakieś jego granice? Czy pośród ludzi, którzy nas otaczają spotykamy także osoby twórcze? Czy przeszukując pokłady własnej pamięci nie mieszamy niczego w jej zawartości? Czy krzyż obecny w naszej kulturze jest znakiem także naszego życia? Region, twórczość, pamięć i krzyż, to w największym skrócie treść niniejszego zbioru. Miejsca, ludzie, działania i wydarzenia, wspomnienia i relacje, refleksje i cytaty wypełniają kolejne strony tego tomu – kolejnej książki wydanej własnym trudem i sumptem Autora [Edmund Zieliński, Drogi Krzyżowe Kaszub i Kociewia. Sianowo – Hopowo – Bytonia, Gdańsk 2017].





Kaszuby i Kociewie to geograficzne przestrzenie zbioru. Ale przecież nie o całych regionach tu mowa. Rozciągnięty trójkąt trzech miejscowości – Sianowa, Hopowa i kociewskiej Bytoni – stanowi swoisty pryzmat oglądu spraw rozmaitych. Sprawą kluczową jest tu praca twórcza – praca głównie rzeźbiarzy, ale też malarzy, hafciarek, poetów i innych regionalnych twórców; praca ludzi, którzy będąc znanymi nie tylko sobie najbliższym, jakieś dobro i piękno, i jakąś prawdę wydobywają z dostępnej również innym materii. Owi twórcy, a wśród nich także oddani społecznicy, są profesjonalistami w szerokim i amatorami w szlachetnym znaczeniu tego ostatniego słowa – prawdziwymi miłośnikami tego, co robią z pasją. Miłość wlaną w ich rozliczne dziełka i dzieła dostrzec może każdy, kto jest otwarty na wielorakość ludzkiej kultury i komu nie przeszkadza również takowej lokalność. A jest to miłość zaraźliwa. W książce nie brak przedstawień osób, które zachęcone staraniem i przykładem innych, wzięły do ręki jakieś dłuto lub pędzel i od tej pory same z zapałem tworzą.

Cała ta książka jest wyrazem pamięci – jej Autora oraz jej bohaterów. To jest pamięć o ludziach, tych żyjących i tych, którzy odeszli, wśród nich także o pomordowanych; to jest pamięć o przeszłości własnego domu i jego okolic, pamięć o obrzędach, zwyczajach i społecznych relacjach. To jest także bieżąca pamięć o Bogu i o znaku krzyża. Krzyżowe drogi, które – przy znaczącym wpływie i pracy Autora niniejszego tomu – powstały w Sianowie, Hopowie i Bytoni, są nie tylko religijnymi etykietami lokalnej kultury Kaszub i Kociewia, ale przede wszystkim miejscami żywej wiary mieszkających tu ludzi. Oni przy tych drogach krzyżowych najzwyczajniej się modlą – dziękując Bogu za to, za co mogą dziękować, przepraszając za to, za co winni przepraszać, i najpewniej też prosząc o to, o co ośmielają się prosić. Słusznie napisano, że „Krzyż Chrystusa jest nie tylko nauką mądrości chrześcijańskiej, ale także zasadą poznania drogi życia chrześcijańskiego”. Jako taki, „piętnuje wszystkie gnostycyzmy i spirytualizmy, które gardzą ciałem i materią stworzoną przez Boga. Potępia wszystkie elitaryzmy, które pogardzają człowiekiem ubogim i prostym”, pozostaje „krytyczną prawdą wobec tendencji do adorowania Boga przeciw człowiekowi lub usuwania go z dziejów ludzkiej historii”. Świadomie przeżywana Droga Krzyżowa odgrywa więc „ważną rolę w budzeniu i ugruntowaniu autentycznych postaw chrześcijańskich. Nabożeństwo to bowiem łatwo można przekształcić w osobistą lub zespołową rewizję życia, aby odkryć życzenie Boga względem siebie, sióstr i braci. Temu refleksyjnemu celowi winny służyć zwłaszcza treści rozważań przy kolejnych stacjach, dalekie od intencji wywoływania tylko przemijających wzruszeń i nastroju grozy. Każde z wydarzeń dramatu pasyjnego jest znakiem Bożej inicjatywy, zaproszenia człowieka do współpracy z Bożą łaską”. (Ks. Jerzy Józef Kopeć CP, Droga Krzyżowa kontemplacją mądrości krzyża i paschalnej ofiary Jezusa Chrystusa, „Anamnesis”, Biuletyn Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Episkopatu Polski, nr 25).

Bóg jeden wie, co dokonywało się w sercach twórców, gdy w tych trzech miejscowościach Kaszub i Kociewia – Sianowie, Hopowie i Bytoni – pomysłowością, zapałem i fizyczną pracą wznosili swoje religijne dzieła. I Bóg jeden wie, co o tych dziełach myślą przybywający w ich pobliże pielgrzymi i turyści oraz mijający je po drodze przechodnie. Książka mojego Taty jest tu niewątpliwie jakąś podpowiedzią, możliwym zarysem tych wydarzeń serca i rozmaitych poruszeń umysłu. Stanowi bowiem z jednej strony sprawozdanie kronikarza prac, z drugiej – zapis obserwacji i refleksji ich współwykonawcy, a z jeszcze innej – wyraz głębokiej wiary Autora i moderatora. To wiara religijna i twórcza zarazem – wiara, która w dziele budowania kaszubskich i kociewskich Dróg pomagała pielęgnować rodzące się pomysły, przezwyciężać trudności w ich propagowaniu, splatać ludzkie serca i dłonie w pracy dla wspólnego dobra. I to jest wiara, której owocem jest również niniejsza książka. Niech więc i ona znajdzie swoje miejsce w sercach i domach czytelników. I niech przypomina o znaku krzyża.

[Wojciech E. Zieliński, Spod znaku krzyża. Wstęp do lektury, w: Edmund Zieliński, Drogi Krzyżowe Kaszub i Kociewia. Sianowo – Hopowo – Bytonia, Gdańsk 2017, s. 3-5, oraz "Na Rozstajach", 2017, nr 12 (308), s. 12.]

poniedziałek, 27 listopada 2017

Nietożsame drogi

Stary Testament uczy, że kto szuka Mądrości, znajdzie ją łatwo: „Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca: / ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, / i ci ją znajdą, którzy jej szukają, / uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. / Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, / znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich. / O niej rozmyślać – to szczyt roztropności, / a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie: / sama bowiem obchodzi i szuka tych, co są jej godni, / objawia się im łaskawie na drogach / i wychodzi naprzeciw wszystkim ich zamysłom. / Początkiem jej najprawdziwszym – pragnienie nauki, / a staranie o naukę – to miłość, / miłość zaś – to przestrzeganie jej praw, / a poszanowanie praw to rękojmia nieśmiertelności, / a nieśmiertelność przybliża do Boga” (Mdr 6, 12-19).

Ale jak wobec powyższego rozumieć tę prośbę, słowami Agnieszki Osieckiej powtarzaną nieraz przez Marylę Rodowicz: „...nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa”?… Okazuje się, że życie nieraz samo przynosi odpowiedzi; również na te pytania, których mu wcale nie zadajemy.

Niedawno, odpowiadając na list znajomej napisałem: „Proszę przyjąć serdeczne wyrazy współczucia i wszelkiego możliwego wsparcia… Pisze Pani: «Jeżeli kiedykolwiek w swoim życiu myślałam, że jest mi źle to nie wiedziałam wtedy co to znaczy ‘czuć się źle’» – i to jest chyba ta niełatwa mądrość życiowa, która czasami ludzi dopada. A mnie też skądinąd dźwięczą tu słowa z Iz 55, 8-9: «Bo myśli moje nie są myślami waszymi / ani wasze drogi moimi drogami – / wyrocznia Pana. / Bo jak niebiosa górują nad ziemią, / tak drogi moje – nad waszymi drogami / i myśli moje – nad myślami waszymi»… I pozostaje chyba tylko milczenie”…

Milczenie jest doświadczeniem ludzkim, także chrześcijańskim w tym sensie, że stanowi nieraz chyba jedyną sensowną, niemą odpowiedź na niełatwe tajemnice wiary – te, które skupiają uwagę na Bogu, i te, a może zwłaszcza te, które kierują ją na życie człowieka. – Miało być tak dobrze, …a wszystko poszło zupełnie inaczej; – Mogło zachwycać, …ale na kawałki się połamało – czyż nie są to „cytaty” doskwierającego nam czasami myślenia? I okazuje się, że chociaż taka „prosta” jest Modlitwa Pańska, to fragment: „bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi”, jakby odruchowo jest zapominany – może właśnie ze względu na tę (a) przewidywaną w nim trudność godzenia się z biegiem spraw nie po naszej myśli i (b) nieuświadamianą pokusę stawiania się na równi z Najwyższym. Tymczasem cytowany wyżej fragment Księgi Izajasza o nietożsamości Bożych i człowieczych dróg nie pozostawia złudzeń, kto komu tu winien poddanie. W Katechizmie Kościoła Katolickiego zaś można znaleźć stosowne tej lekcji uzupełnienie: „Jezus, «chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał» (Hbr 5, 8). O ileż bardziej zobowiązuje to nas, będących stworzeniami i grzesznikami, którzyśmy w Nim stali się przybranymi dziećmi. Prosimy naszego Ojca, by złączył naszą wolę z wolą Jego Syna, byśmy pełnili Jego wolę i wykonywali Jego zamysł zbawienia za życie świata. Sami jesteśmy całkowicie niezdolni do tego, ale zjednoczeni z Jezusem i dzięki mocy Jego Ducha Świętego możemy Mu poddać naszą wolę i zdecydować się na wybór tego, co zawsze wybierał Jego Syn: czynić to, co podoba się Ojcu [por. J 8, 29]” (KKK, nr 2825; podaję za: http://www.katechizm.opoka.org.pl/rkkkIV-2.htm).

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że dla człowieka niewierzącego, a tym bardziej dla niechętnego wierze ignoranta, cała ta pisania może brzmieć jak bezsensowny religijny bełkot. Myślę, że nie trzeba obrażać się na to. Człowiek nieznający danego języka ma prawo nie rozumieć tego, co mówi znający, a bywa, że i bezmyślnie lub wręcz głupio z tego i owego się śmieje. Ale odwracając perspektywę warto dostrzec również taką zależność: Poszukujący zrozumienia u słuchającego, a mówiący nieznanym temu ostatniemu językiem, musi czasem pokazać gestami, czynami, działaniem, postawą, to, co się stara powiedzieć. Życie chrześcijanina, jeśli się nie mylę, jest ciągłym pokazywaniem – gestami, czynami, działaniem, postawą – tego, co odnalazł w swej wierze i czego zrozumienie chciałby znaleźć u innych: potrzeby niekończącej się wierności Bogu. I nie chodzi tu przecież o żałosne, faryzejskie pokazywanie na pokaz, ale o to, że stosownych słów czasami brakuje; o to, że czasami, choć i takie się znajdą, same grzęzną w gardle bez siły wybrzmienia. Najlepiej więc, gdy po prostu żyje i działa, robiąc chrześcijańskie „swoje” – czasem z koniecznością bezsilnego milczenia i nadzieją, że nawet ono może wskazać mu drogę spotkania Mądrości.

[Wojciech E. Zieliński, Nietożsame drogi, "Na Rozstajach", 2017, nr 11 (307), s. 12.]

niedziela, 29 października 2017

Blisko człowieka

Z pisaniem tekstów różnie u mnie bywa, niestety, rzadko jest tak, że są gotowe na długo przed ostatecznym terminem ich wysyłki. Powód to oczywiście notoryczny brak czasu, odkładanie zobowiązań „na później”, a może po prostu niedostatki właściwej organizacji pracy. Z niniejszym tekstem było podobnie, na szczęście w ostatniej chwili przyszło wsparcie z mediów. Otóż, gdy „spinałem się” nad obmyślaniem tematu, by Redaktor naszej Gazetki nie musiał znowu zbyt długo na mnie czekać, trochę przypadkiem dopadł mnie z radiowego głośnika Dziennik Radia Watykańskiego, a w nim środowa katecheza papieża Franciszka. Ojciec Święty mówił (cyt. za ekai.pl):

Tam gdzie Bóg cię rzucił, żyj nadzieją! Zawsze żyj nadzieją! Nie poddawaj się nocy: pamiętaj, że pierwszy wróg, którego masz ujarzmić znajduje się w tobie, a nie poza tobą. Dlatego też nie rób miejsca dla myśli gorzkich, ciemnych. Bądź stanowczo przekonany, że ten świat jest pierwszym cudem, jaki uczynił Bóg i że Bóg złożył w nasze ręce łaskę nowych cudów. Wiara i nadzieja idą ręka w rękę. Wierz w istnienie prawd najwznioślejszych i najpiękniejszych. Zaufaj Bogu Stwórcy, w Duchu Świętym, który porusza wszystko ku dobremu, w objęcia Chrystusa, oczekującego każdego człowieka u kresu jego istnienia. Świat idzie naprzód dzięki spojrzeniu wielu ludzi, którzy dokonali wyłomów, którzy zbudowali mosty, marzyli i wierzyli; nawet gdy słyszeli wokół siebie słowa szyderstwa. […] Gdziekolwiek byś był, buduj! Jeśli jesteś na ziemi, wstań! Nigdy nie trwaj w upadku, powstań! Daj sobie pomóc, abyś stał. Jeśli siedzisz, wyrusz w drogę! Jeśli paraliżuje cię nuda, przepędź ją dobrymi dziełami! Jeśli czujesz się pusty i przybity, poproś Ducha Świętego, aby ponownie wypełnił twoją nicość. Buduj pokój pośród ludzi i nie słuchaj głosu tych, którzy szerzą nienawiść i podziały. Ludzie, niezależnie od tego jak bardzo byliby różni jedni od drugich, zostali stworzeni, aby żyć razem. W konfliktach zachowaj cierpliwość: kiedyś odkryjesz, że każdy jest depozytariuszem fragmentu prawdy. […] Bądź odpowiedzialny za ten świat i za życie każdego człowieka. Wszelka niesprawiedliwość wobec ubogiego to otwarta rana, pomniejszająca twoją godność. Życie nie kończy się wraz z twoim istnieniem, a na ten świat przyjdą inne pokolenia, które nastąpią po naszym i jeszcze wielu innych. Poproś Boga o dar odwagi. Pamiętaj, że Jezus dla nas pokonał lęk: nasz najbardziej podstępny wróg nic nie może uczynić przeciwko wierze. A kiedy będziesz zalękniony w obliczu jakiejś trudności twego życia, pamiętaj, że nie żyjesz tylko dla siebie. Już w chrzcie twoje życie zostało zanurzone w tajemnicy Trójcy Świętej i należysz do Jezusa. A jeśli pewnego dnia ogranie cię strach, albo pomyślisz, że zło jest zbyt wielkie, by stawić mu wyzwanie, pomyśl tylko, że żyje w tobie Jezus. I to On, przez ciebie, ze swoją łagodnością chce pokonać wszystkich wrogów człowieka: grzech, nienawiść, występek, przemoc, wszystkich nieprzyjaciół. Zawsze miej odwagę prawdy, ale pamiętaj: nie jesteś od nikogo lepszy. Pamiętaj o tym: nie jesteś lepszy od nikogo. Gdybyś nawet był ostatnim, kto uwierzył w prawdę, nie uciekaj od towarzystwa ludzi. Choćbyś żył w ciszy pustelni, nieś w sercu cierpienia każdego stworzenia. Jesteś chrześcijaninem; a na modlitwie wszystko oddaj Bogu. Pielęgnuj ideały. Żyj dla czegoś, co przewyższa człowieka. A jeśli pewnego dnia te ideały będą od ciebie wymagały zapłacenia słonego rachunku, nigdy nie przestawaj nosić ich w swym sercu. Wierność zdobywa wszystko. Jeśli popełnisz błąd, podnieś się: nic nie jest bardziej ludzkie niż popełnianie błędów. A te błędy nie powinny stawać się dla ciebie więzieniem. Nie bądź więźniem twoich błędów. Syn Boży przyszedł nie dla zdrowych, ale dla chorych: a zatem przyszedł również dla ciebie. A jeśli raz jeszcze popełnisz błąd w przyszłości, nie lękaj się, wstań! Czy wiesz dlaczego? – bo Bóg jest twoim przyjacielem. Jeśli najdzie cię zgorzknienie, wierz mocno we wszystkich ludzi, którzy wciąż działają na rzecz dobra: w ich pokorze jest ziarno nowego świata. Odwiedzaj ludzi, którzy zachowali swoje serce, jak dziecko. Ucz się z zadziwienia, pielęgnuj zdumienie. Kochaj, wierz, marz, trwaj w nadziei. Żyj Bożą łaską!

Jest w tym nauczaniu Franciszka jakiś rodzaj urzekającej (czy tylko mnie?) prostoty – tak co do treści, jak i co do formy jej publicznego wyrazu. Paradoks przytoczonej lekcji, i chyba wielu innych w nauczaniu obecnego Papieża, polega przecież między innymi na tym, że ona nie jest szczególnie oryginalna. Tak mówią do siebie zwyczajni chrześcijanie, jedni drugim – ci, którzy mają dość wiary i siły, tym, którym chwilowo brakuje nadziei. Nie ma tu wielkiej teologii, wielkiej filozofii, kościelnego napuszenia i tym podobnych. Jest prosta troska o człowieka i wskazanie Tego, kto już wszystko wycierpiał. I okazuje się przy tym, że nie trzeba mówić językiem ojczystym tych, do których się mówi, by faktycznie być bliskim ich doświadczeniu.

[Wojciech E. Zieliński, Blisko człowieka, "Na Rozstajach", 2017, nr 10 (306), s. 12.]

środa, 27 września 2017

Kapliczka sierpniowa

Z czym kojarzy się Państwu sierpień? Im bardziej ogólne i naturalne te skojarzenia, tym też zapewne powszechniej są znane. Zróbmy w tym miejscu niewielki ich przegląd, a ja tymczasem dla poszerzenia refleksji sięgnę jeszcze po zbiór myśli cudzych.

Lato – ostatnio w naszych stronach trochę jakby bardziej zimne, mokre i wietrzne; czasem tak bardzo wietrzne i burzowe, że niszczy wielu ludziom ich życiowy dobytek. Urlop – czas gromadzenia wrażeń, „zaliczonych” zamków, parków rozrywki, przy/hotelowych basenów i tym podobnych, którymi potem będzie można pochwalić się w pracy, albo też – czas mniej atrakcyjnych, za to już zapewne po prostu koniecznych, odkładanych przez lata domowych remontów. O urlopie napisano, że „może zmienić tuszę, nie duszę” (Antoni Cwojdziński), ale nie jest to przecież prawda objawiona. Wakacje – niestety, tu im bardziej tyje sierpniowy kalendarz, tym wyraźniej słychać hasło „Witaj szkoło!”. (Jan Kurczab swego czasu doradzał, by przez szkołę „iść na przekór. Sobie, szacownej rodzinie, cennemu ciału pedagogicznemu”. Od siebie dodam, że coś w tym jest. Taka postawa wprawdzie nie czyni życia łatwiejszym, ale niewątpliwie czyni je mniej sformatowanym przez innych, bardziej autonomicznym, autorskim i twórczym. Byleby tylko nie liczyć na wiele, gdy przyjdzie do głowy oczekiwanie uznania ze strony tych, którzy jednak wolą poddanych, posłusznych i sformatowanych). Trzeźwość – och!, to temat jak rzeka wódki albo szerokie rozlewisko piwa. Czemuż by miał sierpień kojarzyć się z trzeźwością? Tym, którzy nie wiedzą, krótkie przypomnienie.

Wiele lat temu prymas Polski kard. Stefan Wyszyński ułożył tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego. 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze uroczyście wybrzmiały między innymi te słowa:

„Wielka Boga-Człowieka Matko, Bogarodzico Dziewico, Bogiem sławiona Maryjo Królowo świata i Polski Królowo […] Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi. Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu i rozwiązłości. Przyrzekamy zdobywać cnoty wierności i sumienności, pracowitości i oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej. Królowo Polski – przyrzekamy!”.

Od 1984 roku właśnie „maryjny” u nas miesiąc sierpień traktowany jest, jako czas szczególnej modlitwy i refleksji nad problemem nałogów, czas zachęty do umiarkowania i abstynencji. Bo choć zdaniem niektórych, „Polakom zagraża nie tyle wódka, ile woda sodowa” (Paweł Jasienica), to jednak nadużywanie alkoholu niesie wciąż wiele cierpień i szkód. W 1987 roku papież Jan Paweł II wzywał: „Nie niszcz siebie! Wszyscy znamy ten nałóg, który tak wiele nam zaszkodził w przeszłości, a który dzisiaj zdaje się znowu potęgować. Mówię więc do każdego i do każdej: nie niszcz siebie! Nie wolno ci niszczyć siebie, bo nie żyjesz tylko dla siebie. Kiedy więc degradujesz siebie przez nałóg, to równocześnie niszczysz drugich. Szkodzisz twojej rodzinie, twoim dzieciom. Osłabiasz społeczeństwo, które liczy na twoją trzeźwość, zwłaszcza przy pracy”.

W bieżącym 2017 roku trwa w naszym kraju Narodowy Kongres Trzeźwości, którego centralne obchody odbędą się we wrześniu w Warszawie (http://www.kongrestrzezwosci.pl/).

I wróćmy raz jeszcze do sierpniowych skojarzeń, zachowując w tym miejscu także religijny kontekst: Drzewa rosną, krzaki rosną, trzeba znowu zrobić porządek w ogrodzie – jak co roku przecież o tej samej porze. Wiem, pamiętam, ale tym razem robię to na raty. (I tak co do sposobów, jak i co do pory roku niekoniecznie według reguł ogrodniczej sztuki, więc słów tu zapisanych lepiej nie traktować jako instruktaż). Pewnego sierpniowego dnia, a było to – co dość istotne – przed środkiem miesiąca, gdy porządkowałem trawnik przy ulicy, zagadnęła mnie sąsiadka.

– Za dwa tygodnie skończę 85 lat – mówi z uśmiechem. A trzeba dodać, że ta kobieta, choć prawie nie słyszy, „trzyma się” bardzo dobrze i widzę nieraz jak jeszcze pomaga innym. Przy tym, niemal codziennie piechotą chodzi do kościoła lub na koniec wsi, do domu, w którym wcześniej mieszkała, by nakarmić mieszkającego tam nadal kota.

– Ale kapliczka u Pana mocno zarośnięta – mówi do mnie ta moja sąsiadka. – Zawsze się modlę, gdy tędy przechodzę, ale teraz tej kapliczki już prawie nie widać…

Oczywiście coś odpowiedziałem: o zmiennej w tym roku pogodzie i o tym, że przez tę pogodę tnę krzaki na raty. Staruszka i tak tych słów nie słyszała. Na szczęście następnego dnia też nie padało, więc mogłem uiścić kolejną ogrodową ratę. Poszły w ruch elektryczne nożyce i przed 15 sierpnia Matka Boska znów była widoczna z przyległej ulicy.

Doprawdy wielka jest siła sąsiedzkiej modlitwy…


[Wojciech E. Zieliński, Kapliczka sierpniowa, "Na Rozstajach", 2017, nr 9 (305), s. 12.]

środa, 30 sierpnia 2017

Zapiski pokonkursowe (2)

Podobnie jak poprzednim razem [zob. tutaj], również w bieżącym roku miałem zaszczyt uczestniczyć w organizowanym przez Instytut Tertio Millennio Konkursie Papieskim – przewodnicząc w regionie gdańskim jego komisji finałowej, co miało miejsce w sobotę 3 czerwca b.r. w Domu Parafialnym Świętego Brunona przy Parafii Archikatedralnej pw. Trójcy Świętej w Gdańsku. Motywem wiodącym tegorocznej, XIII edycji Konkursu był „Patriotyzm Karola Wojtyły, 1920-2005”; uczestnikom zaproponowano do pisemnego opracowania następujące trzy tematy i zestawy związanych z nimi lektur:

(1) Czym – według Jana Pawła II – jest patriotyzm i w czym – Twoim zdaniem – najbardziej przejawiał się on w działaniu Papieża z Polski? (Jan Paweł II, Apel Jasnogórski z młodzieżą – Częstochowa 18 czerwca 1983; Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005); (2) Jakie najważniejsze wskazania dla Rodaków skierował Jan Paweł II w katechezach na temat Dekalogu, wygłoszonych podczas swej pielgrzymki do Polski w 1991 roku? (Jan Paweł II, Homilia podczas Mszy św. odprawionej przy kościele Świętego Ducha – Koszalin 1 czerwca 1991; Jan Paweł II, Msza św. w Parku Agrykola. Beatyfikacja O. Rafała Chylińskiego – Warszawa 9 czerwca 1991); (3) Jaki fragment nauczania Jana Pawła II i dlaczego uważasz za najważniejszy dla Polski A.D. 2017? (J. Poniewierski /red./, Jan Paweł II: pielgrzymki do ojczyzny 1979, 1983, 1987, 1991, 1995, 1997, 1999, 2002. Przemówienia i homilie, Kraków 2015; M. Zięba, Niezwykły pontyfikat, Kraków 1997). Z grona pięciorga finalistów naszego regionu – uczniów szkół ponadgimnazjalnych z Chojnic, Lubawy, Pelplina, Przodkowa i Starogardu Gdańskiego – jedna osoba wybrała drugi, a cztery pozostałe pierwszy z wyżej wymienionych tematów.

Paweł Łukowski napisał o roku 1991, przypominając ówczesne nauczanie Jana Pawła II, nawiązujące do treści ósmego przykazania Dekalogu: „Każdy z nas ma prawo do prawdy, dzięki której czujemy się wolni. Ważne jest natomiast, że kiedy głosimy prawdę musimy liczyć się z jej konsekwencjami oraz z tym, że musi być ona głoszona przez miłość do drugiego człowieka. Właśnie dlatego na zakończenie papież mówił nam, że czeka przed nami wielka praca nad mową jaką się posługujemy”.

Martyna Kosiedowska przywołała papieską refleksję nad imieniem „Polska”, które to imię nas, Polaków określa i zobowiązuje, a przy tym niewątpliwie kosztuje, i przypomniała, że „to jak ludzie się zachowują, oznacza też ich stosunek do kraju”: „Nie możemy się porównywać do innych narodów, ponieważ my mamy swą jedność, swój patriotyzm i godność […] nasz patriotyzm i nasza wiara łączą się ze sobą i razem tworzą jedność. […] Dzięki Janowi Pawłowi II my, w szczególności, młodzi ludzie możemy walczyć i być dumni ze swojego kraju”.

Magdalena Szczepańska napisała, że Ojciec Święty Jan Paweł II, pozostając przecież polskim patriotą, w pewnym sensie „był patriotą każdego narodu. Zawsze stawał w obronie najsłabszych i podkreślał ich jednakowe prawo do ojczyzny”. Jego wizja patriotyzmu była bowiem „pełna chrześcijańskiej koncepcji człowieka” i przekonania, że „umiłowanie ojczyzny niemożliwe jest bez pracy, szacunku dla niej i człowieka pracującego”.

Jerzy Dziemiński zakończył swoją pracę następująco: „Moim zdaniem patriotyzm u Jana Pawła II przejawiał się w umiłowaniu literatury, kultury, historii ojczyzny. Łączył się w jedną całość z miłością do ojczyzny i wiarą, która rzuca nadprzyrodzone spojrzenie na ziemskie dzieje. Postawa Papieża, działanie i słowa są dla mnie najlepszym przykładem i wzorem, z którego chcę uczyć się patriotyzmu. Bóg, honor, ojczyzna – słynna maksyma – ukazuje, że te trzy wartości łączą się w jedno i pomagają zrozumieć patriotyzm, ale także pomagają odnaleźć swoje miejsce w ojczyźnie”.

Zwycięzcą tegorocznego Konkursu Papieskiego w naszym regionie został Damian Szymański, który w swojej pracy napisał m.in.: „Żyjemy w czasach, w których pojęcie patriotyzmu i tradycyjnych wartości coraz częściej odchodzi w niepamięć. Ludziom żyje się coraz lepiej i wygodniej. Zapomina się o dziedzictwie pozostawionym nam przez poprzednie pokolenia. Zanika w nas świadomość kim jesteśmy. Wielu ludzi nazywa się Europejczykami, «obywatelami świata». Patriotyzm uważa się za sen minionych dziejów, coś zbędnego. Jednak teraz, w XXI wieku hasło to powinno być żywsze niż kiedykolwiek, zwłaszcza dlatego, że Europa wraca do epoki skrajności, podobnej do tej sprzed II wojny światowej. […] Fakt szczególnego pogłębienia kryzysu społecznego w XX wieku zauważył Jan Paweł II, który przez cały swój pontyfikat wskazywał na dialog i zrozumienie. Szukał tego, co łączy. Budował mosty. Uczył, że trzeba rozmawiać, ale przede wszystkim słuchać, co też czynił całym swoim życiem poprzez otwartość na drugiego człowieka”.

Podsumowując dla TVP3 Gdańsk konkursowe zmagania finalistów, powiedziałem: „To jest ich mocowanie się także z tą materią pojęciową, którą lepiej lub gorzej rozmaici uczestnicy konkursu też przestudiowali i o której mówili, ale to jest także jakieś mocowanie się z emocjami, związanymi z tym, o czym pisali; bo patriotyzm jednak jest zagadnieniem żywym, a w ostatnich czasach bardzo mocno też ożywianym na różnych polach”…

[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe (2), "Na Rozstajach", 2017, nr 7-8 (304), s. 12.]


Relacje w mediach:

https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/cozUmHJByGU

https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/ahnQzFAvTdZ

sobota, 5 sierpnia 2017

Parę myśli o wychowaniu

Jak wychowywać? To pytanie zapewne interesuje każdego, kto nie ograniczając się do powtarzania lekcji doświadczonych na własnej skórze i do powielania utartych formuł podręcznikowych, problematykę wychowania podejmuje w konfrontacji z realiami życia we współczesnym mu świecie. Czy nasz świat zmienia się szybciej niż świat naszych przodków? Niewykluczone. Ale wychowanie chyba nigdy nie było łatwe – a pozostaje zapewne tym trudniejsze, im bardziej chce być odpowiedzialne. Celowe wydaje się więc dostrzeganie tych elementów współczesnego doświadczenia społecznego, których uwzględnianie w wychowaniu potrzebne jest nie mniej niż uwzględnianie tego, co wiadome od zawsze i niesione z pokolenia na pokolenie.

Jednym z istotnych elementów doświadczenia współczesnego człowieka jest zauważalny na rozmaitych płaszczyznach życia społecznego zanik postawy serio. Tak wiele wokół pozostaje „na niby”, że można by pomyśleć, iż dla wielu całe życie jest żartem. Wydaje się, że w takiej sytuacji, przestrzeni wychowawczej – być może, wbrew pozorom i rozlicznym obawom – wskazana jest, a może wręcz konieczna, rozsądna doza akceptacji owej nie-powagi, owej postawy non-serio, panoszącej się wokół. Wszak jeśli rozmaite wartości uznajemy za stale i niezmiennie ważne, to zarazem przyznać musimy, iż odrobina żartu, a może nawet ironii wobec nich, ich statusu przecież nie zmieni. Wychowanek zaś tej akceptacji (dla) żartu, czy ironii, i tak prędzej czy później doświadczy – w szkole, na podwórku, czy gdziekolwiek indziej. Jeśli natomiast zabraknie jej w domu, jeśli dom w sprawach wartości zawsze będzie tylko sztywny i poważny, to dziecko wyjdzie z niego na zewnątrz chyba nie najlepiej do życia w tym dzisiejszym świecie przygotowane. Innymi słowy, szacunek dla wartości, które ukształtowały naszą kulturę i nas jako rodziców i wychowawców, jeśli ma stać się udziałem także naszych dzieci, winien być szacunkiem bez wątpienia poważnym w swej istocie. Ale to wcale nie znaczy, że ma być szacunkiem pochmurnym w swych przejawach. Jako wychowawcy nie powinniśmy chyba przypominać tych, którzy przybierają wygląd ponury, by pokazać innym wagę swych (tu: wychowawczych) uczynków (por. Mt 6, 16).

Innym istotnym elementem naszego doświadczenia społecznego, którego uwzględnienia w wychowaniu domaga się przytomne działanie w świecie współczesnym, jest trudna kwestia wolności. Wolność stała się bowiem absolutną wręcz wartością kultury współczesnej. Ostrej krytyce poddawane jest wszystko, co ją krępuje – każdy głos, który ośmiela się wskazywać jej ograniczenia. Głosem poważnym, który brzmi donośnie, który jednak nie ma mocy sprawczej, by bezpośrednio ucieleśniać to, co werbalizuje, jest głos mówiący o zależności wolności od prawdy: tam gdzie nie ma prawdy, nie ma wolności (por. Jan Paweł II, Veritatis splendor, 34 i in.). To są słowa na tyle duże, że można na nich wznosić – i wznosi się – rozmaite gmachy; między innymi teorii i praktyki wychowania. Ale takie budowanie, wznoszenie na takim fundamencie jest udziałem jedynie niektórych. Czyż nie łatwiej bowiem myśleć bardziej zwyczajnie: że wolność to po prostu brak skrępowania, niekoniecznie zaś wybór dobra dokonywany w blasku prawdy!? A jeśli tak jest, że dominuje raczej owo praktyczno-potoczne ujęcie wolności, dalekie od jej filozoficznie ugruntowanej wykładni, to uczciwość intelektualna wymaga od współczesnego wychowawcy, by w procesie wychowania wychodził od tego podstawowego, właśnie potocznego doświadczenia. Działanie wychowawcze, które nie uwzględnia tego elementu swobodnego rozumienia wolności, zdaje się popadać w sferę myślenia życzeniowego. Takie myślenie natomiast – odsuwając niezbędny w wychowaniu realizm – opóźnia afirmację zmian zachodzących wokół i pod dużym znakiem zapytania stawia możliwość osiągnięcia założonych, faktycznie pożądanych wychowawczo celów.

Przytomne działanie w świecie współczesnym domaga się realizmu w procesie wychowania, unikania myślenia życzeniowego, dostrzegania wielu aspektów doświadczenia wolności. Domaga się także racjonalnego szacunku dla wartości – takiego, który w swej powadze nie wyklucza odrobiny szaleństwa. Aksjologicznie samoświadome działanie wychowawcy domaga się wreszcie jego dystansu do samego siebie. Wszak, aby wychowywać, nie wystarczy mieć rację. Przede wszystkim trzeba kochać! A miłość nie sprowadza się przecież do fascynacji i zauroczenia swoim przedmiotem – sprawdza się dopiero w godzinie próby, która zawsze dotyczy obu stron jej relacji.

[Wojciech E. Zieliński, Parę myśli o wychowaniu, "Na Rozstajach", 2017, nr 6 (303), s. 12.]

Zob. także tutaj.

czwartek, 22 czerwca 2017

Popper, dr Google i chrześcijanie

Pewien filozof, Karl Raimund Popper [1902-1994], napisał kiedyś następujące zdanie: „Ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy”. Wyraził tymi słowami swoje moralne credo, swoje moralne wyznanie wiary.

Czy o wierze religijnej tu mowa? Nie, to raczej wyraz wiary etycznej, która wszakże z wiarą chrześcijańską nie stoi w sprzeczności. To wyraz wiary „w pokój, człowieczeństwo, tolerancję, skromność, w wysiłek wkładany w to, by uczyć się na własnych błędach, oraz w możliwości krytycznej dyskusji”. To wyraz wiary w otwartość przyszłości – w każdej jej skali – i w człowieka, który może wypełnić ją dobrymi dziełami. Możliwości, które zawiera przyszłość są nieskończone, a odpowiedzialność za ich rozpoznanie i urzeczywistnienie spada właśnie na nas. W zasobach przyszłości znajdzie się bowiem wszystko to, co każdy z nas w nią wniesie przez to, co zrobi. Naszym obowiązkiem – podkreślał Popper – nie jest więc zwiastowanie zła, lecz pozostawanie optymistami i codzienna troska o lepszy świat!

Jakże to naiwne i jakże banalne! A specjaliści od filozofii Poppera zaraz znajdą sto tysięcy erudycyjnych zastrzeżeń i przeszkód do uznania powyższych słów za wnoszące cokolwiek do wartościowej refleksji. Nie szkodzi. Człowiek żyjący i działający w dzisiejszym świecie na co dzień, chcąc nie chcąc, musi sobie radzić z niedostatkami wiedzy własnej i równoczesnym nadmiarem wiedzy otoczenia. Doktor Google mądrzy się na wszystkie strony, ale decyzje, co począć z jego „mądrościami” i tak podejmować musi ten, kto się z nim konsultuje. Moje czytanie wyznania Poppera jest więc zupełnie naiwne i banalnie proste, i niech takim zostanie. Może właśnie takie przyda się też innym, i może właśnie takie niesie coś ze źródła. Sam autor wspominał bowiem po latach, pisząc: „Nie spotkałem nigdy nikogo, kto zwróciłby uwagę na te dwa wiersze [przytoczone na wstępie] pomyślane jako moje credo moralne, a wykluczające, jak mi się wydawało, wszelką możliwość dogmatycznej interpretacji «krytycznego racjonalizmu»”.

Nie widzę żadnych istotnych przeszkód, wewnętrznych sprzeczności i tym podobnych, by być chrześcijaninem – krytycznym racjonalistą, choć zdaję sobie sprawę, że takie przekonanie o intelektualny zawrót głowy przyprawiać może zarówno tych wierzących, którzy w krytycznym racjonalizmie widzą tylko kwintesencję walki z religią i tradycją, jak i tych rzekomo krytycznych racjonalistów, którzy w chrześcijaństwie widzą głównie moherowy ciemnogród. Jedni i drudzy, w moim przekonaniu, czyniąc tak wynoszą się ponad tych, których krytykują, a tymczasem chodzi o coś wręcz przeciwnego.

Chodzi o to, by z pola widzenia nie tracić Prawdy, która – niczym Słońce na horyzoncie – pozostaje ciągle od człowieka większa, i która zwyczajnie uczy pokory. Chodzi o to, by z pola widzenia nie tracić też innych ludzi, a ci są przecież różni; ulokowani bliżej nas i dalej, i pod nieco innym niż my kątem oświetlani. Jeśli są wśród nich ludzie dobrej woli – a niewątpliwie są i tacy – to chodzi też o to, by ich racje w spornych kwestiach słyszeć i rozważać. Wspólny wysiłek zbliża nas do prawdy, która przecież ciągle jest na horyzoncie i która, jako taka, daje sens naszym poszukiwaniom, naszemu uczeniu się, także od siebie nawzajem, i która czyni świat ciekawym, wartym poznawania i rozumienia.

Tymczasem, jakże trudno nam nieraz chociażby przyznać się do błędu – zwłaszcza wobec kogoś, kto faktycznie lub tylko w naszym przekonaniu znajduje się na niższym szczeblu jakiejś hierarchii. Miłość własna i chęć utrzymania na swój sposób rozumianego autorytetu – niezależnie od tego, czy faktycznie go posiadamy, czy tylko go sobie przypisujemy lub jego posiadanie wyobrażamy – skłaniają do przemilczania tego, co sami „sknociliśmy” lub, gdy przemilczeć się nie da, do szukania winnych daleko od siebie. Niewątpliwie taką skłonność może wzmagać w nas niejedno faktyczne doświadczenie niesprawiedliwości, upokorzenia, obarczenia nie swoją winą, gdy ktoś wobec nas okazał się nieuczciwy, a przy tym jakoś od nas silniejszy lub bardziej sprytny, a właściwie cwany. Chcemy więc nieraz odpłaty tym samym, nawet, gdy ofiarą stanie się niewinny. Ale chyba przyznać wypada, że ani to krytyczno-racjonalne, ani chrześcijańskie. Przyznanie się do błędu jest bowiem stanięciem w prawdzie – przywraca siłę naszemu działaniu na rzecz dóbr własnych i rzecz dobra wspólnego, uwalnia nas od mistyfikacji własnych kompetencji, przy tym uczy również innych wolności, bo wyzwala z gry pozorów, i wprawia w rozpoznawanie właściwej miary autorytetu. Któż, jak nie Bóg, jest tej prawdy i autorytetu pełnią; któż, jak nie człowiek, może być jej dobrym dla innych obrazem.

[Wojciech E. Zieliński, Popper, dr Google i chrześcijanie, "Na Rozstajach", 2017, nr 5 (302), s. 12.]


PS. Swego czasu, gdy podczas egzaminu w IFSiD UG odpytywałem studentów z zagadnień krytycznego racjonalizmu, dowiedziałem się od nich, że oto trafiłem do Wikipedii, jako jeden z wiernych wyznawców Popperowskiej doktryny☺; zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_popperowski

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dać innym siebie …zużyć

Chyba dość dobrze znany chrześcijanom – wszakże często przypominany – jest ten werset z Drugiego Listu do Tymoteusza, w którym św. Paweł podsumowuje: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4, 7). Kontekst wiadomy: Apostoł przewiduje rychłą śmierć, ale wyraża też nadzieję życia wiecznego. Pisze: „Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4, 8). Rzec można: połączenie głębokiej wiary z racjonalnym podejściem do życia…

Zapewne również tymi św. Pawła słowami jakoś inspirowany, pozwoliłem sobie parę lat temu na zapisanie myśli następującej: Życie do zużycia – bieg chrześcijanina” (Aforystycznie, Kraków 2014, s. 51). Bez nadmiaru wzniosłości do tych słów nawiązując, a jednocześnie schodząc na chwilę z pokładu refleksyjnej wiary, rzec można, iż biegać – byle z głową na karku – warto, bo sport to przecież zdrowie, ale wyraz „zużywanie” chyba nieco tu drażni. A jeśli powiemy, jak w tytule, jeszcze dosadniej: „Dać innym siebie …zużyć” – to zabrzmią takie słowa chyba wręcz kłopotliwie.

Faktycznie, jeśli potraktujemy je dosłownie, odnosząc na przykład do prostytucji – także tej rozumianej szeroko (a więc na przykład politycznej) – i do uwłaczania jej drogą własnej godności, otrzymamy slogan wręcz sutenerski. (W tym miejscu warto przywołać słowa Marii Ossowskiej, badaczki moralności, która swego czasu tak kwestię godności formułowała: „Ma godność ten, kto umie bronić pewnych uznanych przez siebie wartości, z których obroną związane jest jego poczucie własnej wartości i kto oczekuje z tego tytułu szacunku ze strony innych. Brak godności z kolei ujawnia ten, kto rezygnując z takiej wartości sam siebie poniża lub daje się poniżać dla osiągnięcia jakichś osobistych korzyści”). Ale jeśli na dawanie siebie innym, aż do zużycia, spojrzymy szerzej?…

Poza oczywistym w chrześcijańskim kontekście przykładem życia i śmierci Jezusa na krzyżu, na myśl przychodzą Jego pouczenia z Kazania na Górze (zob. Mt 5, 1 – 7, 29; Łk 6, 17-49), stanowiące swoisty kodeks chrześcijańskiej etyki:

Bądź miłosierny wobec bliźniego i wprowadzaj pokój do życia z innymi; dąż do zgody ze swoim przeciwnikiem i do pojednania z tym, który może coś mieć przeciw tobie, a dopiero na takim podłożu moralnym dbaj o wypełnianie praktyk religijnych; miłuj bliźniego, nawet swego nieprzyjaciela; czyń dobrze nawet temu, kto cię nienawidzi; błogosław nawet temu, kto ciebie przeklina, i módl się także za tego, kto ciebie oczernia lub wprost prześladuje. Nie odwracaj się od tego, kto potrzebuje twojej pomocy. Ale gdy pomagasz, „niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”, a gdy się modlisz, niech wystarczy, że usłyszy ciebie tylko Pan Bóg. I nie troszcz się zbytnio o jutro, bo przecież „dosyć ma dzień swojej biedy”, więc ten jutrzejszy dzień niewątpliwie także sam o siebie troszczyć się będzie. Bądź dobrym człowiekiem i z dobrego skarbca swego serca wydobywaj dobro. Ale zabiegaj przy tym o sprawiedliwość, nawet kosztem własnego cierpienia. Nie ukrywaj swego światła przed ludźmi i bądź jednoznaczny – mów: „Tak, tak; nie, nie”; bo co nadto jest, od Złego pochodzi… Czyń to wszystko, a zużyjesz się dla bliźnich i przez nich zostaniesz zużyty; oni zaś prawdopodobnie nawet tego nie zauważą…

Jakże trudno tę konkluzję – prowokacyjnie dodaną do przypomnienia Jezusowych pouczeń – pogodzić z przemożną chęcią bycia zauważonym, trawiącą współczesnego człowieka, a manifestującą się na polach rozmaitych; może najwyraźniej w świecie wirtualnym. Jakże trudno pogodzić ją także z wymaganiem stawianym współczesnemu człowiekowi przez rozmaite instytucje społeczne, które miarę jego wartości upatrują chociażby w stopniu jego publicznej rozpoznawalności. Wobec takich wymagań i chęci, których spełnienie wymaga zwykle intensywnej pracy, Chrystusowy sposób na życie jawi się, jako wręcz szkodliwy – stosowany, zdaje się bowiem marnować czas pozwalający człowiekowi na jego samorozwój i na używanie życia; zdaje się zużywać ów czas na czynienie dobra innym ludziom, co do których zasadne jest przewidywanie, że to otrzymywane dobro uznają za im zwyczajnie należne…

Jednak nie ma w tym niezauważanym zużywaniu siebie dla innych i przez nich byciu zużywanym niczego szczególnie nowego. Kiedyś pewien Człowiek modlił się w Ogrójcu, niezauważony w swojej trosce przez tych, którzy spali (Mt 26, 36-46), a potem, gdy już zużył się całkowicie, doszedłszy kresu swoich ziemskich starań, po prostu umarł na krzyżu – tak, jakby to było zwyczajnie należne Jego prześladowcom…

[Wojciech E. Zieliński, Dać innym siebie …zużyć, "Na Rozstajach", 2017, nr 4 (301), s. 9.]

poniedziałek, 27 marca 2017

O twórczości zwanej naiwną

Dnia 1 stycznia 2017 roku w Warszawie, w wieku niemal 97 lat zmarł Aleksander Jackowski – humanista, antropolog kultury, etnograf i historyk sztuki, wieloletni redaktor naczelny pisma „Polska Sztuka Ludowa” (od 1990 roku wydawanego w tematycznie rozszerzonej formule pod tytułem „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa”). Należał do grona najwybitniejszych w Europie znawców sztuki nieprofesjonalnej i tzw. Art Brut, sztuki marginesu. Przyczynił się między innymi do odkrycia artystycznego talentu słynnego później Nikifora Krynickiego.

Do Aleksandra Jackowskiego, a ściślej do niektórych jego prac, wypowiedzi itp. dotarłem przez mojego tatę, Edmunda Zielińskiego, twórcę rzeźbiącego w drewnie, malującego na szkle i płótnie, piszącego na papierze i w komputerze, aktywnie działającego etnograficznie, organizacyjnie i dydaktycznie na polu kultury ludowej i innej. Pamiętam, że jakimś materialnym pośrednikiem w tym docieraniu do prac Jackowskiego stała się, zdjęta z rodzinnej półki, książka Andrzeja Banacha pt. Ociepka, poświęcona postaci i twórczości Teofila Ociepki, jednego z najbardziej znanych – obok wyżej wspomnianego Nikifora – tzw. malarzy prymitywistów. Jeśli okoliczności pozwolą, innym razem napiszę o nim więcej, tu chciałbym przywołać tylko jeden cytat z książki Banacha, który doskonale koresponduje z dalszą częścią niniejszego wspomnienia:

Ociepka „był nadwrażliwy, widział więcej, czuł dotkliwiej, a przede wszystkim znał więcej różnic między przedmiotami niż normalni ludzie. Nadwrażliwość jest cechą konieczną, choć niewystarczającą u każdego twórcy; jest bliska choroby, histerii, pisano o tym wiele przy okazji schizofrenii. Ludzie nadwrażliwi, skłonni do histerii i neurastenii, są zwykle niemożliwi w życiu codziennym. Ociepkę od histerii ratował łagodny pesymizm osobisty, ale optymizm w sztuce. Cecha niezwykle cenna u artysty, który swoimi dziełami może ratować ludzi z rozpaczy” (A. Banach, Ociepka, Warszawa 1988, s. 114-115).

Z wypowiedzi Aleksandra Jackowskiego chciałbym tu przywołać – do refleksji – trzy cytaty, traktujące kolejno o twórcach nieprofesjonalnych, twórczości i naiwności. Autor pisał: (1) Twórcy nieprofesjonalni „tworzą, jak czują, nie skrępowani myślą (która tak waży na sztuce profesjonalnej), że teraz się tak a tak maluje, to uznaje za dobre, a tamto za anachroniczne. Każdy z nich jest sobą, w pełnym sensie tego słowa”; (2) „Twórczość to nie tylko sprawa estetyki, a sztuką może być nie tylko obraz, lecz i kształt życia. Jednak najważniejszym, często występującym motywem tworzenia jest potrzeba zostawienia śladu po sobie”; (3) „Naiwność bywa […] głupia, drażniąca. Choćby naiwność polityka albo biznesmena. Ale jest też naiwność, i o nią tu chodzi, która jest obroną czystości, liryzmem, czułością, dziecięcym zachwytem pięknem świata, przekonaniem, iż wiara przenosi góry. Chciałbym tę naiwność postawić w rzędzie takich pojęć, jak nadzieja, miłość, dobro, szlachetność”

Te trzy przywołania pochodzą z książki Jackowskiego zatytułowanej Sztuka zwana naiwną. Zarys encyklopedyczny twórczości w Polsce (Warszawa 1995). Kilkanaście lat po jej wydaniu, w programie TVP Historia „Notacje historyczne”, autor wspominał, że to jedyna naprawdę ważna książka, jaką napisał w życiu. To książka o ludziach różnych, których łączyło to, że byli autentycznymi twórcami; w większości nieznanymi szerszym kręgom odbiorców, zwłaszcza sztuki profesjonalnej. Każdy z bohaterów tej książki miał własną osobowość i własną wiarę w sens swojej pracy, silną wewnętrzną potrzebę tworzenia, wręcz mus gestu artystycznego; zarazem nie podlegał bieżącemu stylowi i modom, pracował niezniszczony przez szkoły i akademie…

O sobie również Jackowski we wspomnianej książce pisał wymownie: To „przypadek zadecydował, że zająłem się sztuką, nazwijmy to ogólnie – nieprofesjonalną. Ale przypadki zadziwiająco często mają swoją logikę. Był początek lat pięćdziesiątych, zajmowałem się krytyką artystyczną, socjologią sztuki. Okazało się jednak, że piszę nie tak i nie to, co «trzeba». Szukałem więc dziedziny, w której będę mógł robić coś z sensem i bez przeszkód. Niech pan się zajmie sztuką ludową – zaproponował mój szef w Instytucie Sztuki, prof. Juliusz Starzyński. No to się zająłem”. A po latach, pytany w TVP Historia o własną profesję, Jackowski przyznawał, że trudno mu jednoznacznie ją zdefiniować: „Naukowiec? Artysta? Socjolog? Teraz ja mówię o sobie «antropolog», bo to nic nie znaczy, bo to jest takie słowo, w którym można wszystko zobaczyć gdzieś potem. Ale w gruncie rzeczy – człowiek, który szuka, który stara się umieć widzieć”…

Postać Aleksandra Jackowskiego i elementy twórczości nieprofesjonalnej bohaterów jego prac nieraz przywołuję w ramach moich zajęć ze studentami. Ukazują one wyraźny kontrast w stosunku do postaw i wytworów tych, których można spotkać w środowisku akademickim; tych, którzy wszystko wiedzą, rozumiejąc niewiele…

[Wojciech E. Zieliński, O twórczości zwanej naiwną, "Na Rozstajach", 2017, nr 3 (300), s. 12.]

wtorek, 28 lutego 2017

Parę myśli Bierdiajewa

„Mikołaj Bierdiajew (1874-1948) należy do grona najwybitniejszych filozofów pierwszej połowy XX wieku. Miejsce poczesne w systemie filozoficznym tego myśliciela urodzonego w Rosji, a zmarłego we Francji […], zajmuje antropologia o wyraźnie chrystologiczno-personalistycznym charakterze, odwołuje się ona bowiem do idei obrazu Bożego w człowieku”. Przytoczony cytat pochodzi ze Wstępu, autorstwa Zbigniewa Podgórca, autora wyboru i tłumacza myśli Bierdiajewa, zawartych w maleńkim tomiku zatytułowanym Okruchy twórczości (Wydawnictwo „Łuk”, Białystok 1993). Parę tych myśli – o Bogu i o człowieku, o religii i chrześcijaństwie, o dobru i o twórczości – przywołuję poniżej, opatrując je krótkimi komentarzami.

Chrześcijaństwo to nie tylko wiara w Boga, lecz również w człowieka, w możliwość odnalezienia w człowieku tego, co boskie” (s. 19). Można odczytać to zdanie między innymi, jako zachętę do spoglądania okiem wiary nie tylko w górę, ale także na boki – nie tylko w stronę boskiego Absolutu, ale także w stronę innych ludzi Tegoż poszukujących. Jak rozeznać to, czy szukanie jest szczere? Jak uniknąć rozczarowania zręcznością pozorantów, nierzadko przecież przyodzianych w rozmaite atrybuty religijności? Bierdiajew podpowiada: „Honor to obraz i podobieństwo Boga migocące w człowieku” (s. 9). Rzec można: wypatruj ludzi mających swój honor! – a ten przecież nie jest tożsamy ani z miejscem zajmowanym w hierarchii społecznej, ani z pełnioną w społeczności rolą. Myślę, że gdyby Bóg był tak bardzo plastikowy lub tak całkowicie wyprany z właściwości, jak ów niejeden życiowy lawirant – który pręży się na wszystkie strony, by tylko zadowolić tych, którzy mogą mu zapewnić powodzenie doczesne, i dla którego pojęcie honoru to tylko kłopotliwy przeżytek – nie byłby w stanie stworzyć choćby zwykłej muchy. Ludzie bez honoru zdają się bowiem nie tworzyć dobra – co najwyżej przetwarzają takowe, a pielęgnują w nim jedynie to, co zapewnia im wygodne egzystowanie; używają pracy wykonanej przez innych.

Nie jest jednak rolą chrześcijanina uganianie się za dobrem abstrakcyjnym, choćby najwyższym – skoro tyle konkretnych prac, właśnie dóbr, jest do wykonania wokół – i nie jest jego rolą potępianie tych, których może podejrzewać o skrajną przyziemność i wygodne pasożytnictwo. Bierdiajew pisze: „Dobro ewangeliczne czyni się wtedy, gdy samego dobra nie uważa się za wartość nadrzędną, lecz za taką wartość uważa się człowieka” (s. 14). Trzeba więc codziennej samokontroli – by przedwcześnie, niczym synowie Zebedeusza (por. Mk 10, 35-37), nie sadowić się w fotelach boskiej chwały – i trzeba chrześcijańskiej wyrozumiałości wobec słabości innych. Ale i tu wskazana jest powściągliwość i właściwa miara postępowania. Wszak chyba wiele racji ma rosyjski filozof, gdy dopowiada, że „nie ma nic gorszego niż dążenie za wszelką cenę do zapewnienia człowiekowi szczęścia” (s. 15)…

A czy słuszne są również twierdzenia, że „chrześcijaństwo to religia ukrzyżowanej prawdy” (s. 19), zaś „fanatyzm to obłęd, który zrodzony został przez niemożność objęcia pełni prawdy” (s. 26)? Pierwsze zdaje się zionąć pesymizmem, drugie zaś wskazuje możliwe pesymizmu zastosowania – niedaleko stąd do cierpiętnictwa i do łatwo wyradzającej się z niego agresji; nieraz kierowanej w stronę bliskich lub obcych, a często przenoszonej po prostu na Bogu ducha winne istoty. Jednak błędem byłoby zamykanie przytoczonych myśli w nakreślonym powyżej nastroju depresji. Bierdiajew podkreśla bowiem bardzo wyraźnie: „Religia Golgoty to religia wolności” (s. 11), „sens Golgoty tkwi nie w ubóstwieniu cierpienia, lecz w jego przezwyciężeniu” (s. 29). Świętego Pawła wskazanie z listu do Koryntian – że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także [n]asza wiara” (1 Kor 15, 14) – powraca tutaj z całą swą mocą. Podkreśla więc ponownie Bierdiajew: „Życie religijne jest twórczością, a nie przymusem płynącym z wychowania czy też z nakazu sądu” (s. 13). Jest wobec tego rolą i zadaniem chrześcijanina życie twórcze! – w takim zakresie, w jakim jest prowadzone; na tych terenach, jakie w swej codzienności zajmuje – i czynienie dobra zbliżającego ludzi do Boga. „Dobro [zaś] jest śmiertelnie nudne jeśli nie jest twórcze” (s. 30); „przeniknąć sens dobra może człowiek jedynie jako istota duchowa, [bo] jako istota społeczna poznaje jedynie definicje dobra, które wciąż się zmieniają” (s. 14). Nie dziwota, że nudni są chrześcijanie nietwórczy – bezrefleksyjnie odtwarzający wyuczone formuły – i że nudni są chrześcijanie, którzy za wszelką cenę chcą nadążyć za migotaniem świata, projektora dóbr o zwykle krótkim terminie ważności. „Miłość to utwierdzanie życia w wieczności” (s. 16) – przypomina tymczasem Bierdiajew. Któż, jeśli nie chrześcijanin, ma nieść światu codzienne dobro i nadzieję, że za wzgórzem Golgoty jest wieczność Miłości…

[Wojciech E. Zieliński, Parę myśli Bierdiajewa, "Na Rozstajach", 2017, nr 2 (299), s. 12.]

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Newman i prostomyślność

Jakiś czas temu na stronie internetowej portalu Fronda.pl przeczytałem artykuł ks. Roberta Skrzypczaka, zatytułowany Wznieśmy toast: za sumienie i za papieża! (2010). Autor przywołuje w nim postać Johna H. Newmana (1801-1890) – angielskiego duchownego i filozofa wiary, konwertyty (1845) z anglikanizmu na katolicyzm – który 19 września 2010 r. został wyniesiony na ołtarze przez papieża Benedykta XVI i o którym Papież wyraził się wówczas następująco: „W błogosławionym Johnie Henrym tradycja szlachetnej uczoności, głębokiej mądrości ludzkiej i niezgłębionej miłości do Pana zrodziła bogate owoce, jako znak stałej obecności Ducha Świętego w głębi serca ludu Bożego, przynosząc odtąd obfite dary świętości” (podaję za https://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x33059/nowy-blogoslawiony-john-henry-newman/). Dodajmy, że dniem liturgicznego wspomnienia bł. Johna H. Newmana ustanowiono 9 października.

We wskazanym na wstępie artykule ks. Skrzypczak tak pisał o Newmanie i Benedykcie XVI:

„Obu łączy poszukiwanie wiary solidnie uzasadnionej danymi rozumu, brak lęku wobec postępu i zdobyczy nauki oraz zainteresowanie dialogiem ze sposobem myślenia współczesnego człowieka. Beatyfikacja kardynała Newmana oznacza zaproponowanie uwadze opinii publicznej «człowieka sumienia», jak go nazwał papież. Angielski konwertyta podejmował się wyjaśnienia ludzkiej egzystencji, wychodząc od danych sumienia, tego niezwykłego organu duchowego, w którym odbywa się dialog pomiędzy Bogiem a duszą człowieka. Dla niego sumienie było królową życia moralnego, której nic i nikt nie ma prawa pozbawiać tronu”. Przy tym, Autor artykułu za Błogosławionym podkreślił: „Dla człowieka wiedzionego autentycznym pragnieniem poznania [prawdy] nie może istnieć żaden antagonizm pomiędzy wiarą a rozumem, wolnością a sumieniem. Wszystkie one wzajemnie się potrzebują i podtrzymują”. I wszystkie „są tymi elementami rzeczywistości, które razem przetrwają bądź też razem legną w gruzach”.

12 maja 1879 roku John Henry Newman został przez papieża Leona XIII ustanowiony kardynałem – przyjął wówczas zawołanie: Cor ad cor loquitur (serce mówi do serca). Pociągało go bowiem – przypomniał ks. Skrzypczak – „chrześcijaństwo mądre i potrzebne człowiekowi, radosne i pogodne. Chrześcijaństwo Boga, który pokochał ludzi w Chrystusie”.

Chętnie, gdy tylko mam możliwość, sięgam do lektur związanych z postacią i twórczością Johna H. Newmana. Swego czasu studiowałem je dokładniej, pisząc pracę magisterską o – niejako czerpanej z analizy sumienia – argumentacji za istnieniem Boga. Moje poczynione przy tej okazji refleksje o byciu człowiekiem sumienia i o uosobieniu tego w biografii Newmana, opublikował później tygodnik „Niedziela” (1995). W tym miejscu chciałbym przywołać trzy myśli wzięte od samego Newmana, by zachęcić do łącznej refleksji nad nimi:

(1) „To, jakim jestem, jest wszystkim, co mam. Stanowi to mój istotny punkt widzenia, który muszę przyjąć z góry jako prawdziwy, inaczej myśl jest tylko czczą zabawą, niewartą zachodu”. (2) „Jeśli próbujemy uczynić człowieka moralnym i religijnym przez biblioteki i muzea, to konsekwentnie weźmy sobie chemików na kucharzy i mineralogów na murarzy”. (3) A „jeżeli chodzi o skuteczność działania, to nawet fałszywe poglądy mają większy wpływ na otoczenie i zapewniają większy szacunek, niż brak jakichkolwiek poglądów”.

Znam ludzi zarazem dobrze wykształconych i gorliwie wierzących, a jednocześnie – przynajmniej takie odnoszę wrażenie – pozbawionych tej mądrej prostomyślności wskazywanej przez Newmana. Zawsze gotowi do mierzenia innych nie tylko wzrokiem, znają właściwy poziom wiedzy, kultury, obycia, uprawianej nauki lub sztuki, świadczonego patriotyzmu i tym podobnych – wymagany do tego, by uznanym być w danym zakresie za kompetentnego, uprawnionego, powołanego do danego działania. O niektórych takich recenzentach cudzych kompetencji wręcz myślę, że być może już siedzą po Boskiej prawicy – znając wieczną Prawdę, Dobro i Piękno bez pośrednictwa doczesnych namiastek – a chwilowo tylko goszczą na ziemskim padole, oddelegowani do tutejszego plebsu, by przekonać się, jak tenże niskiego jest poziomu i stanu…

Newmana pamiętam zupełnie inaczej – jako chrześcijańskiego miłośnika mądrości, oddanego Absolutowi, ale przy tym otwartego na prostotę ludzkiego doświadczania wiary, moralności i wiedzy. Ta chrześcijańska, ewangeliczna otwartość, czerpana choćby z jego Logiki wiary (tyt. oryg. An Essay in Aid of a Grammar of Assent, 1870), pozwala szanować człowieka kierującego się w działaniu własnym sumieniem i dostrzegać wagę okoliczności i procesów, jakie takim go ukształtowały. I pomaga zrozumieć, dlaczego zasoby bibliotek, muzeów i innych instytucji wysokiej kultury nie wystarczą, by same przez się kogokolwiek uczynić mądrym i dobrym.

[Wojciech E. Zieliński, Newman i prostomyślność, "Na Rozstajach", 2017, nr 1 (298), s. 12.]

środa, 28 grudnia 2016

Medycyna, neurologia i etyka

Dzięki miłej znajomości i współpracy z redaktorem i wydawcą kwartalnika „Aspekty Filozoficzno-Prozatorskie”, dr. Zdzisławem Wichłaczem, niedawno stałem się posiadaczem obszernej (674 str.), specjalistycznej książki pt. Neurologia kliniczna w praktyce. Homeostaza mózgu. Wydana przez „ASPEKTSPRESS” (Inowrocław 2016) praca jest dziełem ponad pięćdziesięciu autorów, przygotowanym pod redakcją naukową czteroosobowego zespołu: prof. Romana Mazura, dr. Grzegorza Osińskiego, dr Magdaleny Trzcińskiej i dr. Macieja Klimarczyka; „zawiera interdyscyplinarne spojrzenie na czynność układu nerwowego, diagnostykę i leczenie najczęściej spotykanych zaburzeń w praktyce lekarskiej”; wskazuje narzędzie i metodę – „nazwane Fraktalną Spirografią Mózgową (FSGM) – monitorujące pracę pniowego ośrodka oddechowego”. „Z charakterystyki oddechowej – informują Autorzy – można odczytywać aktualną homeostazę i jej dynamikę (energetyczność) w zdrowiu i patologii człowieka, co ma duże znaczenie w monitorowaniu stanów zagrożenia życia” (okładka). Całość pracy podzielona jest na sześć rozdziałów, przedstawiających kolejno: wprowadzenie do neurologii klinicznej, zagadnienia zaburzeń układu nerwowego, metody kliniczne i pomocnicze w jego badaniach, problemy rozpoznania i leczenia neurologicznego, zagadnienia rehabilitacji neurologicznej i współpracy interdyscyplinarnej w przedmiotowym zakresie.

Niech powyższe dane wystarczą jako wstępna informacja o treści książki i zachęta do lektury, skierowana do potencjalnych jej czytelników. Uwagi zamieszczone poniżej będą odniesieniem do wybranych wątków obszernego wstępu pracy (s. 19-47), w którym Włodzimierz Tyburski, emerytowany profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, napisał o etycznym wymiarze relacji lekarz – pacjent.

Tekst poprzedzony jest wartą refleksji myślą Władysława Biegańskiego (1857-1917), lekarza, filozofa i działacza społecznego: „Nie może być dobrym lekarzem ten, kto nie jest dobrym człowiekiem” (s. 19)… Zastanówmy się: czy termin „lekarz” można tu zastąpić nazwą jakiejkolwiek innej profesji, by każdorazowo uzyskać twierdzenie prawdziwe? Odpowiedź „tak” przychodzi łatwo – zwłaszcza, gdy tak zwane myślenie życzeniowe wypiera bardziej krytyczne i zdystansowane jego formy, a filozoficzno-praktyczna wieloznaczność terminu „dobry” umyka naszej refleksji.

Fundamentem partnerskiej relacji lekarz – pacjent „jest poszanowanie przez lekarza podmiotowości i autonomii pacjenta. Jednakże relacja ta – podkreśla Tyburski – wymaga również określonej postawy od pacjenta. Oczekuje się, że będzie on podatny na współpracę z lekarzem, przyjmie postawę partnerską, wspierającą jego wysiłki” (s. 21)… Chyba niewiele zachodu trzeba, by wyobrazić sobie lub przypomnieć w tym miejscu rozmaite – dotykające nas pacjentów lub nas lekarzy – zdarzenia medyczne, w trakcie których o partnerstwie nie mogło być mowy, bo na przykład oczytany w encyklopedii zdrowia pacjent wiedział lepiej niż lekarz, co mu dolega, i traktował tego drugiego jako co najwyżej przedłużenie długopisu, wypełniającego pożądaną receptę; albo, gdy potrzebujący pomocy medycznej człowiek miał poczucie, że nie z lekarzem-człowiekiem ma do czynienia, ale jedynie ze swego rodzaju automatem szpitalnym, realizującym zaprogramowane w nim procedury. Przypomnienie, że profesja medyczna to nie tylko wiedza i fachowe umiejętności, ale także sztuka (por. s. 24), pozwala uświadomić sobie, że nie każdego stać z jednej strony na jej odbiór, z drugiej zaś na jej uprawianie.

Sztuka medyczna, tak jak i każda inna, wymaga solidnej, mądrej edukacji. Tymczasem są i takie wydziały lekarskie – zauważa Tyburski – „na których studiujący w istocie pozbawieni są możliwości studiowania wiedzy humanistycznej nakierowanej na problematykę medyczną, gdyż ta traktowana jest tam po macoszemu” (s. 46). Powody tego oczywiście są rozmaite – kończąc niniejsze zapiski, na jeden tylko chciałbym zwrócić uwagę. Otóż, generalnie rzecz ujmując mamy to, na co sobie pozwalamy. Pozwalanie sobie na bierność w relacjach z tymi, którzy nas uczą, którzy nas leczą, którzy przychodzą do nas jako pacjenci itp. sprawia, że niekontrolowane i bezkarne czują się właśnie owe podmioty – konkretni ludzie lub instytucje – które wobec nas i wobec spraw, które z nimi nas wiążą, nie postępują i nie zachowują się należycie. Nic nie stoi na przeszkodzie, co oczywiście nie znaczy, że jest to łatwe, by – gdy to uzasadnione – komunikować własne niezadowolenie i domagać się lepszego działania kierowanego pod naszym adresem, a więc chociażby lepszej edukacji medycznej i innej, lepszego traktowania na uczelni i np. w przychodni lekarskiej. Ale zawsze pamiętajmy o „lusterku”, aby każdorazowo móc sprawdzić, czy po naszej stronie w danym działaniu jest też wszystko w należytym porządku.

[Wojciech E. Zieliński, Medycyna, neurologia i etyka, "Na Rozstajach", 2016, nr 12 (297), s. 12.]

Zob. także: http://www.psychologia-spoleczna.pl/aktualnosci/2335-byc-lekarzem-i-przezyc.html