środa, 28 grudnia 2016

Medycyna, neurologia i etyka

Dzięki miłej znajomości i współpracy z redaktorem i wydawcą kwartalnika „Aspekty Filozoficzno-Prozatorskie”, dr. Zdzisławem Wichłaczem, niedawno stałem się posiadaczem obszernej (674 str.), specjalistycznej książki pt. Neurologia kliniczna w praktyce. Homeostaza mózgu. Wydana przez „ASPEKTSPRESS” (Inowrocław 2016) praca jest dziełem ponad pięćdziesięciu autorów, przygotowanym pod redakcją naukową czteroosobowego zespołu: prof. Romana Mazura, dr. Grzegorza Osińskiego, dr Magdaleny Trzcińskiej i dr. Macieja Klimarczyka; „zawiera interdyscyplinarne spojrzenie na czynność układu nerwowego, diagnostykę i leczenie najczęściej spotykanych zaburzeń w praktyce lekarskiej”; wskazuje narzędzie i metodę – „nazwane Fraktalną Spirografią Mózgową (FSGM) – monitorujące pracę pniowego ośrodka oddechowego”. „Z charakterystyki oddechowej – informują Autorzy – można odczytywać aktualną homeostazę i jej dynamikę (energetyczność) w zdrowiu i patologii człowieka, co ma duże znaczenie w monitorowaniu stanów zagrożenia życia” (okładka). Całość pracy podzielona jest na sześć rozdziałów, przedstawiających kolejno: wprowadzenie do neurologii klinicznej, zagadnienia zaburzeń układu nerwowego, metody kliniczne i pomocnicze w jego badaniach, problemy rozpoznania i leczenia neurologicznego, zagadnienia rehabilitacji neurologicznej i współpracy interdyscyplinarnej w przedmiotowym zakresie.

Niech powyższe dane wystarczą jako wstępna informacja o treści książki i zachęta do lektury, skierowana do potencjalnych jej czytelników. Uwagi zamieszczone poniżej będą odniesieniem do wybranych wątków obszernego wstępu pracy (s. 19-47), w którym Włodzimierz Tyburski, emerytowany profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, napisał o etycznym wymiarze relacji lekarz – pacjent.

Tekst poprzedzony jest wartą refleksji myślą Władysława Biegańskiego (1857-1917), lekarza, filozofa i działacza społecznego: „Nie może być dobrym lekarzem ten, kto nie jest dobrym człowiekiem” (s. 19)… Zastanówmy się: czy termin „lekarz” można tu zastąpić nazwą jakiejkolwiek innej profesji, by każdorazowo uzyskać twierdzenie prawdziwe? Odpowiedź „tak” przychodzi łatwo – zwłaszcza, gdy tak zwane myślenie życzeniowe wypiera bardziej krytyczne i zdystansowane jego formy, a filozoficzno-praktyczna wieloznaczność terminu „dobry” umyka naszej refleksji.

Fundamentem partnerskiej relacji lekarz – pacjent „jest poszanowanie przez lekarza podmiotowości i autonomii pacjenta. Jednakże relacja ta – podkreśla Tyburski – wymaga również określonej postawy od pacjenta. Oczekuje się, że będzie on podatny na współpracę z lekarzem, przyjmie postawę partnerską, wspierającą jego wysiłki” (s. 21)… Chyba niewiele zachodu trzeba, by wyobrazić sobie lub przypomnieć w tym miejscu rozmaite – dotykające nas pacjentów lub nas lekarzy – zdarzenia medyczne, w trakcie których o partnerstwie nie mogło być mowy, bo na przykład oczytany w encyklopedii zdrowia pacjent wiedział lepiej niż lekarz, co mu dolega, i traktował tego drugiego jako co najwyżej przedłużenie długopisu, wypełniającego pożądaną receptę; albo, gdy potrzebujący pomocy medycznej człowiek miał poczucie, że nie z lekarzem-człowiekiem ma do czynienia, ale jedynie ze swego rodzaju automatem szpitalnym, realizującym zaprogramowane w nim procedury. Przypomnienie, że profesja medyczna to nie tylko wiedza i fachowe umiejętności, ale także sztuka (por. s. 24), pozwala uświadomić sobie, że nie każdego stać z jednej strony na jej odbiór, z drugiej zaś na jej uprawianie.

Sztuka medyczna, tak jak i każda inna, wymaga solidnej, mądrej edukacji. Tymczasem są i takie wydziały lekarskie – zauważa Tyburski – „na których studiujący w istocie pozbawieni są możliwości studiowania wiedzy humanistycznej nakierowanej na problematykę medyczną, gdyż ta traktowana jest tam po macoszemu” (s. 46). Powody tego oczywiście są rozmaite – kończąc niniejsze zapiski, na jeden tylko chciałbym zwrócić uwagę. Otóż, generalnie rzecz ujmując mamy to, na co sobie pozwalamy. Pozwalanie sobie na bierność w relacjach z tymi, którzy nas uczą, którzy nas leczą, którzy przychodzą do nas jako pacjenci itp. sprawia, że niekontrolowane i bezkarne czują się właśnie owe podmioty – konkretni ludzie lub instytucje – które wobec nas i wobec spraw, które z nimi nas wiążą, nie postępują i nie zachowują się należycie. Nic nie stoi na przeszkodzie, co oczywiście nie znaczy, że jest to łatwe, by – gdy to uzasadnione – komunikować własne niezadowolenie i domagać się lepszego działania kierowanego pod naszym adresem, a więc chociażby lepszej edukacji medycznej i innej, lepszego traktowania na uczelni i np. w przychodni lekarskiej. Ale zawsze pamiętajmy o „lusterku”, aby każdorazowo móc sprawdzić, czy po naszej stronie w danym działaniu jest też wszystko w należytym porządku.

[Wojciech E. Zieliński, Medycyna, neurologia i etyka, "Na Rozstajach", 2016, nr 12 (297), s. 12.]

Zob. także: http://www.psychologia-spoleczna.pl/aktualnosci/2335-byc-lekarzem-i-przezyc.html

wtorek, 27 grudnia 2016

środa, 14 grudnia 2016

Z mojego listu do Dyplomowanych Filozofów

Wielce Szanowni Państwo Dyplomowani Filozofowie!

nie*/nobilitowani
nie*/zrzeszeni
nie*/płacący składek/i PTF
itd. (* niepotrzebne skreślić)


W związku z:
(a) kontrowersjami, jakie budzi planowane spotkanie OG PTF
(b) twierdzeniem, że przyzwolenie na nie było “nieco przypadkowe” i “najpewniej niewłaściwe”
(c) sugestią, bym “tego spotkania dalej nie propagował”

informuję uprzejmie, że – jak zwykle – z wielkim zainteresowaniem obserwuję proces środowiskowego ‘wymierzania poziomu’: prelegentów, tekstów, czasopism, inicjatyw i tym podobnych, i cieszę się, że na moich oczach wykuwa się wielkość tutejszej filozofii. Starając się przy tym o zachowanie konstruktywnego charakteru moich uwag proponuję, by (kolejno):

(1) dla zebrań OG PTF postarać się o jedną stałą salę
(2) po stosownym uzgodnieniu tego w Państwa gronie, przy drzwiach ww. sali wymalować ‘kreskę właściwego poziomu filozofowania’
(3) na spotkania Oddziału wpuszczać tylko tych, którzy wskazany ww. kreską poziom zapewnią.

A jeśli powyższe z jakichkolwiek względów nie byłoby możliwe, proszę przynajmniej o to, by znający się na filozofii lepiej od znających się gorzej, pofatygowali się i uczestniczyli w spotkaniach, pisali teksty polemiczne, podejmowali inicjatywy alternatywne itd. itd., dzięki czemu, ci gorzej znający się na filozofii dowiedzą się od tych znających się lepiej czegoś więcej niż tylko tego, że są niekompetentni. Może się mylę, ale wzory takiego działania chyba zapisane są w dziejach filozofii...


Mam nadzieję, że powyższymi uwagami nikogo z Państwa nie urażam, a jako amator filozofowania już cieszę się na myśl o kolejnych coraz bardziej wartościowych spotkaniach (choć nie mam pewności, czy uda mi się wziąć w nich udział, ze względu na działanie wyżej wymienionej kreski – o ile będzie obowiązywała).


Z umiłowaniem mądrości,
Wojciech E. Zieliński

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Z mojego listu do Seminarzystki

Ważne jest, aby pisała Pani pracę dypl. z przekonaniem, że robi to, co chce, i w miarę możliwości tak, jak chce. Proszę o to zadbać, a ja jestem do pomocy. Wstrzymuję zatem procedowanie poprzedniej propozycji, zaś co do obecnie wskazywanej – chyba najlepszym rozwiązaniem byłaby zmiana promotora, proszę to rozważyć. (Oczywiście ew. zmiana promotora niczego nie zmieni w naszych dobrych relacjach, a ja pozostaję do pomocy). W przeciwnym razie proszę liczyć się z koniecznością wprowadzenia daleko idących zmian w planie, które pozwolą obniżyć ‘temperaturę ideologiczną’ pracy. Nie mam pewności, czy to będzie dla Pani do przyjęcia i czy nie spowoduje, że znowu ‘ciężko będzie szło pisanie’. Problemem bowiem chyba nie jest ‘rozległość’ poprzedniego tematu, ale powracająca chęć aksjologicznie zaangażowanego wypowiedzenia się w przedmiotowej sprawie. Takowe zaś, bez względu na kierunek zaangażowania, niewiele ma wspólnego z nauką i nie mieści się w standardach mojego seminarium.

niedziela, 11 grudnia 2016

Po linii ewangelicznego rozeznania…

…porusza się myśl Franciszka, chrystusowego ucznia-misjonarza, zapisana w roku 2013 w adhortacji apostolskiej Evangelii gaudiumO głoszeniu Ewangelii we współczesnym świecie (por. 50). Pisząc w drugim rozdziale dokumentu o kryzysie zaangażowania wspólnotowego, Papież nie pozostawia złudzeń:

„Dzisiaj musimy powiedzieć «nie dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznej». Ta ekonomia zabija. Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera starzec zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. Nie można dłużej tolerować faktu, że wyrzuca się żywność, podczas gdy są ludzie cierpiący głód. To jest nierówność społeczna. Dzisiaj wszystko poddane jest prawom rywalizacji i pra­wu silniejszego, gdzie możny pożera słabszego. W następstwie tej sytuacji wielkie masy ludności są wykluczone i marginalizowane: bez pracy, bez perspektyw, bez dróg wyjścia. Samego człowieka uważa się za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić. Daliśmy początek kulturze «odrzucenia», którą wręcz się promuje. Nie chodzi już tylko o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie zraniona jest w samej swej istocie przynależność do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, ponieważ nie jesteśmy w nim nawet na samym dole, na peryferiach czy po­zbawieni władzy, ale poza nim. Wykluczeni nie są «wyzyskiwani», ale są odrzuceni, są «niepotrzebnymi resztkami»” (53). Tak oto „kult starożytnego złotego cielca (por. Wj 32, 1-35) znalazł nową i okrutną wersję w bałwochwalstwie pieniądza i w dyktatu­rze ekonomii bez ludzkiej twarzy i bez naprawdę ludzkiego celu” (55), a tak zwana „teoria skapywa­nia”, zakładająca, „że każdy wzrost ekonomiczny, któremu sprzyja wolny rynek, jest zdolny sam w sobie tworzyć większą sprawied­liwość i uczestnictwo społeczne w świecie”, okazała się zwodniczym wyrazem prostodusznej i naiwnej ufności jej orędowników „w dobroć tych, którzy mają władzę ekonomiczną i w uświęcone mechanizmy panującego systemu ekonomicznego” (54).

Papież zachęca do myślenia i działania kierującego się ideą dobra wspólnego. To niełatwe w świecie gloryfikującym bezkrytyczny indywidualizm – „kultura, w której każdy chce posia­dać własną prawdę subiektywną, utrudnia [bowiem] pragnienie uczestnictwa we wspólnym projekcie, wykraczającym poza osobiste interesy i pragnienia” (61). Przeszkodą są dziś zatem rozmaite fascynacje „duchowością dobrobytu bez wspólnoty”, „pomyślno­ścią bez braterskich zobowiązań”, i skupionym wyłącznie na sobie rozwojem osobistym (por. 90). Franciszek przestrzega także przed ignorowaniem znaczenia, jakie w życiu społecznym ma lekceważenie zła. Pisze: „Podobnie jak dobro dąży do udzielania się, tak też i zło, na które wyrażamy zgodę, czyli niesprawiedliwość, ma skłonność do poszerzania swej niszczącej siły i milczącego podważania podstaw każdego systemu politycznego i społecznego, niezależnie od tego jak bardzo wydaje się trwały. Jeśli każde działanie ma swoje konse­kwencje, to zło zagnieżdżone w strukturach jakiegoś społeczeństwa zawiera zawsze potencjał rozkładu i śmierci. Od zła wpisanego na trwałe w niesprawiedliwe struktury społeczne nie można oczekiwać lepszej przyszłości” (59).

Papież nie ma złudzeń, że zgorszenie niosą światu także niektórzy ludzie Kościoła – ci, zarówno świeccy, jak i duchowni, współcześni faryzeusze (zob. m.in. J 5, 44), zawsze gotowi do wyniosłego pouczania innych, a zatroskani przede wszystkim o swój własny dobrobyt (zob. 63, 78, 82, 93-100 i in.). Ale też nie ma złudzeń, że krytyka kierowana pod adresem Kościoła niejednokrotnie jest nieadekwatna i również pełna obłudy (zob. 64, 79 i in.). Franciszek podkreśla jednak kluczowe znaczenie prostej, otwartej na bliźnich, chrześcijańskiej miłości i wzywa do przezwycię­żania tego, co tłumi jej zbawcze oddziaływanie: ciągłej wobec innych podejrzliwości, nieustannej nieufności, „postaw obronnych, jakie narzuca nam dzisiejszy świat” (88). I przestrzega przed popadaniem …w psychologię grobu, „która stopniowo zamienia chrześcijan w muzealne mumie”. Dotknięci taką destrukcyjną przemianą chrześcijanie, „rozczarowani rzeczywistością, Kościołem lub samymi sobą, prze­żywają nieustanną pokusę przywiązania do słodkawego smutku bez nadziei, który opanowuje serce jako «najtęższy z eliksirów złego ducha». Powołani do oświecania i komunikowania życia, w koń­cu ulegają fascynacji rzeczami rodzącymi jedynie ciemność i znu­żenie oraz osłabiającymi dynamizm apostolski” (83). Wobec powyższego, nie dziwi głośne i pełne wiary wołanie Papieża:

„Nie pozwólmy się okradać z radości ewangelizacji!” (83) – „wyzwania są po to, aby im podołać. Bądźmy realistami, ale nie tracąc radości, odwagi i ofiarności pełnej nadziei! Nie dajmy się okraść z misyjnej siły!” (109).

[Wojciech E. Zieliński, Po linii ewangelicznego rozeznania…, "Na Rozstajach", 2016, nr 11 (296), s. 12.]

Zob. także:

https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/10/czytanie-franciszka.html

https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/11/zapach-owiec.html

wtorek, 6 grudnia 2016

Kierunek etyczny

tendencja, orientacja, dążność, prąd kształtujący, organizujący normatywną refleksję nad moralnością – na danym etapie rozwoju lub na danym obszarze myśli etycznej – wokół idei, wartości: 1) uzna(wa)nych za kluczowe; 2) akceptowanych ze względu na tradycję dotychczasowego ich występowania lub np. siłę autorytetu ich twórców lub orędowników; 3) powstających, uaktywniających się w wyniku przeobrażeń społeczno-kulturowych, cywilizacyjnych itp. i w wyniku związanego z tymi przeobrażeniami komplikowania się doświadczenia moralnego.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Kierunek etyczny, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 146-147.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Zapach owiec

Uwagi zamieszczone poniżej stanowią kontynuację wypisów i refleksji nad treścią adhortacji apostolskiej Evangelii gaudiumO głoszeniu Ewangelii we współczesnym świecie, wydanej przez papieża Franciszka w roku 2013. Podobnie jak poprzednio, sięgam do tych kolejnych, wybranych fragmentów tekstu, które przyciągnęły moją uwagę i które chciałbym uczynić kierowaną do Czytelnika zachętą do uważnej lektury całości papieskiego dokumentu. I podobnie jak poprzednio, w nawiasach podaję numery poszczególnych passusów, których treść tu wykorzystuję – wszystkie pochodzą z pierwszego rozdziału Adhortacji, zatytułowanego Misyjne przeobrażenie Kościoła.

Papież przypomina: „wszyscy jesteśmy zaproszeni do przyjęcia tego wezwania: wyjścia z własnej wygody i zdobycia się na odwagę, by dotrzeć na wszystkie peryferie potrzebujące światła Ewangelii” (20), a następnie naucza, w sposób zapewne dla niejednego odbiorcy estetycznie kłopotliwy: „Wspólnota ewangelizacyjna przez dzieła i gesty wkracza w codzienne życie innych, skraca dystans, jeśli to konieczne – uniża się aż do upoko­rzenia i bierze na siebie ludzkie życie, dotykając cierpiącego ciała Chrystusa w ludzie. W ten sposób ewangelizatorzy mają «zapach owiec», a one słuchają ich głosu” (24).

Kłopotliwy jest ten zapach owiec, kłopotliwe jest to branie na siebie życia ludzi, z którymi ma się jakoś do czynienia; kłopotliwe jest skracanie dystansu, a co dopiero uniżanie się aż do upokorzenia. Wiele międzyludzkich relacji opiera się przecież na tym, co właśnie powyższemu zaprzecza. I chyba trudno temu się dziwić. Wszak na tle innych wolimy być pachnącymi, podziwianymi; życie innych interesuje nas o tyle, o ile pozwala zaspokajać naszą ciekawość, nie angażując naszych wysiłków w jego wspieranie; uniżania się mamy dosyć, widząc, a przynajmniej podejrzewając, że wielu jest wokół cwaniaków, którzy tylko czekają, by skorzystać i zaśmiać się z naszego upokorzenia… Tak jest zapewne dopóty, dopóki mamy dość siły, by w społecznych relacjach „być zawsze górą”. Wystarczy jednak takiej siły choćby chwilowa utrata (a nie wiem, czy są tacy, którzy nigdy jej nie doświadczają), by uświadomić albo przypomnieć sobie, jak cenna może być bezinteresowna bliskość drugiego człowieka – bliskość tego, kto poda rękę, kto nas zechce wysłuchać i kto nie od razu nas będzie oceniał lub wskazywał właściwe nam „miejsce w szeregu”. Takiej bliskości nieraz brakuje nam w domu, u lekarza, w szkole, na uczelni, w pracy, w kościele…

Jeśli dobrze rozumiem treść papieskiego nauczania we wskazanym dokumencie, to mowa jest w nim między innymi o potrzebie bliskości Kościoła wobec ludzi, którzy Kościół tworzą, i wobec tych, których tenże do współtworzenia zaprasza; i o potrzebie uważności Kościoła, który uszami swoich pasterzy winien „słuchać wszystkich, a nie tylko niektó­rych, zawsze gotowych prawić mu komplementy” (31). Franciszek przypomina bowiem, że „mały krok, pośród wielkich ludzkich ograniczeń, może bardziej podobać się Bogu niż poprawne na zewnątrz życie człowieka spędzającego dni bez stawiania czoła poważnym trud­nościom” (44) i wprost w pierwszej osobie przyznaje: „wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody kurczowego przywiązania do własnego bezpieczeństwa” (49). Papież pokazuje też pewną przywarę duchownego stanu, by zaraz potem przypomnieć nie mniej znaną prawdę: „Często zacho­wujemy się jak kontrolerzy łaski, a nie jak ci, którzy ją przekazują. Kościół jednak nie jest urzędem celnym, jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem” (47). „Kiedy przepowiadanie jest wierne Ewangelii, wyraźnie widać centralny charakter niektórych prawd i staje się jasne, że chrześcijańskie przepowiadanie moral­ne nie jest stoicką etyką; jest czymś więcej niż jakąś ascezą, nie jest zwykłą filozofią praktyczną ani katalogiem grzechów i błędów. Ewangelia zaprasza przede wszystkim, byśmy odpowiedzieli Bogu, który nas kocha i nas zbawia, rozpoznając Go w innych i wychodząc poza samych siebie, by szukać dobra wszystkich” (39).

Nie od dzisiaj wiadomo, że papieskie nauczanie Franciszka – być może między innymi ze względu na jego prostotę i dosadność, o których wspominałem poprzednio – „przeciągane” jest na różne strony. W zależności od preferencji własnych jego słuchaczy i czytelników, jedni widzą w obecnym Papieżu światopoglądowego liberała, inni takiegoż konserwatystę lub tym podobnych. I pewnie większość wypowiada się przy tym w – po swojemu rozumianej – „trosce o Kościół”. Nie wykluczam więc, że i to, co powyżej zebrałem, może zostać odczytane w podobnie subiektywnym lub interesownym duchu. Jednak niewiele mnie to interesuje. Podzieliłem się tu bowiem tylko własną lekturą i własnymi do niej komentarzami, będąc przekonanym, że i bez mojej „troski” Kościół sobie poradzi.

[Wojciech E. Zieliński, Zapach owiec, "Na Rozstajach", 2016, nr 10 (295), s. 12.]

Zob. także:

https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/10/czytanie-franciszka.html

https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/12/po-linii-ewangelicznego-rozeznania.html

sobota, 5 listopada 2016

sobota, 8 października 2016

Czytanie Franciszka

Lipcową wizytę papieża Franciszka i Światowe Dni Młodzieży w Polsce śledziłem tylko okazjonalnie, stosunkowo rzadko i tylko fragmentarycznie słysząc słowa Ojca Świętego. Te usłyszane fragmenty wystarczyły jednak, bym nabrał przekonania o potrzebie – gdy tylko zajdzie taka możliwość – wysłuchania całości nauczania Papieża. Tym, co mogłem zrobić bez zwłoki i większego trudu, była oczywiście lektura. Sięgnąłem po Adhortację apostolską Evangelii gaudium – O głoszeniu Ewangelii we współczesnym świecie – ogłoszoną przez Franciszka w pierwszym roku jego pontyfikatu, na zakończenie Roku Wiary, 24 listopada 2013 r. Po paru stronach czytania, postanowiłem potraktować tekst jako materiał do refleksji, którymi podzielę się również na łamach „Na Rozstajach”. W toku dalszej lektury zacząłem jednak …nabierać wątpliwości, co do możliwości wykonania tego zadania. Dawno bowiem nie czytałem papieskiego dokumentu napisanego tak prostym językiem i tak dosadnego w treści. Powodem wspomnianych wątpliwości nie była jednak ani owa prostota, ani dosadność wypowiedzi Franciszka, ale skala uwag, które wydały mi się niezmiernie ważne – w przeczytanej adhortacji zaznaczyłem wiele, także bardzo długich fragmentów tekstu. Z oczywistych zatem względów objętościowych, tu mogę przywołać tylko niektóre uwagi Papieża.

Cały dokument, opatrzony licznymi przypisami, składa się z pięciu rozdziałów. Poniżej nawiązuję tylko do jego części wstępnej, w której Franciszek inicjuje namysł nad przekazem wiary i radością ewangelizowania, zdolną odnawiać się i udzielać innym. Jeśli okoliczności pozwolą, o ciągu dalszym napiszę w kolejnym numerze „Na Rozstajach”. Moje uwagi należy jednak, jak zwykle, traktować z dystansem. Nie stanowią one ani systematycznego przeglądu treści papieskiego dokumentu, ani jego formalnej wykładni. Na pierwszy szkoda mi czasu – wolę raczej tą drogą zachęcić Czytelników do samodzielnej lektury adhortacji – a do drugiej nie mam tytułu. Zatem poniższe, to tylko notatki czytającego chrześcijanina (w nawiasach podaję numery poszczególnych fragmentów papieskiego tekstu, do których bezpośrednio lub pośrednio tu nawiązuję).

Evangelii gaudium jest skierowanym do chrześcijan zaproszeniem do rozpoczęcia nowego etapu ewangelizacji (1). Powinna to być ewangelizacja (w) radości, będąca chrześcijańską odpowiedzią na głęboki smutek współczesnego człowieka, skrywający się pod fasadą jego zadowolenia z permanentnej konsumpcji, a związany z egoistycznym przyzwyczajeniem do wygody życia i ciągłym staraniem o jej utrzymanie za wszelką cenę. Pisze przy tym Franciszek, że „kiedy życie wewnętrzne zamyka się we własnych interesach, nie ma już miejsca dla innych, nie liczą się ubodzy, nie słucha się już więcej głosu Bożego, nie doświadcza się słodkiej radości z Jego miłości, zanika entuzjazm czynienia dobra” (2).

Radość wiary, której tak bardzo dzisiaj potrzeba – między innymi w odpowiedzi na wspomnianą rachityczną wesołkowatość bezkrytycznej konsumpcji – jest ową tajemniczą, ale mocną ufnością, doświadczaną nawet pośród najgorszej udręki. Istnienia tej ufnej radości, będącej czymś niezrozumiałym dla pogan, dowiodło życie wielu chrześcijan w toku minionych wieków i dowodzi życie wielu współczesnych. Paradoksalnie jednak tym, co ją dzisiaj nieraz zasłania, jest postawa samych chrześcijan – tych, „którzy zdają się żyć Wielkim Postem bez Wielkanocy” (6). Właściwą miarę i formę ludzkiemu życiu daje wszak wewnętrzna pogoda! – ta zaś, jak i życie samo, umacnia się i „zaraża” innych, gdy jest przekazywana, a słabnie „w izolacji i pośród wygód” (por. 10). I dotyczy to tak poszczególnych osób, jak i tworzonych przez nie społecznych całości; także Kościoła, który – co podkreśla Franciszek – „nie rośnie przez prozelityzm, ale przez przyciąganie”. Przyciąga zaś Ewangelia głoszona z radością! (14, wraz z przypisem).

Urzekająca jest konsekwencja Papieża w dzieleniu się radością wiary i swobodą, jaką daje ta radość. Przewija się to w całej adhortacji, ale w części wstępnej zyskuje rangę deklaracji programowej. Ojciec Święty pisze bowiem następująco: „Nie uważam […], że należy ocze­kiwać od papieskiego nauczania definitywnego lub wyczerpującego słowa na temat wszystkich spraw dotyczących Kościoła i świata. Nie jest stosowne, żeby Papież zastępował lokalne episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich tery­toriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej «decentralizacji»” (16). Te słowa Franciszka przywodzą mi na myśl zdanie napisane niegdyś przez Stanisława Jerzego Leca: „Trzeba tak pomnożyć ilość myśli, by nie starczyło dla nich dozorców”. I wzmagają przekonanie, że radość wiary czerpie także ze swobody myślenia.


[Wojciech E. Zieliński, Czytanie Franciszka, "Na Rozstajach", 2016, nr 9 (294), s. 12.]

https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/11/zapach-owiec.html

https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/12/po-linii-ewangelicznego-rozeznania.html

niedziela, 25 września 2016

Wiara zachowuje zawsze

pewien aspekt krzyża, pewne ciemności, które nie podważają stanowczo­ści w przylgnięciu do niej. Są takie rzeczy, które można zrozumieć i docenić, wychodząc jedynie od tego przylgnięcia, które jest siostrą miłości, niezależnie od jasności, z jaką można dostrzec racje i argu­menty. (Franciszek)

poniedziałek, 12 września 2016

sobota, 27 sierpnia 2016

Zapiski pokonkursowe

W sobotę 14 maja 2016 r. w Ratuszu Głównego Miasta w Gdańsku miałem przyjemność i zaszczyt przewodniczyć komisji finałowej XII Edycji Konkursu Papieskiego 2016. Tytuł edycji –„Moje Westerplatte” – nawiązywał do słów św. Jana Pawła II, wypowiedzianych 12 czerwca 1987 r. w homilii na Westerplatte. Wówczas Papież mówił:

„Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych”.

Konkurs Papieski – informuje Organizator na stronie internetowej (http://konkurspapieski.pl/) – „to największy w Polsce konkurs dotyczący wiedzy o życiu i nauczaniu Jana Pawła II. Projekt ten realizowany przez Instytut Tertio Milennio od przeszło 12 lat, z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością wśród młodzieży. Głównym celem tej inicjatywy jest rozpowszechnianie bogactwa myśli i czynu papieża Jana Pawła II wśród młodzieży szkół ponadgimnazjalnych. Konkurs Papieski kształtuje twórcze myślenie, stwarza możliwość skonfrontowania własnych przekonań z przesłaniem papieża Polaka. Jest więc zaproszeniem do rozpoczęcia głębszych studiów nad myślą Jana Pawła II oraz pogłębiania wiedzy z zakresu katolickiej nauki społecznej”.

Do finału w regionie gdańskim zakwalifikowało się pięć osób – uczniów z Działdowa, Pelplina, Starogardu Gdańskiego i Gdańska. Ich ostatnim konkursowym zadaniem była obrona esejów, napisanych na jeden z wybranych tematów. Troje autorów odpowiadało na pytanie Czym w swej istocie – według Jana Pawła II – jest ojcostwo?, dwoje zaś – na pytanie Jaki – według Jana Pawła II – jest sens ludzkiego cierpienia? Poniżej zamieszczam parę uwag wypisanych z prac finalistów.

„Ogromną wartość ma doświadczenie cierpienia ofiarowanego za drugiego człowieka. W szpitalach, domach opieki i hospicjach nieraz marnuje się tak wiele łask, które mogłyby zasilić skarbiec Kościoła. Wielu ludzi cierpiąc złorzeczy i przeklina, a krzyż dźwigany z Chrystusem jest lżejszy. Są też matki, które niewypowiedziany ból rodzenia ofiarowują w intencji przychodzącego na świat dziecka. […] Podkreślając niewinność Hioba i zdanie się na wolę Boga, Karol Wojtyła dodawał swoim współczesnym otuchy i nadziei, że Bóg, dopuszczając zło jako konsekwencję wolnej woli człowieka, jest zawsze obecny w jego cierpieniu i nie pozostawia w samotności” (Paweł Wiecki). „Bólu i cierpienia nie można zdefiniować i określić, ponieważ każdy człowiek cierpi inaczej. Na świecie cierpienie i ból towarzyszą ludziom od zawsze i choć człowiek jest świadomy, że taki stan przybliża go do Boga, to z ludzkiego punktu widzenia jest przerażający. […] Powinniśmy przypatrywać się cierpiącemu Chrystusowi i uczyć się od niego pokory i cichości. […] Sensu ludzkiego cierpienia nie zrozumiemy do końca, jeżeli nie oddamy się całkowicie Bożej miłości i nie odnajdziemy jego źródła w Krzyżu Chrystusa” (Angelika Żmijewska).

„W adhortacji Familiaris consortio Jan Paweł II podkreśla, że «miejsce i zadania ojca w rodzinie i dla rodziny mają wagę jedyną i niezastąpioną». Do tych słów ośmieliłbym się dodać twierdzenie: aby uzdrowić współczesną rodzinę, zwłaszcza rodzinę polską, trzeba przywrócić autorytet ojca w rodzinie. Brak autorytetu utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia mężczyźnie spełnienie jego roli jako męża i ojca, a przede wszystkim przekreśla funkcję wychowawczą ojca wobec dzieci. Jest to jedna z podstawowych przyczyn utraty tożsamości przez współczesnego mężczyznę” (Jerzy Dziemiński). „Konkludując, […]. Po pierwsze, za przykładem św. Józefa, ojcowie powinni złożyć z siebie bezinteresowny dar, ofiarować dzieciom swe życie oraz pracę, a także zadbać o ich bezpieczeństwo. Po drugie, muszą oni przykładem swojego życia, nauczyć dzieci podstawowych wartości i miłości do Pana Boga. W końcu po trzecie, ale i najważniejsze: ojcowie zobowiązani są do obdarowywania swego potomstwa miłością, która (tak jak wszystko) pochodzi od Boga. Krótko, ale też mniej serio mówiąc, każdy tata powinien zrobić wszystko, aby pewnego dnia nie dostać od swojej żony SMS-a o tej samej treści, co ojciec z pewnego dowcipu: «Odbierz dziecko z przedszkola. Ono samo Cię rozpozna»” (Katarzyna Lewicka).

Zwyciężczynią Konkursu w regionie Gdańskim została Justyna Kubat, która swój esej rozpoczęła słowami: „Ojcostwo. W czasach, w których obecnie żyjemy, to słowo najczęściej pojawia się w kontekście przeprowadzania testów DNA mających na celu ustalenie, czy wskazany przez kobietę mężczyzna jest rodzicem danego dziecka”…

[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe, "Na Rozstajach", 2016, nr 7-8 (293), s. 12.]


Relacje prasowe:

http://gdansk.gosc.pl/doc/3155640.Specjalisci-od-papieza-Polaka

http://gdansk.gosc.pl/gal/pokaz/3155837.Final-XII-Konkursu-Papieskiego-w-Gdansku

poniedziałek, 25 lipca 2016

Z mojego listu do Dobrosława (3)

Szczegółów nie znając, nie będę wiele mędrkował. W każdym razie sam niejednokrotnie zauważyłem, że na samodzielność najmniej pozwalają ci, którzy własnej samodzielności nie wywalczyli/obronili (mam znajomego profesora, który kiedyś regularnie przesyłał mi swoje teksty przed ich publikacją z prośbą o ew. uwagi itp.; wiele razy pisałem mu pytanie: ‘co tu jest Twojego?’; nigdy nie dostałem odp.) – za to po uzyskaniu stopni/tytułów chętnie recenzują innych, chcących wejść/utrzymać się/awansować itp. w systemie nauki. Oczywiście dzięki temu skutecznie reprodukuje się systemu struktura.

Piszesz: “Zawsze uważałem, że uniwersytet to miejsce, gdzie używając argumentów mogę wyrażać swoje zdanie i sprzeczać się z innymi na poziomie merytorycznym i wyrażać to, co myślę”. Oczywiście tak być powinno, ale w praktyce nierzadko dominuje raczej taka zależność: http://wojciechzielinski.blogspot.com/2014/05/niewolnik-ma-jednego-pana.html – stąd bierze się więcej prze/milczenia niż dyskutowania.

Przy czym tu jeszcze jedno, chyba istotne zastrzeżenie dot. tego fragmentu Twojego listu: „w jednym punkcie zostało mi zarzucone, iż tekst jest za bardzo zaangażowany, deklaratywny – inaczej ujmując – za dużo własnego zdania”. Otóż, o ile tego wprost nie wyrażono, wniosek może być wynikiem Twojej nadinterpretacji twierdzenia, że „tekst jest za bardzo zaangażowany, deklaratywny”. Może chodziło tu jedynie o Hume’owsko/Weberowską Wertfreiheit i konstytutywną dla socjologii konieczność trzymania się empirii, o której pisał chociażby Ossowski…
[…]
…jeszcze tylko to: „Trochę we mnie zaszczepiłeś to, żeby myśleć po swojemu i wyrażać zgodne z własnym sumieniem zdania, które można argumentować tymi «starszymi, mądrzejszymi» naukowcami/humanistami” – ze swojej strony podtrzymuję przekonanie o słuszności/zasadności/powinności takiej postawy, ale obawiam się, że dla różnych współczesnych to są manowce; tymczasem również od takich ludzi będzie zależała Twoja sytuacja na różnych polach, więc …będziesz musiał wybierać.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Gdyby ktoś mnie zapytał (5)

o powody mojej "nieobecności w środowisku", odpowiedziałbym następująco:

Nie ukrywam tego, co robię - czego dowodem jest chociażby moja pisanina w niniejszym blogu i wskazane na jego podstronach przejawy aktywności - ale nie mam zwyczaju dopraszania się zainteresowania tym u innych (choć, kto wie, czy owi inni też tak to odbierają). Zatem, gdy z ich strony z zainteresowaniem się nie spotykam, zwyczajnie robię swoje, a jednocześnie "nie zgłaszam się", "nie występuję", "nie rejestruję", "nie bywam"… I już nie doświadczam tego jako straty - przypuszczam, że z wzajemnością.

środa, 22 czerwca 2016

Z mojego listu do Dyrekcji

Pozwólcie, że – nie oczekując już zwrotnej korespondencji, by nie mnożyć jej ponad miarę – jeszcze parę słów zbiorczo napiszę w nawiązaniu do Waszych odpowiedzi na list dot. mojej dalszej pracy itp.

Przede wszystkim bardzo dziękuję za dobre słowa i życzenia pomyślności!, a odpisując bardziej konkretnie, posłużę się na wstępie cytatem jednego z otrzymanych listów. Czytam oto: “Wiem, że masz inne zdanie, ale kierując się roztropnością powinieneś rzucić dyrektorstwo i pisać to, czego się pisać nie chce, a powinno”.


Otóż, u mnie i z mojej perspektywy to nieco inaczej wygląda:

(1) mnie się ciągle chce pisać, ale (a) czasu i spokoju w głowie wystarcza mi na ledwie krótkie formy, (b) być może pisać wcale nie powinienem, skoro moje pisanie albo innym jest obojętne, albo ciągle komuś jakoś zawadza (zob. https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/05/pisze-wprawdzie-nie-to.html); tymczasem grzeczne, bezkonfliktowe pisanie na wyższy stopień mnie nie interesuje

(2) co do wicedyrektorstwa pozwólcie, że znowu zacytuję moje podanie: “traktuję to, jako służbę publiczną w zakresie swoich kompetencji, zwłaszcza przy rozwiązywaniu sytuacji problemowych, jakie stają się udziałem podopiecznych studentów i jakie niejednokrotnie zachodzą między studentami i wykładowcami; czerpię satysfakcję między innymi z tego, że większość tych sytuacji udaje mi się pozytywnie rozwiązać, co tok kształcenia w moim Instytucie czyni możliwie płynnym i efektywnym; bardzo dobry kontakt ze studentami i chyba nie gorszy ze współpracownikami, traktuję, jako społeczny sprawdzian jakości pracy wykonywanej przeze mnie w opisanym zakresie”

(3) trudno mi to wytłumaczyć, a w naukowym środowisku brzmieć to może wręcz ‘obrazoburczo’, ale uważam, że Pana Boga trzeba się słuchać bardziej niż ludzi, także na uniwersytecie i także w odniesieniu do takich decyzji i ryzyk, jakie muszę podejmować – nie jestem więc łatwy we współżyciu i mam tego świadomość; przy czym, powyższe oczywiście nie znaczy, że słyszę głosy typu ‘to jest mój wicedyr. umiłowany’ itp. :)

(4) w związku z powyższym, czuję się zobowiązany wobec konkretnych ludzi i płacę za to rachunki, a firma, cóż, udziela mi – dotychczas najdłuższej w moim życiu – lekcji szeroko pojętej nie/moralności (zob. np. http://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/01/jakie-zudzenie-sprawia-ze-to.html), więc choćby z tego względu warto w niej, póki można, pracować, by móc nadal się uczyć :)

(5) i uważam to za podejście roztropne, zaś tytułowani cwaniacy tudzież frustraci, których nierzadko spotykam, w żadnym stopniu mi nie imponują, więc też nie ciągnie mnie do ich towarzystwa.


I już podsumowując:

(I) wbrew ew. pozorom, to czego doświadczam, coraz bardziej pozytywnie mnie nastraja, bo czuję się wewnętrznie coraz lżejszy (zresztą i zewnętrznie, fizycznie też jestem coraz :) ), a przywiązanie do dóbr tego świata w ostatecznym rozrachunku chyba nie jest korzystne

(II) ze swojej strony zrobię, co będzie możliwe, ale tak, jak to kiedyś ujął Marek Grechuta: “Z mojego punktu widzenia prawdziwa kariera nie może być zawrotna. Jeżeli coś ma się dziać szybko, to i szybko się kończy. Aby coś stało się sztuką, musi być dopracowane, przemyślane i obudowane swoistym światłem”.

Amen

I pozdrowienia nieustające! :)

sobota, 18 czerwca 2016

Tekst, który się nie ukazał

Poniżej zamieszczam tekst, na którego publikację w "Na Rozstajach" - mimo przychylności Redakcji - nie zgodził się kościelny opiekun pisma. 



Przodem do elit

Śp. Abpa Tadeusza Gocłowskiego zapamiętałem niejednoznacznie, co zapewne znaczy: zwyczajnie. Choć przy rozmaitych okazjach widywałem go bezpośrednio, to bodajże chyba tylko dwukrotnie miałem sposobność zamienić z nim kilka słów. Obydwa te spotkania były ledwie epizodyczne.

Jedno miało miejsce w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, gdy w ramach ówczesnych swoich aktywności byłem zaangażowany w prace II Polskiego Synodu Plenarnego, na poziomie lokalnego zespołu synodalnego. Wychodząc z jakiegoś spotkania, które wówczas odbywało się w gdańskiej Kurii, poklepany po ramieniu przez biskupa Tadeusza usłyszałem słowa zachęty do pracy i zapewnienie, że właśnie młodych ludzi Kościołowi potrzeba. Nie pamiętam, co konkretnie wówczas odpowiedziałem, ale wiem, że była to odpowiedź tylko kurtuazyjna – nabierałem bowiem coraz wyraźniejszego przekonania, że władze kościelne, owszem, potrzebują ludzi świeckich chętnych do pracy, ale pod warunkiem, że ci ostatni znają swoje miejsce w szeregu i posłusznie wykonują powierzone zadania. Tymczasem posłuszeństwo, zwłaszcza w myśleniu, nigdy nie było moją mocną stroną.

Drugie, osobiste spotkanie z Metropolitą miało miejsce kilkanaście lat później, gdy moi rodzice, wespół z innymi podobnymi parami, obchodzili 40. rocznicę ślubu. Po wyjściu z kościoła robiliśmy sobie pamiątkowe, rodzinne zdjęcie i oto nagle …podbiegł do nas Ksiądz Arcybiskup, wcześniej celebrujący Mszę św., a teraz chcący znaleźć się również na zdjęciu. Tu już nie było kurtuazji, tylko zwykła ludzka serdeczność, wymiana paru ciepłych słów i dobrych życzeń, oraz radość z tak nieoczekiwanego bezpośredniego zetknięcia, zwieńczonego wspólną fotografią. Gdy zatem dzisiaj słyszę rozmaite osoby wspominające wielką życzliwość abpa Gocłowskiego, okazywaną w bezpośrednich relacjach z ludźmi, chyba wiem o czym mowa.

Jest jednak druga strona rzeczonej pamięci.

W nocie okolicznościowej, zamieszczonej na internetowej stronie Archidiecezji Gdańskiej, czytam między innymi, że Arcybiskup Tadeusz Gocłowski „postanowieniem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z 9 listopada 2011 roku został odznaczony Orderem Orła Białego. W 2006 roku otrzymał Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2003 r. został laureatem Medalu Świętego Brata Alberta. W 2008 r. otrzymał Honorowe Wyróżnienie za Zasługi dla Województwa Pomorskiego. […] Przez lata swojej posługi, jako kapłan i biskup, wniósł ogromny wkład w formację intelektualną oraz duchową wielu kapłanów i ludzi świeckich. Niestrudzenie i z wielkim oddaniem służył wiernym najpierw Diecezji, a później Archidiecezji Gdańskiej. Dbał o kontakt ze światem nauki, kultury i środowiskami twórczymi, był opiekunem wielu ważnych inicjatyw społecznych. Jako Arcybiskup Emeryt, do ostatnich chwil pełnił posługę pasterską w Archidiecezji Gdańskiej”… I czytając powyższe przychodzi mi na myśl już nie ten prywatnie życzliwy człowiek, ale kościelny hierarcha, postać publiczna, bardzo ważna osoba, VIP.

We wspomnieniu odżywa jakaś nuta pretensji. O co? O moim zdaniem wyraźne opowiedzenie się Metropolity w przestrzeni publicznej po stronie elit, niewyraźne zaś po stronie krytycznego wobec nich społeczeństwa. Może czegoś w Ewangelii lub innych częściach Pisma Świętego nie doczytałem, ale jakoś nie przypominam sobie Chrystusa brylującego po współczesnych Mu salonach władzy… A ponieważ bliskie mi jest przekonanie, że elity w praktyce nigdy nie można odróżnić od kliki (Karl R. Popper), oczekiwałbym od kościelnego hierarchy, który chce pozostać człowiekiem bożym, dużego dystansu wobec osób i środowisk, chętnie korzystających zarówno z własnej elitarności, jak i ze znajomości z takim właśnie hierarchą. Do tego jednak potrzeba dużej pokory wobec prostomyślności maluczkich i swoistej odporności na pokusy bycia hołubionym przez podmioty wpływowe.

Nie wykluczam wszelako, że to moje wspomnienie Metropolity VIP-a jest mocno skrzywione przez oddziaływanie lokalnych mediów, chętnie podkreślających swe opiniotwórcze walory. (A jeśli tak, z tym większym dystansem należy traktować poczynione tutaj uwagi). W minionych latach niejednokrotnie bowiem odnosiłem wrażenie, że niektórzy dziennikarze tych mediów, występują w dziwacznej roli rzeczników lokalnej władzy – przeciw, swoją drogą słabej wobec niej, opozycji – szczycąc się przy tym duchowym patronatem lokalnego biskupa. Mam nadzieję, że to fatalne wrażenie pomieszania ról podmiotów wpływowych i zawłaszczenia wizerunku kościelnego hierarchy jest jednak bezprzedmiotowe.

wtorek, 31 maja 2016

poniedziałek, 30 maja 2016

piątek, 27 maja 2016

O wierze chrześcijan

Do przeczytania tej niewielkiej książeczki – Carlo Maria Martini, Bóg ukryty. Medytacje o całunie, przeł. J. Zychowicz, Kraków 2013 – zachęciła mnie córka. Było to już ponad rok temu, jednak do systematycznej lektury usiadłem dopiero stosunkowo niedawno, w okresie Świąt Wielkanocnych. Praca niewielkiego formatu liczy niecałe 80 stron tekstu. W części początkowej znajduje się przedmowa oraz krótkie, modlitewne rozważanie Raniero Cantalamessy OFMCap, w części końcowej zaś – fragmenty pism mistyków karmelitańskich: św. Jana od Krzyża, św. Teresy od Dzieciątka Jezus i bł. Elżbiety od Trójcy Świętej. Część zasadniczą stanowi tytułowe rozważanie autorstwa włoskiego jezuity, arcybiskupa Mediolanu (w latach 1979-2002) i kardynała, zmarłego w roku 2012.

Zainteresowanych zachęcam, by Medytacje przestudiowali po swojemu. W moim przypadku, jak zwykle, lekturze towarzyszyło zaznaczanie wybranych fragmentów, jako szczególnie – moim zdaniem lub dla mnie – istotnych. Uwagi zamieszczone poniżej są nawiązaniem do niektórych zaznaczeń – nie zdają sprawy z treści całej książki, którą rozpatrywać można przecież pod wieloma kątami, lecz koncentrują się na wybranym jej wątku. Wątek ów można ująć w postaci pytania: Co potrafią chrześcijanie – a czego być może nie potrafią inni – chociażby, gdy idzie o ich doświadczanie życia w nieraz nieprzyjaznym świecie i o ich wewnętrzne przeżywanie wiary?

Lektura Medytacji pozwala przypomnieć, że chrześcijanie potrafią kierować się w życiu światłem wiary i głosem serca wolnego od egoizmu; kontemplują przy tym Boga, którego drogi bywają nieodgadnione, lecz którego świat jest w swej istocie niedostępny dla zła. Szukając Boga przez wiarę i miłość, potrafią korzystać z posiadania dóbr niższego rzędu, lecz traktują je zawsze ze stosownym dystansem.

Chrześcijanie potrafią znosić niesprawiedliwość w dążeniu do sprawiedliwości – także w obliczu przeciwności losu i złej woli bliźnich potrafią trwać w wierze i zaufaniu, jakby na własne oczy widzieli Niewidzialnego (por. Hbr 11, 27), i nieraz tym bardziej wierzą w moc Bożej miłości, im bardziej są przez życie i ludzi doświadczani. Potrafią „przeżywać każde doświadczenie, w tym także doświadczenie cierpienia i skrajnej bezsilności, z wiarą w to, że miłosierna miłość Boga zwycięża wszelkie ubóstwo, wszelkie ograniczenia, wszelką pokusę rozpaczy”. Będąc nieraz wzgardzonymi i odepchniętymi przez ludzi, i wyglądając na zdeptanych i chłostanych przez samego Boga, potrafią przebaczać swoim oprawcom i obojętnym widzom swych cierpień. Wierzą mocy Bożej kryjącej się też w bezbronności.

Charakterystyczna dla chrześcijan cichość i pokora serca, oraz akceptacja krzyża tak w codziennym życiu, jak i w jego egzystencjalnej całości – bywają nieznośne dla innych, pragnących bieżącej chwały i doczesnego powodzenia wśród ludzi. Bóg zdaje się wówczas jakby na przekór ukrywać. To ukrycie Boga nie oznacza jednak Jego nieobecności. Chrześcijanie wszak wiedzą, że Bóg przemawia także twarzą człowieka naznaczoną łzami i cierpieniem, i że kryje się nieraz pod osłoną uniżenia, upokorzenia i klęski. Swoista „dialektyka ukrycia i objawienia się, niepokoju i ufności, lęku przed śmiercią i radości ze zmartwychwstania” znamionuje całą drogę życia człowieka wierzącego.

Chrześcijanie swoim życiem potrafią świadczyć o Tym, „którego torturowano i zamęczono na śmierć”, gdy własne życie za bliźnich oddawał z miłości. Czyniąc Chrystusa zasadą własnego życia, rozumienia jego sensu i relacji z innymi, potrafią kierować się bezinteresownością, która daje pierwszeństwo miłości i przebaczeniu w relacjach z bliźnimi. I także wówczas, gdy nie czerpią pociechy z wiary, potrafią przecież spełniać jej uczynki – potrafią używać poświęcenia i miłości do pokonywania barier stawianych czynieniu dobra w świecie, w którym przyszło im żyć.

Jednak niejednokrotnie doświadczeniem chrześcijan staje się w ich wierze także przeżywanie ciemności, które wręcz zdają się z ich życia szydzić. Przebyć wówczas samotnie mroczny tunel wiary, aby zobaczyć, czym są jego czernie, to zadanie, którego wykonania chyba uniknąć nie sposób.

[Wojciech E. Zieliński, O wierze chrześcijan, "Na Rozstajach", 2016, nr 5 (291), s. 6.]

Zobacz także: Z Listu do Diogneta.

poniedziałek, 23 maja 2016

Kiedy mamy dwa złe wyjścia, trzeba

szukać trzeciego. Ten świat jest Boży i nie ma w nim sytuacji bez dobrego wyjścia. Owszem, nieraz jest to wyjście trudne, ale na pewno opłaca się go szukać. (Verbinum, komentarz do Mk 10, 1-12)

czwartek, 12 maja 2016

Co począć, gdy rzetelna praca

nie przynosi oczekiwanego powodzenia? Czy, jak niektórzy, wypraszać je na kolanach? Czy, jak inni, rozpychać się łokciami? Wszak pozycja kolanowo-łokciowa już niejedną zapewniła karierę…

wtorek, 26 kwietnia 2016

Samotność pacjenta… i lekarza

W dwunastym tomie „Filozofii Chrześcijańskiej” (2015), piśmie wydawanym przez Wydział Teologiczny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, opublikowano artykuł Macieja L. Rewakowicza zatytułowany Samotność pacjenta i lekarza wobec decyzji o leczeniu inwazyjnym w chirurgii. Autorem jest doświadczony chirurg, zarazem alpinista i wielki erudyta, z którym przy okazji konferencji miałem przyjemność kilkakrotnie rozmawiać.

O czym jest to artykuł? Tytuł wiele mówi, zwłaszcza w zestawieniu z szyldem całości tomu: Osoba i samotność. Między codziennością a mistyką. Zatem, samotność – rozpatrywana w kategoriach filozoficznych, w zestawieniu z prozą codziennego jej doświadczania. M.L. Rewakowicz pisze: „Gdyby samotność miała należeć jedynie do gier językowych, byłaby najczęściej rozpoznawana u osób zadowalających się namiastkami i wirtualnymi formami uczestnictwa. Tymczasem postrzegamy coś przeciwnego. Im silniejsza osobowość, większy zakres indywidualnej odpowiedzialności i bardziej autentyczne życie, tym wyraźniej rysuje się możliwość samotności. Osoby takie muszą, z konieczności, uczyć się pogodnego jej dźwigania, aby zachować szczególną pozycję w społeczeństwie wraz z radością istnienia”.

Pogodne dźwiganie samotności to sztuka nie lada, ale bywa, że innego dobrego wyjścia nie ma. Nie dziwota więc, że warto i że trzeba się jej uczyć. A nieraz dobrych lekcji nieświadomie udzielają ci, na których nie zwracało się uwagi, gdy samotność nie doskwierała. Cennych pouczeń dostarcza też obserwacja i analiza sytuacji w jakimś sensie szczególnych, choćby takich jak te opisane w przywołanym artykule. Tu kluczowymi aktorami dramatu są pacjent i jego lekarz. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że położenie pacjenta z definicji jest gorsze. Czy jednak jest tak pod każdym względem, a zwłaszcza pod względem interesującego nas tutaj doświadczania i przeżywania samotności? Przyjrzyjmy się kolejno obydwu postaciom.

„Samotność pacjentów – pisze Rewakowicz – jest z pewnością nierzadko bardzo gorzka; może ją nieco złagodzić opiekuńcza postawa pielęgniarek i lekarzy. Są dla niektórych pacjentów jedynymi osobami, które czynami dowodzą swej życzliwości”. Jednak poczucie samotności nieuchronnie wzmaga się wówczas, gdy przed pacjentem staje konieczność podjęcia decyzji, co do ewentualnej zgody na ryzykowny zabieg. „W czasie gdy chirurg przedstawia pacjentowi rozpoznanie i plan leczenia, pacjent nie nabywa żadnych kompetencji w dziedzinie chirurgii; jest wówczas zajęty badaniem… lekarza. Najważniejsze bowiem dla pacjenta jest to, czy może chirurgowi zaufać”. A o zaufanie niełatwo; „zranione przez innych, regeneruje się znacznie wolniej niż uszkodzony nerw obwodowy”. Pacjent wie przecież doskonale, że lekarze są różni; podejrzewa, że niektórzy traktują swój zawód bez szczególnego poczucia jego wyjątkowości, bez gotowości ryzykowania karierą i zdrowiem dla ratowania życia pacjenta. Tymczasem oczekiwanie ofiarnego działania z ich strony opiera na przeświadczeniu, że relacja lekarz – pacjent ma charakter nie tylko medyczny. Moralna jej strona jawi mu się, jako nie mniej istotna. W konkretnej sytuacji nie ma jednak pewności, czy to przeświadczenie jest obustronne. „Dzisiaj – podkreśla Rewakowicz, cytując przy tym innego autora – «Pacjent po prostu nie wie, jaka jest postawa lekarza wobec życia i śmierci, jakie jest jego wyobrażenie dobra i zła. Bez zaufania pacjenta praca lekarza staje się jednak zupełnie nie do pomyślenia»”.

Problem ma zatem drugą stronę. Autor przywołanego artykułu zauważa, że to, co względnie dobrze chroni pacjenta, a więc okazywana mu życzliwość i szacunek, „połączone z dużą wiedzą, silną osobowością i odwagą lekarza”, znacznie mniej chroni tego ostatniego. Wielu lekarzy ulega więc naciskom i modom. Czyżby uciekali w ten sposób przed samotnością? „Z moich obserwacji wynika – pisze Rewakowicz – że chirurg kierujący ostrym dyżurem nie może uniknąć samotności; musi uczyć się ją pogodnie znosić”. Ale i dla niego jest to sztuka niełatwa. „Po zebraniu wszystkich danych z badań i konsultacji chirurg musi w samotności podjąć decyzję i przedstawić ją pacjentowi. Nic tej samotności nie może złagodzić: poza własną wiedzą, doświadczeniem i jasnym systemem wartości. Wcale nie są rzadkie takie sytuacje, w których chirurg może uratować pacjenta tylko wówczas, gdy wybierze bardziej ryzykowną metodę. W razie niepowodzenia – straci pracę; jeśli pójdzie utartym szlakiem – pacjent zginie. Dlaczego naraża bezpieczeństwo własne i swojej rodziny? Trudno lekarzowi bezczynnie przyglądać się umieraniu pacjenta, jeżeli zna sposób jego uratowania”. Ryzyko samotności okazuje się nieuchronne.

[Wojciech E. Zieliński, Samotność pacjenta… i lekarza, "Na Rozstajach", 2016, nr 4 (290), s. 7.]

Zob. także: http://www.psychologia-spoleczna.pl/aktualnosci/2335-byc-lekarzem-i-przezyc.html

sobota, 9 kwietnia 2016

Zaśmiał się Filozof, gdy powiedziałem

że najciekawsze w jego wystąpieniu było wspomnienie pracy w ogrodzie. Dziś po Filozofie są już tylko wspomnienia, ale ogród pozostał.

poniedziałek, 21 marca 2016

Z korespondencji uczelnianej

Z Rektoratu UG otrzymałem list, wysłany do wielu adresatów, w którym napisano:

„W załączniku przekazuję zaproszenie Delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Akademickiego Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego na Ogólnopolską Pielgrzymkę Akademicką na Jasną Górę, która odbędzie się w dniach 22-24 kwietnia 2016 roku. Proszę o rozpowszechnienie powyższej informacji w środowisku akademickim w Państwa jednostce organizacyjnej”.

Wiadomość posłałem dalej, a po kilku dniach otrzymałem list od osoby pracującej na UG, w którym napisano:

„Szanowny Panie
Sprawy wyznaniowe są sprawą prywatną a nie instytucjonalną. Przykro mi, że rektor uniwersytetu tego nie rozumie. A jeszcze bardziej mi przykro, że nie rozumie tego Pan i wykorzystuje zawodowe kontakty do załatwiania prywatnych interesów w imię wspierania kolejnej ideologii, która z nauką nie ma nic wspólnego. Proszę wykreślić moje nazwisko z Pana listy adresowej”.

Adres usunąłem, informując o tym – bez komentarza – ww. osobę.

piątek, 11 marca 2016

Urywek z gazety parafialnej

myśl o ławkach, która przywodzi na myśl nasze małe, trwałe przyzwyczajenie do …siadania na brzegu. Ach, gdyby ławki miały tylko te swoje skrajne, przybrzeżne miejsca! Wprawdzie nie byłyby wówczas ławkami, ale o ile łatwiej byłoby na nich siadać. A tak, niektórzy z siadania rezygnują, niektórzy negocjują z tymi, co na brzegu usiedli i teraz sprawiają wrażenie bileterów, albo innych kontrolerów miejsc środkowych i tym podobnych. Jeszcze inni rozmaite podejmują działania, gdy wciąż miejsca w głębi pozostaje dostatek. A ile przy tym westchnień, postękiwań i dąsów. Samo życie – rzec można – w tym miejscu.

[Wojciech E. Zieliński, Małe bywa trwałe, "Na Rozstajach", 2016, nr 3 (289), s. 7.]

czwartek, 3 marca 2016

wtorek, 9 lutego 2016

Intuicjonizm etyczny

„kognitywistyczne, nonnaturalistyczne stanowisko zajmowane w (meta)etyce; podkreśla kluczową rolę wglądu wewnętrznego, intuicji moralnej – stanowiącej możliwą odmianę intuicji intelektualnej – 1) w procesie (roz)pozna(wa)nia dobra moralnego, norm i faktów moralnych; i 2) przy praktycznym dokonywaniu wyborów moralnych”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Intuicjonizm etyczny, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 136.

środa, 3 lutego 2016

Z mojego listu do Studenta (3)

Mimo że odpowiadam z opóźnieniem, to nadal nieprzygotowany... – ze spotkania nie poczyniłem chyba żadnych notatek (ale też uważam, że było inspirujące), zaś książkę dotychczas ledwie przejrzałem (równolegle poczytuję różne rzeczy, niestety czasowo najbardziej absorbują mnie papiery służbowe i prace studentów; szczęśliwie jedna ze studentek, która też uczestniczyła w spotkaniu, wzięła książkę AZ jako lekturę dodatk. do mojego przedmiotu, więc trochę porozmawialiśmy).

Co sądzę o koncepcji prof. Zybertowicza i o tezach zawartych w książce? Z ww. względów odpowiem tylko ogólnikowo (ew. więcej mogę napisać w odp. na bardziej skonkretyzowane pytania; o ile oczywiście będę potrafił). Uważam że są to sprawy warte uwagi i zastanowienia. Na spotkaniu prezentowane były nieco ‘marketingowo’, co w pewnym stopniu – ze względu na charakter spotkania – było zrozumiałe i uzasadnione. Dla pogłębienia wymagałyby raczej bardziej zdystansowanej, seminaryjnej formuły. Tymczasem ‘żartobliwe osobiste wycieczki’ AZ pod adresem TVN raczej temu nie sprzyjały – raczej dodawały ‘amunicji’ zwaśnionym stronom politycznego sporu o książkę, a zwłaszcza o jej (kluczowego w tym przypadku) autora. Ale podkreślę przy tym, że stopień stonowania spotkania i skupienia na meritum był większy niż się spodziewałem. I bardzo podobało mi się, że AZ nie podjął wątku spraw bieżących, o które chciał zapytać jeden z uczestników spotkania, i że sam pytający przyjął to ze zrozumieniem.

I teraz druga strona medalu. Szkoda, że powyższego nie zechcieli/nie mogli? zobaczyć i usłyszeć rozmaici nasi ważni socjologowie itp., kojarzący AZ tylko jako oszołoma związanego z PiSem, Radiem Maryja itp., którym z kolei nieskrywane przywiązanie do “Gazety Wyborczej” itp. w żadnej mierze poznawczego obiektywizmu nie zakłóca. Niestety, chyba sam jestem oszołomem, oczekując u nas – zamiast lukrowanych spotkań laurkowych – nieuprzedzonej dyskusji stron rozmaitych, wedle znanej formuły: ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy, skoro tymczasem mamy tu tylko ...uniwersytet.

środa, 27 stycznia 2016

Z mojego listu do Marii

Bardzo się cieszę, że znowu mamy kontakt! (odpisuję z opóźnieniem, bo od ponad tygodnia jestem w młynie zaliczeń – ustnych, pisemnych – sterty prac do sprawdzania itp.).

Zatem odnośnie spotkań z lekturą: jeśli tylko będziesz wewnętrznie jakoś gotowa – niezależnie od zewnętrznej gotowości tekstu itp. – proszę daj znać i proponuj temat i lekturę. Serdecznie Cię do tego zapraszam! [...] Nie chcę być namolny, ale proszę myśl o tym pozytywnie.

Teraz co do mojej hab. – nie/stety nic z tych rzeczy. Jestem uparty w robieniu tego wszystkiego po swojemu – niejako wbrew logice uczelnianej i ku ew. zdziwieniu innych. Kiedyś sobie napisałem: albo na moich zasadach, albo wcale. I robię swoje...

Bardziej konkretnie: w planach mam parę artykułów (o zaległych nie wspominając) oraz wydanie drugiego tomiku aforyzmów. Do większej książki żywię wręcz pewną niechęć – nie dlatego, bym nie chciał jej pisać, ale dlatego, że próbom jej dopełniania i wykańczania towarzyszy ciągła konieczność ‘odrywania się’ do innych obowiązków, zwł. do durnie rozdętej uczelnianej biurokracji. I jest tak, że przy książce siedzę ‘chwilę’, a potem uciekają mi tygodnie. I tak w kółko. Inna sprawa, że jako st. wykł. mam dużo dydaktyki [...]. Mniejszym formom to tak bardzo nie przeszkadza, a najmniejszym – aforystycznym – wręcz sprzyja.

Mimo wszystko, jestem zadowolony z tego, co i jak robię – tyle że dostaję ‘po głowie’ i zdrowiu, ale za to, nie odnosząc uczelnianych sukcesów, zachowuję paradoksalnie względnie przyjemną ‘lekkość bytu’ i niezależność od rozmaitych koterii.