poniedziałek, 19 marca 2018

Niewysokie loty pana Kuczoka

Pewnego styczniowego razu dowiedziałem się z telewizora, że niejaki Kuczok Wojciech bardzo się denerwuje, gdy Dawid Kubacki robi znak świętego krzyża przed narciarskim skokiem i że gestem takowym Dawid ów obraża ateistyczne uczucia wrażliwego Wojciecha…

Chyba nie mam dobrej pamięci do imion i nazwisk – zdaje się, że lepszą do twarzy – więc o ile profesję Kubackiego wywiodłem z usłyszanej informacji, o tyle zawodowe osadzenie Kuczoka musiałem sobie najzwyczajniej „wygooglać”. I tak oto przeczytałem w internetowej encyklopedii, że pan Kuczok jest to prozaik, poeta, scenarzysta, krytyk filmowy i speleolog, czyli pisząc prościej, grotołaz. Gnój, to tytuł jednej z jego książek.

Ponieważ telewizyjna informacja była dla mnie niejasna, ponownie sięgnąłem do internetu, by ze strony http://wyborcza.pl/7,154903,22866741,wojciech-kuczok-stoch-lat-niech-zyje-nam.html wyczytać całą przedmiotową wypowiedź rzeczonego prozaika (z 8 stycznia b.r.), a w niej między innymi te słowa:

„Kamila [Stocha – przyp. WEZ] stać na kolejny olimpijski dublet, ale mierzyć w niego precyzyjnie nie sposób, zawsze może się zdarzyć fuksiarz, którego wiatr poniesie jak na dywanie […]. Martwi mnie natomiast pobożność naszego pogromcy igielitu, co do którego wciąż żywimy uzasadnione nadzieje medalowe. Dawid Kubacki nie przestaje się żegnać przed skokiem. Żona [domyślam się, że mowa tu o pani Kuczokowej – przyp. WEZ] uznaje to za jeszcze jeden dowód na przewagę narciarstwa alpejskiego. Mówi, że nie byłoby problemu, gdyby miał kijki. Dalibóg, w żadną pracę z psychologiem nie uwierzę, dopóki to nerwowe «Wymię ojca…» będzie poprzedzało każdy dojazd do progu. Wygląda na to, że w przypadku skoczka z Nowego Targu wiara w Boga jest silniejsza od wiary w siebie. […]. Sportowcy manifestujący wiarę podczas transmitowanych zawodów obrażają moje uczucia ateistyczne, choć mniej mnie drażnią tacy, którzy po odniesionym sukcesie dziękują Bogu, niż ci, którzy wzywają go na pomoc przed startem. Skoczek, który pół roku temu miażdżył rywali jeszcze bezlitośniej, niż czyni to obecnie Kamil Stoch, nie powinien się zachowywać jak pan Zenek z aerofobią, który umiera ze strachu w kołującym aeroplanie. Mateczko Boska, jak się nie przeżegnam, to spadniemy. A przecież Bóg nie ogląda skoków narciarskich – od kiedy istnieje TV Trwam, nie przełącza na inne kanały”.

Myślę, że dla niejednego chrześcijanina takie iście marginesowe uwagi o religii i wierze mogłyby stać się pokusą do gwałtownych reakcji. Ale czy warto denerwować się publicystycznym nawozem? Jan Sztaudynger już dawno temu sformułował podpowiedź: „– Ekscelencjo, pozwól, że ci zejdziem z drogi – tak do gówna przy drodze powiedziały nogi”… Warto jednak wykorzystać zaistniałą sytuację, by pozytywnie i autorefleksyjnie choćby takie dwie kwestie rozważyć:

(1) Czy znak krzyża, który wykonuję po przebudzeniu lub przed jakimś podejmowanym działaniem jest aktem magicznym? Na niewiele zdałoby się takie machanie ręką, gdyby jako magii znak je traktować. A i nietraktowane w taki sposób w pewnym sensie samo przez się na niewiele się zdaje. Ale jeśli uznać, że dla czyniącego go jest ów znak krzyża wyrazem wyznawanej przynależności do Tego, kto dla świata sam dał się z drzewem krzyża zespolić, to myślę, że również dla niezacietrzewionego ateisty swoistym znakiem zapytania może stawać się to czynienie krzyżowego gestu, tak na narciarskiej skoczni, jak i w bardziej prozaicznych okolicznościach życia codziennego. Swego czasu zapisałem też (w tomiku pt. Aforystycznie, Kraków 2014) myśl, która wprawdzie z nieco innej strony, ale chyba to samo, co powyżej, przedstawia: Do klęczenia można człowieka zmusić, ale dopiero niewymuszone daje do myślenia

(2) Czy wierząc w Boga silniej niż w samego siebie, w czymś sobie samemu umniejszam? Muszę przyznać, że bez Kuczokowej prowokacji chyba nie przyszłaby mi do głowy poważna, pozytywna odpowiedź na takie pytanie. Jakże bowiem mógłbym skończonemu sobie ujmować czegoś poprzez próbę wiązania siebie z Absolutem? Ale słowa cytowanego wyżej felietonisty uświadamiają mi i takiej pozytywnej odpowiedzi możliwość. Ona pojawia się chyba wtedy, gdy pojmuje się Boga może na kształt jakiegoś „pluszaka”, który – jak ten stawiany niegdyś na maturalnym stoliku – w ostateczności czynić ma „cuda” w zastępstwie człowieka. Przyznać chyba znowu wypada, że poważne, racjonalne i chłodne podejście do tak budowanej relacji musi wskazywać na jej zabobonny charakter. A zabobon to zawsze akt wsteczny ludzkiego rozumu.

I na koniec jeszcze tyle tu dodam. Otóż, w jednym z komentarzy pod przywołanym felietonem, ktoś nie mniej niż pan Kuczok wrażliwy, napisał: „to żegnanie jest wybitnie żałosne. Ale to w sumie proste chłopaki ze wsi”… Te słowa przywiodły mi na myśl pewną nie mniej „żałosną” praktykę – pamiętaną z dzieciństwa, a teraz na powrót jakby częściej zauważaną. Otóż, gdy wykonuję jakieś prace przy wiejskiej posesji – ostatnio nie raz było to odśnieżanie – zdarza mi się z ulicy usłyszeć: Szczęść Boże! Tak pozdrawia mnie czasem przypadkowy przechodzień albo któryś z sąsiadów. Odpowiadam wówczas: Bóg zapłać! I co? Oczywiście nic szczególnego nie dzieje się z tego powodu – dalej robię swoje, a pozdrawiający idzie swoją drogą, i nie wyręcza nas Pan Bóg w tym naszym działaniu. Pozdrawiając się tak, przypominamy sobie jednak, że nie jesteśmy w tym działaniu sami. I nam, chrześcijanom, to zwykle wystarczy.

[Wojciech E. Zieliński, Niewysokie loty pana Kuczoka, "Na Rozstajach", 2018, nr 3 (311), s. 6.]

poniedziałek, 26 lutego 2018

wtorek, 13 lutego 2018

Z mojego listu do Dyplomowanych Filozofów (2)

…na wszelkie gdziekolwiek organizowane odczyty, konferencje itp. od dawna przychodzę bez jakichkolwiek oczekiwań, wobec czego nigdy nie wychodzę rozczarowany, a przy tym bardziej interesuje mnie to, co kto ma do powiedzenia – i jak się to powiadanie, a po nim dyskutowanie odbywa – niż to, jak kto jest nie/ważny wg naukowych, środowiskowych itp. hierarchii…

Zob. także: Z mojego listu do Dyplomowanych Filozofów.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Z mojego listu do Jana…(3)

Dziękuję za kolejną lekturę!

[Katarzyna Czarnecka, „Polityka”, 30 stycznia 2018 r., Nowe Średniowiecze. Rozmowa z prof. Agatą Bielik-Robson, filozofką, o tym, jak internet zabija cywilizację, młodych leniach i mentalności motłochu].

Poniżej, jak zwykle, parę wyimków z tekstu (AB-R) i moich (WEZ) do niego dopisków.



AB-R (odpowiadając na pytanie, czy „nie można przynależeć do wspólnoty wiedzy?”): „Można, ale wówczas jest to przynależność elitarna. Możliwa do osiągnięcia tylko dla tych, którzy wiedzy poszukują i należą do – jak się mówiło w oświeceniu – Republique des Lettres”, czyli wspólnoty ludzi myślących i piszących”.

WEZ: Brawo! Nie trzeba było długo czytać, by dowiedzieć się, kto tu pyta, odpowiada i pisze.


AB-R: Oświecenie przekonuje o tym, że świat magiczny jest groźny. „To świat pełen mocy, nad którymi jednostka ludzka nie panuje i którym się koniec końców musi poddać. A poza tym moralnie bardzo wątpliwych. To nie są siły dobra”.

WEZ: A co tu jest podstawą takiego twierdzenia?


AB-R (odpowiadając na pytanie, czy ulegając wpływowi ww. sił, „człowiek zrzuca z siebie odpowiedzialność?”): „Tak, dlatego nie tylko oświecenie, ale też oświecona religia ma do nich stosunek krytyczny. Nawet jeśli wielu polskich katolików się z tym nie zgodzi”.

WEZ: Z jakiego powodu filozofka 'zniża się' tu do odniesień socjologicznych?


AB-R: „…polski katolicyzm – trzeba to powiedzieć jasno – nigdy nie był szczególnie oświecony. Oczywiście mamy «Tygodnik Powszechny» i Kościół posoborowy, niestety, niezbyt licznie obecnie reprezentowany. Ale to, co w polskim Kościele katolickim dominuje, to pogańska, rdzennie chłopska mentalność, związana z tragicznym kultem fatum”.

WEZ: Prymitywizm erudycyjnego intelektualizmu Autorki – takie wyrażenie, do ew. rozwinięcia, przychodzi mi na myśl, gdy czytam ten przywołany fragment jej wypowiedzi…


AB-R: „Jeśli rozumieć oświecenie jako proces podnoszenia świadomości do poziomu jednostkowej refleksji, to u nas zawsze był on bardzo powierzchowny. I ani razu nie udało mu się dotknąć istoty polskiej duszy”.

WEZ: Chyba trzeba być bardzo zarozumiałym – lub funkcjonującym pod kloszem grona własnych klakierów – człowiekiem, aby publicznie formułować takie generalizujące twierdzenia. Inna sprawa, że niektórym ludziom taka zarozumiałość imponuje.


AB-R (odpowiadając na pytanie „kiedy w Polsce skończyło się średniowiecze?”): „Nigdy. Polska jest w stosunku do Zachodu kompletnie zaburzona czasowo”.

WEZ: Czytanie takich twierdzeń skłania mnie do poszukiwań literatury na temat zjawiska intelektualnej megalomanii – jej przejawów, źródeł psychologicznych, socjologicznych itp. Chyba nie brakuje w świecie osób, które nie mają wątpliwości co do słuszności własnej wiedzy, a wykształcenie tychże osób, lub takowego brak, paradoksalnie nie ma tu większego znaczenia.


AB-R (o przemianach w Polsce po roku 1989): „Paradoks – nieunikniony – polegał na tym, że to wprowadzanie liberalizmu musiało odbywać się nieliberalnymi metodami”.

WEZ: Warto o tym pamiętać, dyskutując m.in. o stosunku rozmaitych środowisk do niedawnej (po 1989 r.) przeszłości Polski.


AB-R: „To, że sieć [internetowa] niweluje hierarchię, jest niszczące dla procesu nabywania wiedzy”.

WEZ: To jest bardzo wymowne zdanie. I stanowi wyraz broni obosiecznej. Wszak Autorka – ubolewając, że otacza ją 'średniowiecze' – broni w tekście hierarchii 'oświeconych'. Przy czym nie przeszkadza jej 'feudalizm' takiej hierarchii, ale zwalcza alternatywne.


AB-R: „…oświecenie i nowoczesność znosiły hierarchie feudalne, oparte na rzekomo naturalnych nierównościach stanowych, ale dwóch hierarchii nigdy nie kwestionowały: między nauczycielami i uczniami, oraz między tymi, którzy piszą, i tymi, którzy ich czytają”.

WEZ: …i oto teraz nadeszła pora, by ponownie zapracować na autorytet nauczyciela, piszącego itd., bo nie wystarczą już instytucjonalne, środowiskowe itp. posady "uznanych autorytetów" itp.


AB-R: „Stephen Hawking pisze coś niezwykle frapującego o naturze kosmologii”…

WEZ: Warto szerzej, w kontekście tematu rozmowy, rozważyć ten niby marginalny tu wyraz fascynacji Autorki…


AB-R: „Ten [internetowy itp.] festiwal swobody nieuchronnie kończy się przemocą, bo gdzie nie ma norm, form i praw, wkracza czysta siła”.

WEZ: Dlatego dobrze by było, aby rozmaite filozofujące 'środowiskowe mądrale' zawczasu 'zniżyły się' do zwyczajnego miłowania mądrości, mogącego też służyć życiu społecznemu. Oczywiście wątpię w praktyczną liczność takowej postawy…

środa, 31 stycznia 2018

Z mojego listu do Jana…(2)

Znajomy podesłał mi do przemyślenia artykuł o. Ludwika Wiśniewskiego pt. Oskarżam, opublikowany niedawno w "Tygodniku Powszechnym". Poniżej zamieszczam parę z niego wyimków (LW) i kilka moich (WEZ) do niego komentarzy, odesłanych również Nadawcy przesyłki.


LW: "Przed kilkoma miesiącami wysłałem do niemal stu polskich biskupów list, w którym starałem się zdefiniować najpilniejsze zadania stojące przed polskim Kościołem (tekst listu opublikował „TP” w nr. 22/2017). Pisałem go w przekonaniu, że to już mój ostatni głos na temat sytuacji w polskim Kościele. W międzyczasie zrozumiałem jednak, że dramat się pogłębia. Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo".

WEZ: Wyraz żenującej megalomanii Autora - niedoszłego papieża, prymasa?


LW: "Czy nie ma w Radiu Maryja, Telewizji Trwam, 'Naszym Dzienniku' modlitwy? Jest. Czy nie ma świetnych konferencji i dobrych tekstów? Są. To dlaczego Wiśniewski i jemu podobni je atakują? Bo modlitwa jest przeplatana napaściami na ludzi, a to już nie jest chrześcijaństwo".

WEZ: Wspominałem Ci, Janku, że w samochodzie wysłuchuję czasami mszy św. z Torunia transmitowanej o 7.00 rano; jak znajdziesz czas i możliwość - też posłuchaj; ciekaw jestem, czy usłyszysz tam to, co tu wypisuje Autor (ale podkreślam, że chodzi o msze, a nie o rozmaite głupkowate wypowiedzi na antenie).


WEZ, podsumowując: Janku, z niejakim trudem przeczytałem wszystko, a ponieważ komentować 'musiałbym' każdy akapit, uznałem, że nie warto tego robić; cały ten tekst, łącznie z redakcyjną wstawką powyżej, odbieram jako moralizatorski manifest, do którego w swoim sumieniu i w wolnym kraju Autor i Redakcja oczywiście mają prawo; i tyle; zaś całe to towarzystwo 'około-Wiśniewsko-Tygodnikowe' postrzegam jako analogiczne do kręgu klakierów o. Rydzyka itp. - inne akcenty aksjologiczne itp., ale podobne przekonanie, że danego towarzystwa przedstawiciele już siedzą 'po Prawicy Boskiej', więc mają tytuł do prawienia kazań ciemnemu ludowi...

Niezależnie od powyższego, dziękuję za podesłaną lekturę!

wtorek, 30 stycznia 2018

Wolniewicz

Postacią tyleż popularną, co budzącą skrajne emocje jego zwolenników i przeciwników, był w ostatnich latach filozof, logik, profesor nauk humanistycznych Bogusław Wolniewicz (1927-2017). W Wikipedii napisano o nim m.in., że: „w 1955 złożył wniosek o członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i został do niej przyjęty w 1956. Pełnił funkcję I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Członkiem PZPR (mimo niechęci wobec rządów Gierka) pozostał do 1981. Do 1998 wykładał na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Pod koniec lat 90. XX w. związał się ze środowiskami skupionymi wokół Radia Maryja, na antenie którego występował jako komentator wydarzeń społecznych, kulturalnych i politycznych. Bywał także gościem audycji w Telewizji Trwam. […] Specjalizował się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansował się od głównych nurtów filozofii XX wieku. […] Był zdeklarowanym niewierzącym (przedstawiał się jako «rzymski katolik – niewierzący»). Uściślał to, precyzując, że nie wierzy w przetrwanie świadomości po śmierci. Natomiast nie negował istnienia wyższej inteligencji nad człowiekiem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogus%C5%82aw_Wolniewicz).

Kilkakrotnie miałem okazję słuchać Wolniewicza w kameralnych warunkach podczas spotkań Gdańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Były to spotkania intelektualnie bardzo interesujące, ale towarzysko raczej nieprzyjemne. Prelegentowi zdarzało się krzyknąć na dyskutanta, walnąć pięścią w stół, a nawet wypraszać z dyskusji osoby, które krytycznie odnosiły się do tego, co mówił. Pod tym względem nie stanowił na pewno wzoru do naśladowania, choć retorycznie przy tym zapytywał: „gdzież omawiać najostrzejsze problemy współczesności, jak nie na spotkaniach towarzystwa filozoficznego!?”… A jednak w tym, co mówił i w postawie intelektualnej, którą prezentował jako filozof, znajdowałem to, czego próżno szukać u wielu ugrzecznionych i nijakich filozoficznych karierowiczów: odwagę myślenia i uporządkowanego mówienia tego, co się myśli. W rozprawie doktorskiej poświęconej jego twórczości tak napisano o Autorze: „Jego głos wnosi ład myślowy w chaos twierdzeń generowanych ideologią i emocjami, przy czym bardzo często filozof wskazuje na problemy moralne przemilczane przez ogół jako niewygodne, a przez intelektualistów jako niepoprawne politycznie. Wolniewicz tworzy swoją filozofię w zgodzie z logiką i własnym sumieniem”. (Joanna Smakulska, Bogusława Wolniewicza etyka życia, Katowice 2011).

Sam Wolniewicz (w książce pt. Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka, Komorów 2010) tak ową kwestię ujmował: „człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza”; nie jest „osiodłany”, jak ci milczący, którzy zamienili wolność słowa na gwarancję doczesnych powodzeń. Owa wolność jednak „jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie”. Mówił więc Wolniewicz – ów niegdysiejszy funkcjonariusz partyjny – i pisał słowa, które irytowały jego oponentów i gorszyły światopoglądowych pedantów; choćby takie o dziedzictwie religii: „Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi «chrześcijaństwo»”, ale dziś „lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły”.

W innej swojej pracy (pt. Filozofia i wartości, Warszawa 1993, 2003) Wolniewicz dał minimalistyczną wykładnię charakteru uprawianej profesji. Pisał: „W filozofii nie potrzeba wielkiej erudycji. By ją skutecznie uprawiać, starczy spełnić trzy warunki: mieć coś do powiedzenia, umieć to jasno wyrazić, nie bać się tego zrobić. Gdy brak choć jednego, nie ma filozofii”.

To ujęcie niewątpliwie bliskie jest tym, dla których filozofia jest sprawą życiową – takim wszak się stało dla słów tych autora. Natomiast, a przekonałem się już o tym sam niejednokrotnie, jest ono wręcz nieznośne dla tych, którzy filozofię sprowadzili do nauki i okopali się w jej akademickich rewirach. Daje przecież asumpt do krytyki ich kulturowej roli, tak ochoczo kojarzonej z rzekomym posiadaniem wiedzy już najwyższej. W Wolniewiczowym ujęciu, filozofia uprawiana według powyższego, tylko z pozoru łatwego wskazania, daje wartościową wiedzę tam, gdzie nauki brakuje lub tam, gdzie rozmaitym brakuje odwagi myślenia. Sam Autor wyjaśniał to następująco: „Filozofia nie jest nauką. […] Świat nie kończy się jednak wraz z nauką, a żyć w nim i myśleć trzeba. Filozofia jest dziś tym, czym zawsze była: próbą racjonalnego orientowania się w świecie, gdzie brak wiedzy pozytywnej. Jest więc sprawą serio, nie – jak się czasem słyszy – intelektualną zabawą”. Tak rozumiana filozofia nie stroni więc od mocowania się z sumieniem rozumującego człowieka i nie gorszy się też wagą zdrowego rozsądku. Jest jednak filozofią raczej trudnej drogi niż myślą wygodnie rozsiadłą w salonach…

[Wojciech E. Zieliński, Wolniewicz, "Na Rozstajach", 2018, nr 1 (309), s. 12.]