piątek, 20 grudnia 2013

Z mojego listu do Przewodniczącego

'Ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy' - te słowa K.R. Poppera to właściwie cały mój komentarz do Twojego listu, poniedziałkowego spotkania, jego krytyki itd.

Przykro mi, że tym, co napisałem, poczułeś się urażony - przepraszam, nie było moją intencją sprawienie Ci przykrości! Ale to, co napisałem, podtrzymuję - właśnie dlatego, że 'jestem na głodzie' bezkompromisowego filozofowania, czyli takiego filozofowania, którego mi w naszym środowisku brakuje. (Może dlatego, że filozofię traktuję zwyczajnie, mądrościowo, a nie specjalistycznie, naukowo). Chyba jednak nie mam natury pieniacza, a na pewno nie mam żadnego tytułu do tego, by panoszyć się we wspomnianym środowisku, więc ot tak jedynie odpisuję na listy i 'wymądrzam się' w swoich tekstach, też w blogu; a jeśli nie mam racji, to i nie ma sensu tym moim pisaniem się przejmować. W związku z powyższym, nie mam też żadnych planów, czy strategii towarzyskich - niech dzieje się to, czego chcą towarzyskie władze (co najwyżej przestanę przychodzić na spotkania lub zrezygnuję z własnej przynależności), z nikim się nie układam, nie poszukuję adoratorów, zostaję więc sam ze sobą…

Pytasz, czy uważam "za kulturalne, przerywanie komuś w trakcie gościnnego wystąpienia i uporczywe zwracanie się do księdza per pan i to wielokrotne?". Oczywiście, że nie uważam tego za kulturalne i rozumiem niełatwą rolę prowadzącego spotkanie, ale uważam, że: (1) czyniący w ten sposób sam sobie wystawia świadectwo filozoficznych i in. kompetencji; (2) gwałtowna krytyka - o ile nie jest wyrazem, jakichś psychicznych itp. zaburzeń krytykującego - z czegoś się bierze, więc warto pozwolić jej wybrzmieć, żeby problem lepiej zrozumieć; (3) prelegent, który decyduje się na publiczne wystąpienie, nie jest dzieckiem i powinien umieć poradzić sobie z krytyką tego, co i jak mówi. I, podobnie jak Ty, postulat, żeby "księży nie tolerować na posiedzeniach PTF, uważałem i uważam za niepoważny". Kto taki postulat głosi, sam sobie... itd. (zob. powyżej pkt. 1).

Kończę ten list z nadzieją, że pozostaniemy w dobrych stosunkach! Ale, że o takowe - z kimkolwiek - nie zabiegam za wszelką cenę, to też fakt, z powodu którego chyba nawet w rodzinie i domu nie bardzo mnie lubią…


Zob. także: Z mojego listu do Zniesmaczonego.

czwartek, 19 grudnia 2013

Z mojego listu do Zniesmaczonego

Bardzo ucieszyłem się z Pańskiego listu - traktuję go, jako głos w dyskusji o stanie naszej (pomorskiej, polskiej?..) filozofii; dyskusji, której tak bardzo mi brakuje. Pański głos jest jednym z nielicznych, jakie w przedmiotowej sprawie mam okazję słyszeć i dlatego pozwalam sobie na ten krótki komentarz. Od jakiegoś czasu odnoszę bowiem wrażenie, że wspomniana filozofia toczy się już tylko na kółkach wzajemnej adoracji, a kulturalne spotkania z rozmaitymi prelegentami wydają się organizowane raczej ku ich podziwianiu i zadowoleniu, że swą obecnością zaszczycili organizatorów, niż ku krytycznemu dyskutowaniu zgłaszanych problemów. Tymczasem bliskie mi jest przekonanie, że 'filozofia to nie żarty' i że warto ją uprawiać także za cenę bycia nielubianym.

Poniedziałkowego prelegenta słuchałem chyba już po raz trzeci lub czwarty. Zdziwiony tym, co i jak mówił, byłem za pierwszym razem, ale to było już ładnych parę lat temu, gdy jeszcze na konferencje, prelekcje itp. chodziłem 'z oczekiwaniami'. Teraz chodzę już bez jakichkolwiek oczekiwań - także dla przyjemności obserwowania ich przebiegu, zachowań uczestników itp. - i dlatego nigdy nie wychodzę rozczarowany. A zainteresowanym też zalecam takie podejście - 'dla zdrowotności'!

Czy nam (OG PTF) wstyd? Mnie nie, ze względów opisanych wyżej, ale jestem tylko zwykłym członkiem (jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało). Natomiast władzom Oddziału korespondencję niniejszą przesyłam do rozpatrzenia…

Z serdecznymi dla Pana i Państwa pozdrowieniami.


Zob. także: Z mojego listu do Przewodniczącego.

Filozofia na kółkach

wzajemnej adoracji.

___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Niedawno miałem okazję

wysłuchania kolejnej ‘katechezy parametrycznej’, głoszonej przez Jegomościa, który – jak mało kto – zna się na nauce, wie, co i dlaczego się w niej (nie)liczy, i ma z tego tytułu wiele do powiedzenia tym, którzy nie wiedzą i się nie znają.
Co wiedział, powiedział, ale ja – choć ulokowany na przeciwległym biegunie kompetencji – niczego nowego się nie dowiedziałem. Publikuj lub zgiń!, publikuj oczywiście po angielsku, w pismach światowych, bo twoje lokalne problemy i twój lokalny język nie interesują nikogo, kto na wyżyny nauki może ciebie wciągnąć.
Szczęśliwie, poza wyżynami są także niziny, na których nauka uprawiana bywa bez aspiracji stania się ‘ekskluzywną prostytutką’ na usługach tych, którzy dają jej dzisiaj dobrze zarobić…

niedziela, 8 grudnia 2013

Z mojego listu do Dobrosława (2)

Oczywiście masz rację: "nadawanie sensowności życiu prowadzi to tego, że ktoś może mu ją odebrać"…

Dzieje pełne są takich 'nadawań' i 'odbierań', tych makrospołecznych wspomnianych przez Ciebie "(Holocaust, Łagry, totalitaryzmy)", i tych mikrospołecznych, powszednich, niemal bezimiennych, związanych z początkiem lub końcem ludzkiego życia i in. Ich faktyczność oczywiście nie stanowi ich usprawiedliwień, ale też z drugiej strony, ich niepowinność (dogmatycznie, czy jakkolwiek inaczej uzasadniania) żadną miarą faktyczności nie zmienia. I w tym sensie pojęcie "błędu kulturowego" wydaje mi się skutkiem mieszania perspektyw: naturalistycznej z aksjologiczną. Można to pojęcie 'odmieniać przez przypadki' itd., ale bez jasnego określenia jego rozumienia i zakresu zastosowań, pozostanie raczej 'aksjologicznym zaklęciem', odnoszonym do tego, co doskonale obywa się bez niego.

czwartek, 5 grudnia 2013

Z mojego listu do Dobrosława

To jest chyba 'temat-rzeka'…

Twierdzeniu "bezsens życia jest kwestią niepodważalną" - którego treść, owszem, jest wielorako złożona - nie można chyba niczego zarzucić w zakresie formalno-logicznym.

Piszesz: "Dobrze, ktoś powie, że logicznie zdanie jest twierdzeniem, ale całe to twierdzenie podlega fałszowi gdyż jest źle sformułowane, nie uważasz?". Tak nie uważam (zob. powyżej), ale sądzę, że ono, przynajmniej aktualnie, pozostaje niefalsyfikowalne…

Ale rozumiem, że Twoja wątpliwość jest zasadnicza: "Sens może odnosić się do jakiejś wypowiedzi, działania, itp., ale nie można określać życia w kategoriach sensu lub bezsensu. To jakby określać, że drzewo ma sens lub nie ma sensu"…

Być może masz rację, ale:

(a) jeśli istnienie rzeczy, bieg życia itd. są jakąś formą działania, albo jakąś formą wypowiedzi bytu?.. - konsekwentnie (zob. powyżej) należałoby im przyznać jakąś miarę potencjalnej sensowności

(b) wówczas pod znakiem zapytania staje chyba sporo treści z obszaru tzw. filozofii życia, z nurtu egzystencjalistycznego w filozofii itd. [Oczywiście sam fakt istnienia takiego dorobku nie świadczy o jego sensowności; chyba że w znaczeniu pkt. (a) powyżej].

środa, 4 grudnia 2013

Kiedy ludzie pytają

skąd u mnie tyle łagodności wobec Indian, a jednocześnie tyle twardości wobec własnego narodu, odpowiadam, że tam jestem gościem i nie mam prawa głosu, a tu mam OBOWIĄZKI, jako członek mojej społeczności, obowiązki, by ją wraz z innymi Polakami budować, a nie tylko obserwować. Indian obserwuję, Polskę współtworzę – na tym polega różnica. (Wojciech Cejrowski)

środa, 27 listopada 2013

Z mojego listu do Nieznajomego

Myślę sobie tak:

(1) co do "specjalistów, którzy rzekomo tak gorliwie zajmują się człowiekiem czy w ogóle społeczeństwem" - też razi mnie rozdźwięk pomiędzy teorią i praktyką w tym względzie, i w miarę możliwości i umiejętności daję temu wyraz w swoich tekstach

(2) "bezsens życia jest kwestią niepodważalną" - to daleko idące twierdzenie, którego nie podzielam

(3) Bóg, Absolut itd. to oczywiście kwestie poza kompetencjami nauki

(4) "wszelkie religie są kompletnym absurdem" - zob. wyżej, pkt. (2)

(5) "najwięcej wyznawców posiada mamona" - niestety, to chyba prawda, w przeciwieństwie do ww. potwierdzana także naukowo

(6) "religia przestała być przeznaczeniem a stała się wyborem" - coś w tym jest; szerzej o wartościach mówi się nie bez racji, że istnieją, jako przedmiot naszych wyborów...

(7) "Bezsens życia nie jest dla mnie dziecięcą igraszką..." - nic mądrego tu nie napiszę, poza szczerym życzeniem wszelkiego możliwego dobra w przeżywanej sytuacji! i sugestią nieuprzedzonego rozpatrzenia tego, co powyżej

(8) odnośnie wykładu itp. - ja chodzę na takie spotkania bez oczekiwań, dlatego nigdy nie wychodzę rozczarowany; a studentom mówię, że od wykładowców mają uczyć się, jak różne rzeczy robić należy i ...jak nie należy, gdy widzą rozmaitą marność; mój komentarz zaś umieściłem tutaj: http://wojciechzielinski.blogspot.com/2013/10/poczucie-sensu-zycia-przywracane-bywa.html

(9) odnośnie nacjonalizmu itp., pośrednim komentarzem niech będzie to, co napisałem w notkach: http://wojciechzielinski.blogspot.com/2013/11/z-mojego-listu-do-absolwenta.html i http://wojciechzielinski.blogspot.com/2013/11/z-mojego-listu-do-absolwenta-2.html; oczywiście nie trzeba zgadzać się ze mną.

Pozdrawiam z nadzieją spotkania się w blogu.

sobota, 23 listopada 2013

Z mojego listu do Absolwenta (2)

Odnośnie Baumana, konf. itd. - zob. np. tutaj:

http://socjologda.blogspot.com/2013/11/smiec-w-kulturze-za-nami-to-bya-bardzo.html
http://socjologda.blogspot.com/2013/11/smiec-w-kulturze.html
http://socjologda.blogspot.com/

- mamy mozaikę postaw, więc u jednych niesmak, dla innych powód do dumy (jak wyżej napisano w jednym z komentarzy)... Sam kiedyś pisałem analizę etycznych propozycji Baumana (Status etyki w kulturze ponowoczesnej. Analiza propozycji Zygmunta Baumana, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2001), z nadzieją (może naiwnie wynikającą z tego, że byłem człowiekiem 'z ulicy', niepracującym na uczelni), że książka również nieco dyskusji wywoła. Po latach 'obracania się w środowisku' myślę, że niektórzy ją zignorowali, właśnie dlatego, że pisałem o Baumanie, a niektórzy inni dlatego, że pisałem o nim krytycznie. (Ale niewykluczone, że to po prostu słaba książka a powyższe wątpliwości to tylko wyraz mojej megalomanii).

Odnośnie dalszych cennych Pańskich uwag myślę, cóż, festiwal hipokryzji trwa i sięga także wspomnianych nominacji do pokojowej nagrody Nobla. Ale to chyba nic nowego, tyle, że dzisiaj doświadczanie tego 'festiwalu' ma charakter globalny. I chyba jest tak, niestety, że również na uniwersytetach 'historię piszą zwycięzcy', co oczywiście co do zasady niewiele ma wspólnego z przybliżaniem się do prawdy o przedmiocie dyskusji (nie wspominając już o idei uniwersytetu, o której mówił chociażby Twardowski czy wcześniej Newman). Definiując coś mianem 'oszołomstwa' lub 'ciemnogrodu' oczyszcza się pole dla dyskusji kulturalnej, toczonej zdaniem definiujących, na właściwym poziomie. 'Śmieć w kulturze' to przecież fraza wiele znacząca!

poniedziałek, 18 listopada 2013

czwartek, 14 listopada 2013

Z mojego listu do Absolwenta

Staram się nie być nachalny w tym moim mailowaniu i oczywiście nie jest mi przykro, gdy nikt nie odpowiada na wiadomości przeze mnie jedynie przekazywane. Ale przyznaję, że trochę przykre to uczucie, gdy w wielu rozmaitych sprawach, o których piszę od siebie, kierując korespondencję bezpośrednio do znanych mi osób, odpowiedzią pozostaje milczenie. Może ci znajomi mnie 'olewają', może boją się odpisać i swoje zdanie wyrazić, a może po prostu ja mam o sobie zbyt wysokie mniemanie (co jest bardzo prawdopodobne, zważywszy jak wiele - jako samouk - mam rozmaitych braków w stosunku do licznych moich koleżanek i kolegów). Tym bardziej więc dziękuję Panu za zainteresowanie i dobre słowo.
I bardzo się cieszę, że w przedmiotowej sprawie moje wpisy na blogu okazały się dostatecznie komunikatywne.
Pyta Pan, "Jak z etycznego punktu widzenia mądrze te kwestie rozstrzygać". Oczywiście tego, co tutaj piszę, proszę nie traktować bezkrytycznie - być może nie mam racji - ale myślę tak, jak napisałem w blogu w notce pod tytułem: Gdyby ktoś mnie zapytał…(2) (http://wojciechzielinski.blogspot.com/2012/03/gdyby-ktos-mnie-zapyta2.html). Jeśli dane zagadnienie jest przedmiotem rzetelnej analizy, otwartej, krytycznej dyskusji itd., osoba autora, prelegenta itp. schodzi na dalszy plan. Kiedyś myślałem, że to uniwersytecki standard. Myślałem tak, ...zanim zacząłem pracować na uniwersytecie. Realia, niestety, okazały się inne. Ostatnio obserwuję zaś coraz więcej nadętych spotkań, których motywem wiodącym jest chyba 'pieśń na cześć zaproszonego guru'. Co poniektórzy choć przez chwilę świecą wówczas światłem odeń odbitym. No, bo nie bardzo umiem inaczej wytłumaczyć przerost danej formy nad treścią. Sytuacje takie są także interesującym materiałem do - nie tylko socjologicznej - analizy naukowych karier. Wszak nauki społeczne to nie inżynieria mostów; tu nie trzeba obliczać wytrzymałości przęseł itp., ale na pewno trzeba odpowiednio ułożyć sobie dobre stosunki...
I chyba tylko tak umiem w tej chwili Panu odpisać.

środa, 9 października 2013

Z mojego listu do Absolwentki

Z opóźnieniem, ale tym bardziej serdecznie dziękuję za Pani list, dobre słowo i wsparcie. Dzięki takim ‘zwrotnym sygnałom’ upewniam się, że ma sens to, co robię, co staram się przekazywać itd. (a co niespecjalnie jest łatwe, gdy w uczelnianym otoczeniu mocuje się z poczuciem własnej ‘trędowatości’).
To prawda: „dwie z założenia odmienne od siebie rzeczywistości, businessowa i akademicka, mają ze sobą coraz więcej wspólnego”. Ma to oczywiście także swoje dobre strony, o ile idea uniwersytetu zachowuje swoje uszanowanie. Ale różnie z tym bywa, a wtedy i doktoranckie i inne studia rozczarowują itp. Na szczęście ludzie bywają mądrzejsi od warunków, w których przyszło im żyć, uczyć się i pracować.
A teraz jeszcze raz Panią zacytuję, bo lepiej bym tych życzeń nie ujął: „aby świadczenie pracy w zgodzie z własnym sumieniem stało się normą, a nie luksusem naszych czasów”!

poniedziałek, 7 października 2013

Rozpoczęcie studiów

„zawsze wzbudza wiele emocji. Oto staje przed nami kolejny etap życia, nowe znajomości, nowe, ciekawe zajęcia. Duchowa radość, jakiej wówczas doświadczamy, jest tym większa, im bardziej bezinteresownie traktujemy wysiłek, który nas czeka, im bardziej wiedza, którą pragniemy zdobyć, ma być wiedzą zdobytą dla niej samej. Przeciwnie, gdy nasze studiowanie to wyłącznie środek do otrzymania dyplomu i «profitów» z nim związanych, gdy wypływa ono tylko z aktualnie panującej mody, bądź jest formą ucieczki przed innego rodzaju zajęciami (np. służbą wojskową), wówczas każdy egzamin, każde dodatkowe wykłady stają się źródłem niechcianego zmęczenia, kolejną udręką na drodze do upragnionego końca nauki. Nic dziwnego, że w skrajnych przypadkach koniec ten następuje przed planowym czasem”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Refleksja metaprzedmiotowa, „Universitas Gedanensis”, Nr 12, 1995, s. 109-112.

czwartek, 26 września 2013

Kulturalnie o filozofii

„W rozdziale ósmym Autor przedstawia podstawowe elementy etyki społecznej (polityki). Omawia je z punktu widzenia nauki społecznej Kościoła. Potem następuje zakończenie pracy, po którym W. Dłubacz umieszcza słowniczek filozoficzny (zawierający 54 hasła; niektóre wyjaśnione chyba nazbyt skrótowo), bibliografię zalecanej literatury (obejmuje 72 pozycje) oraz dodatek zatytułowany Bóg a współczesna nauka, w którym zwraca uwagę m.in. na ograniczenia kompetencji poszczególnych dziedzin wiedzy w ich odniesieniu do problematyki religijnej.
W omawianej pracy W. Dłubacza trochę razi nazbyt wyraźne manifestowanie osobistego stosunku Autora do niektórych poruszanych kwestii, zwłaszcza dotyczących miejsca tomizmu w nurcie filozofii współczesnej (por. np. s. 12-13). Nieuzasadnione – w książce będącej przecież wprowadzeniem do filozofii – wydaje się podkreślenie priorytetu chrześcijaństwa wśród religii świata (s. 31-32). Z bardzo obszernym znaczeniowo tytułem O kulturę filozofii nie najlepiej koresponduje nieco jednostronne ujęcie problematyki filozoficznej. Przejawem tego jest chociażby zestawienie zalecanej literatury, w którym większą część stanowią prace autorów reprezentujących «filozoficzną szkołę lubelską» (s. 193-195).
Książka Włodzimierza Dłubacza O kulturę filozofii. Zagadnienia podstawowe – mimo wszystkich powyższych zastrzeżeń – jest pozycją wartościową. Stanowi ona zwięzły podręcznik filozofii (klasycznej), który zawsze dobrze jest mieć «pod ręką». W filozofii współczesnej Autor dostrzega «renesans myślenia ‘mitologicznego’ (…), który jest znakiem powrotu myśli dzisiejszej na pozycje prefilozoficzne, tak jakby nie było dwudziestu pięciu z górą wieków doświadczenia filozoficznego, a także równie długiego doświadczenia kultury chrześcijańskiej» (s. 180). W swej pracy W. Dłubacz przypomina podstawowe elementy owego bezcennego, wielowiekowego doświadczenia. I robi to z powodzeniem”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Recenzja: [Włodzimierz Dłubacz, O kulturę filozofii. Zagadnienia podstawowe, Lublin 1994], „Universitas Gedanensis”, Nr 15, 1996, s. 223-226.

poniedziałek, 23 września 2013

Zaczarowanie

„Zdaniem Baumana «zaczarowanie» nowoczesne, polegające na nieufności wobec ludzkiej spontaniczności moralnej, zostało teraz zastąpione zaczarowaniem ponowoczesnym – nieufnością wobec wyrachowanego rozumu. Czy nie można tu podać jeszcze jednej analogii? Mianowicie, czy podobną do nowoczesnej, iluzorycznej ambicji budowania moralności na podstawie uniwersalnego kodeksu etycznego, nie jest ponowoczesna (iluzoryczna?) ambicja budowania moralności społecznej na ludzkiej spontaniczności, impulsywności moralnej? Czy, innymi słowy, wiara w moralność nie podlegającą kodyfikacji nie jest warta równie wiele (równie mało?) co wiara w moralność uniwersalnie skodyfikowaną? To kolejne pytania, które, moim zdaniem, na razie pozostają bez odpowiedzi”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Recenzja: [Zygmunt Bauman, Etyka ponowoczesna, przeł. J. Bauman, J. Tokarska-Bakir, Warszawa 1996], „Universitas Gedanensis”, R. 9, 1997, nr 1-2 (16-17), s. 183-190.

środa, 18 września 2013

W dobie fragmentaryzacji życia społecznego

„bardzo ważne jest odnalezienie płaszczyzny i metod dialogu, pozwalających z doświadczenia wielokulturowości czerpać to, co bez wątpienia w nim tkwi: wartości wspólne, ogólnoludzkie, w swym rdzeniu – nie podlegające fragmentaryzacji, choć zewnętrznie wyraźnie sfragmentaryzowane; wartości, które kiedyś – być może – wydawały się w pełni, raz na zawsze już rozpoznane, a które dziś – z pewnością – wymagają dogłębnej reinterpretacji. Świat w jedynej formie w jakiej on dla ludzi istnieje to świat jako doświadczenie, świat przez ludzi przeżywany, będący – zdaniem Baumana – «humanistyki domem ojczystym». To jeden świat, choć tak zróżnicowany; jeden, a więc dający podstawę porozumienia, ale z racji swego zróżnicowania wymagający udziału intelektualistów-tłumaczy. Dziś ich rolą jest «nie cenzorem być zdrowego rozsądku, lecz życzliwym partnerem», mają oni «nie pouczać, lecz rozmawiać». Jednakże rola intelektualistów szybko, jak sądzę, wyczerpałaby się, gdyby mieli oni jedynie tłumaczyć «odmienne doświadczanie świata», nie próbując zarazem twórczo towarzyszyć próbom interpretacji tego doświadczenia, zmierzającym ku porozumieniu wokół wspólnych wartości. Wszak dialog toczy się tam, gdzie rozmówcy mają coś do powiedzenia, a zarazem otwarci są na przyjęcie wartościowych treści od swego partnera. Obsługa takiego dialogu – zadanie współczesnych intelektualistów-tłumaczy – bez wątpienia ogromnie zobowiązuje”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Humanista w ponowoczesnym świecie, recenzja: [Zygmunt Bauman, Roman Kubicki, Anna Zeidler-Janiszewska, Humanista w ponowoczesnym świecie. Rozmowy o sztuce życia, nauce, życiu sztuki i innych sprawach, Poznań 1997], „Przegląd Humanistyczny”, R. 42, 1998, nr 4 (349), s. 159-162.

sobota, 14 września 2013

czwartek, 12 września 2013

Metaetyka mediacyjna

„O ile moje spostrzeżenia są trafne, o ile poświęcone spornym kwestiom dyskusje etyków toczą się wciąż na gruncie przedmiotowym, a «sporadyczne» metaprzedmiotowe wybiegi ograniczają się do analizy zagadnień szczegółowych, o tyle uzasadnionym wydaje mi się postulat rozwijania metaetyki o charakterze – powiedziałbym – mediacyjnym, służącej wypracowywaniu swoistego metodologicznego gruntu, na którym możliwe byłoby osiąganie choćby częściowych kompromisów spornych stanowisk etycznych. (Zakładam tu oczywiście, że taki kompromis, porozumienie etyków jest pożądane; że warto podejmować wysiłek analizy metodologicznej całościowo pojętej etyki nawet dziś, gdy wydaje się, że poza konstatowaniem barier dzielących odmienne stanowiska etyczne nic nam już nie pozostało.) Jest to zresztą zgodne z – nie nową przecież – opinią o dopuszczalnej, oceniająco-regulacyjnej roli metaetyki.
Postulat rozwijania metaetyki o charakterze mediacyjnym wydaje mi się uzasadniony w sytuacji nieprzezwyciężalnej wielokulturowości naszego doświadczenia, w sytuacji znacznego «poszerzenia się» rozmiarów społeczności, w ramach której przebiegają wszelkie dyskusje i spory. Każde stanowisko etyczne jawi się bowiem jako «uwikłane» we własnym kulturowym kontekście, a przez to – przy wydatnej roli mediów – jako «skazane» co najwyżej na współzawodnictwo. Wielość historycznie i socjologicznie zdeterminowanych «punktów widzenia» przy równoczesnym – charakterystycznym dla postmodernizmu – doprowadzeniu roli wszelkich tradycji do nieskończonego zbioru ról równorzędnych, nie rokuje nadziei na szerszą współpracę etyków na płaszczyźnie przedmiotowej. Natomiast szeroko pojęta płaszczyzna metaprzedmiotowa, metaetyczna – moim zdaniem – pozostaje niewykorzystana”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Czy „lepsze” przestanie być wrogiem „dobrego”? Na marginesie sporu o etykę, „Studia Gdańskie”, t. XI, 1998, s. 5-17.

poniedziałek, 2 września 2013

W kulturze przeładowania

„W sytuacji współczesnego rozchwiania intelektualnego, reguła «złotego środka» nakazuje stosowanie takiej argumentacji na rzecz prawdy jako wartości autotelicznej, która wyklucza zarówno jej ultra-humanizację, upatrującą wartość prawdy wyłącznie w jej ludzkim, jednostkowym lub społecznym autorstwie, jak i biegunowo przeciwną dehumanizującą absolutyzację prawdy. «Świat bez pionu moralnego, miotany chorobami sceptycyzmu i relatywizmu […] na pewno nie jest zdrowy dla ludzkiej duszy, ale nie znaczy to, że zbliżamy się do prawdy wybierając to, co zdaje się nam jego odwrotnością» (Czesław Miłosz). W kulturze, która cierpi z powodu «przeładowania», takie dążenie do ideału złotego środka – przypominam: na płaszczyźnie argumentatywnej – oczywiście nie jest łatwe. W nurcie myśli postmodernistycznej nie jest chyba pożądane lub nawet możliwe. Ale bez wątpienia jest nadal możliwe i pożądane, a nawet – jak sądzę – konieczne, w nurcie tej tradycji intelektualnej, która u swych początków ów ideał odkryła. Jest ono tym bardziej konieczne – choć zarazem, tym bardziej trudne – że dziś coraz wyraźniejsze staje się przekonanie o utraceniu przez współczesną kulturę pewnego aksjologicznego i epistemologicznego minimum, gwarantującego elementarną sensowność toczących się w jej łonie sporów”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Prawda jako wartość autoteliczna. Problem argumentacji, „Universitas Gedanensis”, R. 11, 1999, nr 1-2 (19-20), s. 99-109.

sobota, 31 sierpnia 2013

O Bogu myślę

że Miłością będąc (por. 1 J 4, 8), miłość uwiecznia wśród kochających i tym ją w wieczności daje, którzy za życia jej nie doświadczyli…

wtorek, 27 sierpnia 2013

Trudno myśleć o dialogu

„W rozdziale ostatnim, dziesiątym, autor pisze o niewspółmierności koncepcji antropologiczno-pedagogicznych personalizmu i postmodernizmu. Czytamy tu m.in. o braku związków semantycznych obu filozofii w rozumieniu i interpretowaniu takich pojęć jak: człowiek, osoba, wolność czy wychowanie. W obu nurtach funkcjonują one w odmiennych, często przeciwstawnych znaczeniach. Sprawia to – reasumuje Cichosz – iż «niemożliwe jest skonstruowanie metajęzyka, który mógłby służyć budowaniu dialogu pomiędzy filozofią chrześcijańską a kulturą ponowoczesną» (s. 214, 219). Problem polega na tym, iż teza ta, jak się zdaje, nie ma wystarczającego uzasadnienia w książce.
Autor przekonuje jednak: «aprioryczna konstrukcja personalizmu i złożona (niejasna) metodologia postmodernizmu nie mogą podjąć z sobą bezpośredniego dialogu. Postmodernistyczne tradycje, na przykład: fenomenologia (świat przeżywany), hermeneutyka, marksizm powodują, iż filozofia kultury ponowoczesnej jest wewnętrznie heterogeniczna (niezbyt spójna) i z założenia antyfundamentalistyczna. Jakkolwiek pojmowany aprioryzm będzie więc kłócił się z metodologią ‘naukowego postmodernizmu’» (s. 217). Uważny czytelnik ma jednak wątpliwości; nie tylko terminologicznej natury: czy «złożona» to znaczy «niejasna»?; czy «heterogeniczna» to znaczy «niezbyt spójna»?; co to jest «naukowy postmodernizm»?; czy interpretowanie «postmodernistycznych tradycji» nie jest tu aby nazbyt swobodne i czy nie zaciągnie nas za chwilę do średniowiecza i starożytności?; czy nadanie personalizmowi jednoznacznej etykiety aprioryzmu – a także «jednoznaczności», «systemowości» i «zdecydowanej określoności» (s. 182) – dobrze mu służy w postmodernistycznym klimacie intelektualnym?
Wydaje się, że im bliżej końca lektury recenzowanej pracy, tym więcej w niej emocji autora; tym mniejszy jego racjonalny dystans do omawianych kwestii. Postmodernizm – pisze Wojciech Cichosz – «odrywa zatem człowieka od Boga i całkowicie wyzwala osobę od wszelkiej religii. Znosi tym samym obiektywny i uniwersalny świat wartości, moralności i powinności» (s. 218). Czy to oznacza koniec dyskusji? Chyba tak. Niemożliwość dialogu personalizmu z postmodernizmem rzuca się w oczy. Tylko, czy w recenzowanej pracy jawi się ona jako wynik, czy jako założenie przeprowadzonej w książce analizy obu filozofii? Niestety, wiele przemawia za drugą z tych możliwości. Jak inaczej bowiem potraktować stwierdzenie autora, iż «prowadząc jakąkolwiek dyskusję z filozofią chrześcijańską nie można zapominać, że człowiek swój ostateczny sens ma tylko w wymiarze transcendentnym, tylko w ukierunkowaniu na Kogoś, kto Sam przerasta świat, jako Pełnia Bytu Osobowego» (s. 217-218). Owszem, postmodernizm nie może tego zapomnieć, bo nie można zapomnieć czegoś, czego się nie przyjęło. A takiego właśnie «ostatecznego sensu» ludzkiego bytu postmodernizm nie przyjmuje; co w swojej książce autor wielokrotnie podkreśla. A zatem owa wskazywana przez Cichosza niemożliwość skonstruowania metajęzyka, jako płaszczyzny porozumienia personalizmu i postmodernizmu m.in. w kwestii wychowania, jawi się jako konsekwencja apriorycznego wykluczenia drugiego z wymienionych języków przez pierwszy z nich. W tym sensie zrozumiały staje się także tytuł książki. Trudno myśleć o dialogu posługując się terminem «prowokacja»”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Rec.: Wojciech Cichosz, Wychowanie chrześcijańskie wobec postmodernistycznej prowokacji, Gdańsk 2001; „Universitas Gedanensis”, R. 13, 2001, nr 2 (24), s. 153-158.