chronione przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lec. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 lipca 2023
sobota, 8 października 2016
Czytanie Franciszka
Lipcową wizytę papieża Franciszka i Światowe Dni Młodzieży w Polsce śledziłem tylko okazjonalnie, stosunkowo rzadko i tylko fragmentarycznie słysząc słowa Ojca Świętego. Te usłyszane fragmenty wystarczyły jednak, bym nabrał przekonania o potrzebie – gdy tylko zajdzie taka możliwość – wysłuchania całości nauczania Papieża. Tym, co mogłem zrobić bez zwłoki i większego trudu, była oczywiście lektura. Sięgnąłem po Adhortację apostolską Evangelii gaudium – O głoszeniu Ewangelii we współczesnym świecie – ogłoszoną przez Franciszka w pierwszym roku jego pontyfikatu, na zakończenie Roku Wiary, 24 listopada 2013 r. Po paru stronach czytania, postanowiłem potraktować tekst jako materiał do refleksji, którymi podzielę się również na łamach „Na Rozstajach”. W toku dalszej lektury zacząłem jednak …nabierać wątpliwości, co do możliwości wykonania tego zadania. Dawno bowiem nie czytałem papieskiego dokumentu napisanego tak prostym językiem i tak dosadnego w treści. Powodem wspomnianych wątpliwości nie była jednak ani owa prostota, ani dosadność wypowiedzi Franciszka, ale skala uwag, które wydały mi się niezmiernie ważne – w przeczytanej adhortacji zaznaczyłem wiele, także bardzo długich fragmentów tekstu. Z oczywistych zatem względów objętościowych, tu mogę przywołać tylko niektóre uwagi Papieża.
Cały dokument, opatrzony licznymi przypisami, składa się z pięciu rozdziałów. Poniżej nawiązuję tylko do jego części wstępnej, w której Franciszek inicjuje namysł nad przekazem wiary i radością ewangelizowania, zdolną odnawiać się i udzielać innym. Jeśli okoliczności pozwolą, o ciągu dalszym napiszę w kolejnym numerze „Na Rozstajach”. Moje uwagi należy jednak, jak zwykle, traktować z dystansem. Nie stanowią one ani systematycznego przeglądu treści papieskiego dokumentu, ani jego formalnej wykładni. Na pierwszy szkoda mi czasu – wolę raczej tą drogą zachęcić Czytelników do samodzielnej lektury adhortacji – a do drugiej nie mam tytułu. Zatem poniższe, to tylko notatki czytającego chrześcijanina (w nawiasach podaję numery poszczególnych fragmentów papieskiego tekstu, do których bezpośrednio lub pośrednio tu nawiązuję).
Evangelii gaudium jest skierowanym do chrześcijan zaproszeniem do rozpoczęcia nowego etapu ewangelizacji (1). Powinna to być ewangelizacja (w) radości, będąca chrześcijańską odpowiedzią na głęboki smutek współczesnego człowieka, skrywający się pod fasadą jego zadowolenia z permanentnej konsumpcji, a związany z egoistycznym przyzwyczajeniem do wygody życia i ciągłym staraniem o jej utrzymanie za wszelką cenę. Pisze przy tym Franciszek, że „kiedy życie wewnętrzne zamyka się we własnych interesach, nie ma już miejsca dla innych, nie liczą się ubodzy, nie słucha się już więcej głosu Bożego, nie doświadcza się słodkiej radości z Jego miłości, zanika entuzjazm czynienia dobra” (2).
Radość wiary, której tak bardzo dzisiaj potrzeba – między innymi w odpowiedzi na wspomnianą rachityczną wesołkowatość bezkrytycznej konsumpcji – jest ową tajemniczą, ale mocną ufnością, doświadczaną nawet pośród najgorszej udręki. Istnienia tej ufnej radości, będącej czymś niezrozumiałym dla pogan, dowiodło życie wielu chrześcijan w toku minionych wieków i dowodzi życie wielu współczesnych. Paradoksalnie jednak tym, co ją dzisiaj nieraz zasłania, jest postawa samych chrześcijan – tych, „którzy zdają się żyć Wielkim Postem bez Wielkanocy” (6). Właściwą miarę i formę ludzkiemu życiu daje wszak wewnętrzna pogoda! – ta zaś, jak i życie samo, umacnia się i „zaraża” innych, gdy jest przekazywana, a słabnie „w izolacji i pośród wygód” (por. 10). I dotyczy to tak poszczególnych osób, jak i tworzonych przez nie społecznych całości; także Kościoła, który – co podkreśla Franciszek – „nie rośnie przez prozelityzm, ale przez przyciąganie”. Przyciąga zaś Ewangelia głoszona z radością! (14, wraz z przypisem).
Urzekająca jest konsekwencja Papieża w dzieleniu się radością wiary i swobodą, jaką daje ta radość. Przewija się to w całej adhortacji, ale w części wstępnej zyskuje rangę deklaracji programowej. Ojciec Święty pisze bowiem następująco: „Nie uważam […], że należy oczekiwać od papieskiego nauczania definitywnego lub wyczerpującego słowa na temat wszystkich spraw dotyczących Kościoła i świata. Nie jest stosowne, żeby Papież zastępował lokalne episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich terytoriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej «decentralizacji»” (16). Te słowa Franciszka przywodzą mi na myśl zdanie napisane niegdyś przez Stanisława Jerzego Leca: „Trzeba tak pomnożyć ilość myśli, by nie starczyło dla nich dozorców”. I wzmagają przekonanie, że radość wiary czerpie także ze swobody myślenia.
[Wojciech E. Zieliński, Czytanie Franciszka, "Na Rozstajach", 2016, nr 9 (294), s. 12.]
https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/11/zapach-owiec.html
https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/12/po-linii-ewangelicznego-rozeznania.html
Cały dokument, opatrzony licznymi przypisami, składa się z pięciu rozdziałów. Poniżej nawiązuję tylko do jego części wstępnej, w której Franciszek inicjuje namysł nad przekazem wiary i radością ewangelizowania, zdolną odnawiać się i udzielać innym. Jeśli okoliczności pozwolą, o ciągu dalszym napiszę w kolejnym numerze „Na Rozstajach”. Moje uwagi należy jednak, jak zwykle, traktować z dystansem. Nie stanowią one ani systematycznego przeglądu treści papieskiego dokumentu, ani jego formalnej wykładni. Na pierwszy szkoda mi czasu – wolę raczej tą drogą zachęcić Czytelników do samodzielnej lektury adhortacji – a do drugiej nie mam tytułu. Zatem poniższe, to tylko notatki czytającego chrześcijanina (w nawiasach podaję numery poszczególnych fragmentów papieskiego tekstu, do których bezpośrednio lub pośrednio tu nawiązuję).
Evangelii gaudium jest skierowanym do chrześcijan zaproszeniem do rozpoczęcia nowego etapu ewangelizacji (1). Powinna to być ewangelizacja (w) radości, będąca chrześcijańską odpowiedzią na głęboki smutek współczesnego człowieka, skrywający się pod fasadą jego zadowolenia z permanentnej konsumpcji, a związany z egoistycznym przyzwyczajeniem do wygody życia i ciągłym staraniem o jej utrzymanie za wszelką cenę. Pisze przy tym Franciszek, że „kiedy życie wewnętrzne zamyka się we własnych interesach, nie ma już miejsca dla innych, nie liczą się ubodzy, nie słucha się już więcej głosu Bożego, nie doświadcza się słodkiej radości z Jego miłości, zanika entuzjazm czynienia dobra” (2).
Radość wiary, której tak bardzo dzisiaj potrzeba – między innymi w odpowiedzi na wspomnianą rachityczną wesołkowatość bezkrytycznej konsumpcji – jest ową tajemniczą, ale mocną ufnością, doświadczaną nawet pośród najgorszej udręki. Istnienia tej ufnej radości, będącej czymś niezrozumiałym dla pogan, dowiodło życie wielu chrześcijan w toku minionych wieków i dowodzi życie wielu współczesnych. Paradoksalnie jednak tym, co ją dzisiaj nieraz zasłania, jest postawa samych chrześcijan – tych, „którzy zdają się żyć Wielkim Postem bez Wielkanocy” (6). Właściwą miarę i formę ludzkiemu życiu daje wszak wewnętrzna pogoda! – ta zaś, jak i życie samo, umacnia się i „zaraża” innych, gdy jest przekazywana, a słabnie „w izolacji i pośród wygód” (por. 10). I dotyczy to tak poszczególnych osób, jak i tworzonych przez nie społecznych całości; także Kościoła, który – co podkreśla Franciszek – „nie rośnie przez prozelityzm, ale przez przyciąganie”. Przyciąga zaś Ewangelia głoszona z radością! (14, wraz z przypisem).
Urzekająca jest konsekwencja Papieża w dzieleniu się radością wiary i swobodą, jaką daje ta radość. Przewija się to w całej adhortacji, ale w części wstępnej zyskuje rangę deklaracji programowej. Ojciec Święty pisze bowiem następująco: „Nie uważam […], że należy oczekiwać od papieskiego nauczania definitywnego lub wyczerpującego słowa na temat wszystkich spraw dotyczących Kościoła i świata. Nie jest stosowne, żeby Papież zastępował lokalne episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich terytoriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej «decentralizacji»” (16). Te słowa Franciszka przywodzą mi na myśl zdanie napisane niegdyś przez Stanisława Jerzego Leca: „Trzeba tak pomnożyć ilość myśli, by nie starczyło dla nich dozorców”. I wzmagają przekonanie, że radość wiary czerpie także ze swobody myślenia.
[Wojciech E. Zieliński, Czytanie Franciszka, "Na Rozstajach", 2016, nr 9 (294), s. 12.]
https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/11/zapach-owiec.html
https://wojciechzielinski.blogspot.com/2016/12/po-linii-ewangelicznego-rozeznania.html
wtorek, 4 października 2016
czwartek, 3 marca 2016
Jakże nie być optymistą, gdy się widzi
tylu kretynów, którym się świetnie powodzi, którzy słyną z inteligencji, zdolności, talentów. (Stanisław Jerzy Lec)
czwartek, 4 września 2014
Lec
go!
___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014
___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014
niedziela, 27 lipca 2014
Zmęczonemu czasami
wystarczy Lec.
___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014
___________
Opublikowano w: Wojciech Edmund Zieliński, Aforystycznie, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2014
sobota, 11 stycznia 2014
Z mojego listu do Profesora Filozofii
Jest mi niezmiernie miło – mimo ‘druzgocącej’ krytyki, jakiej z Pańskiej strony doświadczam – że zechciał Pan mój artykuł [Bocheńskiego zachęta do filozofii politycznej niepoprawności, „Filo-Sofija”, Rok XIII, 2013, nr 2 (21), s. 187-208] przeczytać i kilka uwag na jego temat w liście do mnie napisać. Dziękuję!
W paru słowach odpowiem, przewidując, że to, co niżej napiszę, chyba nie będzie dla Pana satysfakcjonujące.
Pisze Pan: “Przypuszczam, że jestem Pańskim antybohaterem filozoficznym, filozofem samym w sobie, odległym od praktyki społecznej i zajmującym się jakimiś tam problemami analitycznymi a nie kimś, kto reprezentuje filozofię znaczącą moralnie. Nie wiem, jak Pan ocenia moje prace na temat filozofii polskiej, ale nie zdziwię się, gdy zostaną one ocenione jako nastawione na poklask, karierę itp.”; a potem jeszcze: “Sam jestem filozofem analitycznym i rozważam te problemy, jakie należą do jej kanonu i w sposób przyjęty na całym świecie(trudno, niech Pan to uznaje za zaściankowość)”.
Otóż, nic z tych rzeczy. Nie jest Pan moim antybohaterem filozoficznym, a Pańskiej twórczości nie uważam za zaściankową. Ale podobny jest mój stosunek również do innych autorów. Ja chyba nie mam takowych ‘antybohaterów’, a w każdym razie nic mi nie wiadomo o tym, abym takowych miał. Zaś co do ew. podejrzeń o zaściankowość?.. Cóż, samoukiem będąc, nie zdobyłem – i zapewne już nie zdobędę – kwalifikacji pozwalających mi na takie generalizacje, etykietowanie itp. Ale mam też w tej sprawie bardziej sprecyzowany ‘program’, który wyraziłem między innymi tutaj: http://wojciechzielinski.blogspot.com/2012/03/gdyby-ktos-mnie-zapyta2.html.
Pisze Pan: “Źle Pan wybrał swój wzór. Bocheński był filozofem w sobie w Pańskim rozumieniu. Wystarczy poczytać jego prace z historii logiki i filozofii teoretycznej. Temu nie przeczą jego prace sowietologiczne i rola w sowietologii. A "Sto zabobonów" traktował jako żart filozoficzny, sam mi to kilka razy powiedział. Ma Pan oczywiście prawo do prześwietlania filozofii polskiej fragmentami ze "Stu zabobonów", ale przypuszczam, że sam Bocheński byłby szczerze ubawiony taką metodą”.
Być może. Ale to zdaje się potwierdzać tezę, którą nie raz słyszałem, że ‘filozofia to nie żarty'. Jeśli Bocheński zażartował sobie pisząc o zabobonach, to dostarczył pożywki dla ich pomnażania…
Pisze Pan: “Niezależnie od tego, co jest podstawą Pańskiej diagnozy, "Sto zabobonów" czy jakiś inny pamflet w tym rodzaju, nie znalazłem w Pana tekście ani jednego (dosłownie!) przykładu, czym filozof znaczący moralnie miałby się zajmować, aby jego dokonania były pożyteczne dla zwykłych ludzi”.
Cóż, zamiarem moim nie było wskazywanie komukolwiek jakiegoś ‘właściwego’, ‘pożytecznego’ itp., faktycznego, czy przykładowego, zajęcia, przedmiotu zainteresowania itp. – wszak z jakiej racji miałbym coś takiego robić – a jedynie owo (cyt. z art.): “przyjrzenie się niektórym, poczynionym przez Józefa Bocheńskiego, słownikowym opisom zabobonów pod kątem tego, jakie może być ich metafilozoficzne znaczenie dla społecznej samowiedzy działającego dziś w naszym kraju filozofa” (s. 188). W trzeciej części artykułu, dokonując “interesownego wyboru z lekcji Bocheńskiego” (s. 200), sformułowałem siedem wezwań opisujących łącznie pożądaną, moim zdaniem, postawę. I tylko tyle. Ale oczywiście nie trzeba zgadzać się ze mną.
Pisze Pan: “Wydaje mi się, że Pan po prostu nie rozumie tego, czym jest filozofia jako profesja. Sam jestem filozofem analitycznym i rozważam te problemy, jakie należą do jej kanonu i w sposób przyjęty na całym świecie(trudno, niech Pan to uznaje za zaściankowość). Nie uważam, że każdy filozof ma być analitykiem i nie mam nic przeciwko uprawianiu fenomenologii, strukturalizmu itd. Jeśli nie zgadzam się z Baumanem, Gadaczem czy kimkolwiek innym i decyduję się na publiczną polemikę, staram się uzasadnić, dlaczego mam takie a nie inne zdanie. Tak w filozofii było zawsze i chyba niewiele zmieni się w obliczalnej przyszłości. Pan natomiast zastępuje filozofię metafilozoficznymi kondemnacjami i narzekaniami. O ile mogłem się zorientować, nie jest Pan filozofem z wykształcenia. To nie zarzut, ale konstatacja. Jest tak, że każdy nosi w plecaku filozoficzną buławę, ale nie każdy rozumie, że to niekoniecznie wystarcza do refleksji przekraczającej zwyczajną amatorszczyznę. Proszę nie rozumieć tego jako wezwania do poniechania swoich filozoficznych wycieczek. Proszę jednak pamiętać o dość przenikliwej uwadze Leca "Każdy powinien znać swoje miejsce. Koń bez ułana jest zawsze koniem, ułan bez konia jest tylko człowiekiem".”
Przyznaję, że być może po prostu nie rozumiem tego, czym jest filozofia jako profesja. Wcześniej zaś przyznałem się do samouctwa i bardzo ograniczonych kompetencji. A dodam jeszcze, że środowisko, w którym się obracam ma chyba ‘na mnie alergię’ i chętnie nie przyznaje się do mnie – dla filozofów nie jestem więc filozofem, dla socjologów socjologiem itd. (napisałem o tym m.in. w artykule pt. Czy Tatarkiewicz jest do szczęścia jeszcze komuś potrzebny? Spojrzenie z perspektywy filozofii bardzo praktycznej, „Filo-Sofija”, Rok XI, 2011, nr 2-3 (13-14), s. 675-688 – link: http://www.filo-sofija.pl/index.php/czasopismo/article/view/354). …A mimo tego wszystkiego, nie widzę powodów, by czekać na czyjąkolwiek zgodę na mówienie lub pisanie tego, co myślę. Kto nie chce, niech nie słucha, niech nie czyta, niech nie drukuje itd. Jeśli swoimi tekstami daję wyraz, nieznośnej dla profesjonalistów, amatorszczyzny, trudno (i zob. j.w.). To pewnie też konsekwencja własnych preferencji – wolę bowiem (tam, gdzie to uzasadnione) oryginalnych amatorów niż profesjonalnych odtwórców cudzych myśli, których wokół – mam wrażenie – dostatek. Bezproduktywnego narzekania natomiast sam nie lubię, więc Pańska uwaga o takim właśnie odbiorze mojego tekstu, zmusza mnie do lepszego przemyślenia własnych wypowiedzi na przyszłość. Zaś co do Leca, którego cenię i chętnie czytam, myślę dość przewrotnie o aforyzmie, który Pan zacytował: ułanem się bywa(ło), i chyba podobnie jest z profesjonalnym filozofowaniem. Aspiracja konsekwentnego pozostawania człowiekiem jest dla mnie bardziej kusząca…
I na koniec napisał Pan do mnie, że kilka fragmentów mojego tekstu “po prostych zmianach mogłoby z powodzeniem posłużyć za wstęp do podręcznika marksizmu wydanego w 1948 r., gdy postulowano zamianę filozofii akademickiej w coś rodzaju ideowego poradnika dla świata pracy”…
Cóż, podręcznikowych aspiracji nie miałem… A, czy postuluję jakąś zamianę?.. Obawiam się, że filozofia akademicka w jej kształcie dotychczasowym z jakichś względów ‘demontuje się’ sama. A szkoda.
Łączę wyrazy szacunku
i pozdrowienia z Gdańska
W paru słowach odpowiem, przewidując, że to, co niżej napiszę, chyba nie będzie dla Pana satysfakcjonujące.
Pisze Pan: “Przypuszczam, że jestem Pańskim antybohaterem filozoficznym, filozofem samym w sobie, odległym od praktyki społecznej i zajmującym się jakimiś tam problemami analitycznymi a nie kimś, kto reprezentuje filozofię znaczącą moralnie. Nie wiem, jak Pan ocenia moje prace na temat filozofii polskiej, ale nie zdziwię się, gdy zostaną one ocenione jako nastawione na poklask, karierę itp.”; a potem jeszcze: “Sam jestem filozofem analitycznym i rozważam te problemy, jakie należą do jej kanonu i w sposób przyjęty na całym świecie(trudno, niech Pan to uznaje za zaściankowość)”.
Otóż, nic z tych rzeczy. Nie jest Pan moim antybohaterem filozoficznym, a Pańskiej twórczości nie uważam za zaściankową. Ale podobny jest mój stosunek również do innych autorów. Ja chyba nie mam takowych ‘antybohaterów’, a w każdym razie nic mi nie wiadomo o tym, abym takowych miał. Zaś co do ew. podejrzeń o zaściankowość?.. Cóż, samoukiem będąc, nie zdobyłem – i zapewne już nie zdobędę – kwalifikacji pozwalających mi na takie generalizacje, etykietowanie itp. Ale mam też w tej sprawie bardziej sprecyzowany ‘program’, który wyraziłem między innymi tutaj: http://wojciechzielinski.blogspot.com/2012/03/gdyby-ktos-mnie-zapyta2.html.
Pisze Pan: “Źle Pan wybrał swój wzór. Bocheński był filozofem w sobie w Pańskim rozumieniu. Wystarczy poczytać jego prace z historii logiki i filozofii teoretycznej. Temu nie przeczą jego prace sowietologiczne i rola w sowietologii. A "Sto zabobonów" traktował jako żart filozoficzny, sam mi to kilka razy powiedział. Ma Pan oczywiście prawo do prześwietlania filozofii polskiej fragmentami ze "Stu zabobonów", ale przypuszczam, że sam Bocheński byłby szczerze ubawiony taką metodą”.
Być może. Ale to zdaje się potwierdzać tezę, którą nie raz słyszałem, że ‘filozofia to nie żarty'. Jeśli Bocheński zażartował sobie pisząc o zabobonach, to dostarczył pożywki dla ich pomnażania…
Pisze Pan: “Niezależnie od tego, co jest podstawą Pańskiej diagnozy, "Sto zabobonów" czy jakiś inny pamflet w tym rodzaju, nie znalazłem w Pana tekście ani jednego (dosłownie!) przykładu, czym filozof znaczący moralnie miałby się zajmować, aby jego dokonania były pożyteczne dla zwykłych ludzi”.
Cóż, zamiarem moim nie było wskazywanie komukolwiek jakiegoś ‘właściwego’, ‘pożytecznego’ itp., faktycznego, czy przykładowego, zajęcia, przedmiotu zainteresowania itp. – wszak z jakiej racji miałbym coś takiego robić – a jedynie owo (cyt. z art.): “przyjrzenie się niektórym, poczynionym przez Józefa Bocheńskiego, słownikowym opisom zabobonów pod kątem tego, jakie może być ich metafilozoficzne znaczenie dla społecznej samowiedzy działającego dziś w naszym kraju filozofa” (s. 188). W trzeciej części artykułu, dokonując “interesownego wyboru z lekcji Bocheńskiego” (s. 200), sformułowałem siedem wezwań opisujących łącznie pożądaną, moim zdaniem, postawę. I tylko tyle. Ale oczywiście nie trzeba zgadzać się ze mną.
Pisze Pan: “Wydaje mi się, że Pan po prostu nie rozumie tego, czym jest filozofia jako profesja. Sam jestem filozofem analitycznym i rozważam te problemy, jakie należą do jej kanonu i w sposób przyjęty na całym świecie(trudno, niech Pan to uznaje za zaściankowość). Nie uważam, że każdy filozof ma być analitykiem i nie mam nic przeciwko uprawianiu fenomenologii, strukturalizmu itd. Jeśli nie zgadzam się z Baumanem, Gadaczem czy kimkolwiek innym i decyduję się na publiczną polemikę, staram się uzasadnić, dlaczego mam takie a nie inne zdanie. Tak w filozofii było zawsze i chyba niewiele zmieni się w obliczalnej przyszłości. Pan natomiast zastępuje filozofię metafilozoficznymi kondemnacjami i narzekaniami. O ile mogłem się zorientować, nie jest Pan filozofem z wykształcenia. To nie zarzut, ale konstatacja. Jest tak, że każdy nosi w plecaku filozoficzną buławę, ale nie każdy rozumie, że to niekoniecznie wystarcza do refleksji przekraczającej zwyczajną amatorszczyznę. Proszę nie rozumieć tego jako wezwania do poniechania swoich filozoficznych wycieczek. Proszę jednak pamiętać o dość przenikliwej uwadze Leca "Każdy powinien znać swoje miejsce. Koń bez ułana jest zawsze koniem, ułan bez konia jest tylko człowiekiem".”
Przyznaję, że być może po prostu nie rozumiem tego, czym jest filozofia jako profesja. Wcześniej zaś przyznałem się do samouctwa i bardzo ograniczonych kompetencji. A dodam jeszcze, że środowisko, w którym się obracam ma chyba ‘na mnie alergię’ i chętnie nie przyznaje się do mnie – dla filozofów nie jestem więc filozofem, dla socjologów socjologiem itd. (napisałem o tym m.in. w artykule pt. Czy Tatarkiewicz jest do szczęścia jeszcze komuś potrzebny? Spojrzenie z perspektywy filozofii bardzo praktycznej, „Filo-Sofija”, Rok XI, 2011, nr 2-3 (13-14), s. 675-688 – link: http://www.filo-sofija.pl/index.php/czasopismo/article/view/354). …A mimo tego wszystkiego, nie widzę powodów, by czekać na czyjąkolwiek zgodę na mówienie lub pisanie tego, co myślę. Kto nie chce, niech nie słucha, niech nie czyta, niech nie drukuje itd. Jeśli swoimi tekstami daję wyraz, nieznośnej dla profesjonalistów, amatorszczyzny, trudno (i zob. j.w.). To pewnie też konsekwencja własnych preferencji – wolę bowiem (tam, gdzie to uzasadnione) oryginalnych amatorów niż profesjonalnych odtwórców cudzych myśli, których wokół – mam wrażenie – dostatek. Bezproduktywnego narzekania natomiast sam nie lubię, więc Pańska uwaga o takim właśnie odbiorze mojego tekstu, zmusza mnie do lepszego przemyślenia własnych wypowiedzi na przyszłość. Zaś co do Leca, którego cenię i chętnie czytam, myślę dość przewrotnie o aforyzmie, który Pan zacytował: ułanem się bywa(ło), i chyba podobnie jest z profesjonalnym filozofowaniem. Aspiracja konsekwentnego pozostawania człowiekiem jest dla mnie bardziej kusząca…
I na koniec napisał Pan do mnie, że kilka fragmentów mojego tekstu “po prostych zmianach mogłoby z powodzeniem posłużyć za wstęp do podręcznika marksizmu wydanego w 1948 r., gdy postulowano zamianę filozofii akademickiej w coś rodzaju ideowego poradnika dla świata pracy”…
Cóż, podręcznikowych aspiracji nie miałem… A, czy postuluję jakąś zamianę?.. Obawiam się, że filozofia akademicka w jej kształcie dotychczasowym z jakichś względów ‘demontuje się’ sama. A szkoda.
Łączę wyrazy szacunku
i pozdrowienia z Gdańska
Etykiety:
Bauman,
Bocheński,
działanie,
edukacja,
filozofia,
Gadacz,
kultura,
Lec,
marksizm,
moralność,
nauka,
socjologia,
Tatarkiewicz,
uniwersytet,
współczynnik humanistyczny,
z mojego listu
niedziela, 7 listopada 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
