Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczynnik humanistyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczynnik humanistyczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2022

Wartość

(a) w szerokim sensie: przedmiot doświadczenia moralnego, element, aspekt rzeczywistości moralnej budzący określone zainteresowanie podmiotu moralnego; w węższym znaczeniu: moralnie nieobojętna cecha ww. przedmiotu, elementu, aspektu; (b) aksjologiczny przedmiot wyboru podmiotu moralnego, wyznacznik zachowań lub działań podmiotowych, aksjologiczna podstawa postawy podmiotu moralnego; (c) aksjologiczna podstawa normy lub oceny moralnej. Pojęcie wartości ze względu na swój formalny charakter daje się zastosować do najróżnorodniejszych zjawisk, i jest to o tyle właśnie korzystne, że nie zakreśla a priori żadnych granic nauce o wartościach moralnych (Znaniecki).

Więcej w: Wojciech Zieliński, Wartość, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 276.

poniedziałek, 19 września 2022

Subiektywizm etyczny

relatywistyczne stanowisko zajmowane w etyce; podkreśla podmiotowy charakter wszelkiego doświadczenia moralnego, wyłączną zależność moralnej praktyki – jej treści, możliwości rozpoznania, kształtowania itd. – od aktywnych, kreatywnych udziałów uczestników działania; prawdę o dobru moralnym traktuje jako własność stanu umysłu, wiedzy lub mniemań podmiotu moralnego; w wąskim znaczeniu normatywnym sugeruje konieczność lub zasadność kierowania się – w działaniu nieobojętnym moralnie, przy formułowaniu norm i ocen moralnych, przy interpretowaniu sytuacji moralnych itd. – wyłącznie osobistymi względami, racjami, przekonaniami, upodobaniami itp.; daną teorię można nazywać subiektywistyczną wtedy i tylko, gdy zgodnie z tą teorią wszelkie twierdzenie etyczne implikuje, iż ktoś zajmuje, albo ktoś pewnego rodzaju w pewnych warunkach zająłby, pewną określoną postawę wobec czegoś (Brandt).

Więcej w: Wojciech Zieliński, Subiektywizm etyczny, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 249-250.

czwartek, 1 września 2022

Sankcja moralna

konsekwencja przekroczenia przez dany podmiot określonej normy moralnej; moralny skutek zachowania, działania podmiotu, niezgodnego z uznawanym przezeń lub przyjętym w jego otoczeniu systemem wartości; (a) wewnętrzna – w postaci np. negatywnej samooceny, świadomości winy moralnej, wyrzutów sumienia itp. człowieka działającego; (b) zewnętrzna – w postaci określonej, nieobojętnej moralnie reakcji otoczenia (grupy przynależności, środowiska społecznego) na zachowanie, działanie podmiotu moralnego.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Sankcja moralna, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 237.

piątek, 9 lipca 2021

Z mojego listu do Studenta (13)

Szerzej rzecz ujmując, moja wizja uniwersytetu, jako instytucji w zakresie kształcenia wspierającej poszczególne jednostki w ich sytuacjach indywidualnie rozpoznawanych itd., od dawna przegrywa z dominującą wizją oceniająco-rozliczeniową. A nie mam żadnych tytułów czy pozycji w strukturze, które wspomagałyby tę moją perspektywę; przeciwnie, moje notowania są raczej dołujące. Inna sprawa, że mimo wszystko nie zamierzam z tej mojej wizji i pracy na jej rzecz rezygnować😊. (Jeśli będzie Pan zainteresowany, proszę zajrzeć do tekstu, który przesyłam w zał.

czwartek, 11 lutego 2021

Norma moralna

wyznacznik, miara, granica postępowania uzna(wa)nego za moralnie słuszne; element systemu normatywnego lub składnik praktyki moralnej; nakaz lub zakaz określonego postępowania nieobojętnego moralnie, wyznaczony, uznany jako obowiązujący w danym zakresie doświadczenia moralnego; jeżeli czyn stanowi elementarny człon wszelkiej moralności, norma jest najprostszą syntezą moralną, schematem czynów; nie jest prawem naturalnego układu, lecz regułą układu idealnego; nie jest porządkiem wyodrębnianym przez nas z niezależnej od nas rzeczywistości, lecz porządkiem narzucanym przez nas zależnej od nas rzeczywistości (Znaniecki).

Więcej w: Wojciech Zieliński, Norma moralna, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 181.

niedziela, 7 lutego 2021

Motywacja moralna

zespół (najczęściej różnorodzajowych) racjonalnych i pozaracjonalnych czynników, skłaniających podmiot moralny do określonych zachowań nieobojętnych moralnie, do działania na rzecz realizacji dobra moralnego, lub do zaniechania działania postrzeganego jako moralnie wątpliwe, niesłuszne itp.; w zależności od stopnia wpływu określonych, wewnętrznych lub zewnętrznych, uwarunkowań funkcjonowania podmiotu moralnego, konkretna m.m. może być nacechowana sytuacyjnie, biologicznie, psychologicznie, socjologicznie, ekonomicznie, aksjologicznie, religijnie, biograficznie, środowiskowo itd.; dla etyki zorientowanej empirycznie (Ossowska), każdorazowe rozpoznanie wszelkich faktycznych komponentów m.m. ma niebagatelne znaczenie przy formułowaniu oceny moralnej zachowań lub działań podmiotu moralnego.


Więcej w: Wojciech Zieliński, Motywacja moralna, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 175.

czwartek, 3 września 2020

Dwie „długie” myśli z krótkiego opowiadania

pt. „Czy warto wybijać zęby” (Ludwik Górski, Lubię być szczęśliwy, Warszawa 1968, s. 7-9):

Pierwsza, że „człowiek jest jak gazowa latarnia: gdy zapalisz – świeci”.

Druga, że „życie jest jak wagon kolejowy. Wagon pędzi, pędzi w dal i życie pędzi w dal. Tylko że wagon jest kolejowy, a życie jest ludzkie. I wagon, kiedy jest na bocznym torze, nie szarpie, a człowiek odstawiony na boczny tor szarpie, szarpie się w sobie”…

Czy słusznie napisałem, że te myśli są długie?

wtorek, 21 lipca 2020

Zbieraj punkty, aby móc wymieniać je

na nagrody! Udzielaj polubień, abyś też przez innych mógł być polubiony! Zapraszaj do kontaktu i poszerzaj swoje grono znajomych, by zbudować wraz z nimi relacyjny kapitał!… Co, nie stosujesz się do takich zaleceń? To czego ty jeszcze szukasz na uniwersytecie!? Prawdy?

środa, 17 czerwca 2020

Z mojego listu do Studenta (4)

Przyjmując w dobrej wierze to, co – na temat bieżących opóźnień w obowiązkach studenckich – Pan w obydwu listach napisał, uważam, że nie tylko nie ma Pan za co (zwłaszcza mnie) przepraszać i czego się wstydzić, ale wręcz, że to Pan mógłby uczyć innych odpowiedzialności, pracy z myślą nie tylko o sobie, szacowania priorytetów wobec przeżywanych trudności życiowych itp. Tak to odbieram. A studia i edukację, które sprowadzają się do uzyskiwania kolejnych stopni bez oglądania się na innych i na dobro wspólne, uważam za paliwo społecznej degrengolady, która zdaje się postępować, także w naszym najbliższym otoczeniu… Innymi słowy, materiałem własnych studiów proszę uczynić również opisane przeżywanie pandemii i jej konsekwencji w Pana świecie życia, a uzyskane w ten sposób doświadczenie i kompetencje pozwolą Panu tym bardziej cieszyć się dyplomem, który w stosownym czasie zapewne Pan wypracuje.

środa, 15 stycznia 2020

Z mojego listu ws. wyborów do Zarządu OG PTF

Odpisuję po kilku dniach zastanowienia – dziękuję za dobre słowo i zaufanie, i przepraszam, ale nic z tego😊.

Do pełnienia tej funkcji potrzeba wiary w sens podejmowanego wysiłku oraz wiary w siebie, a u mnie – po latach pracy na UG – już chyba niczego takiego nie ma😊. Bezinteresowność filozoficznego dyskutowania widzę jeszcze wśród niektórych osób, które niegdyś mnie uczyły, oraz wśród młodzieży na zajęciach i to jest bardzo budujące, ale pomiędzy jednym a drugim dostrzegam przede wszystkim skupienie delikwentów – rozmaitych lokalnych i przyjezdnych mądrali – na zbieraniu punktów do dorobku itp. I kompletnie nie interesuje mnie obsługiwanie ich pod tym względem poprzez organizowanie im odczytów w Towarzystwie😊. Mam za sobą ‘kilkunastoletni epizod’ współtworzenia i prezesowania PTFT. Mój pomysł na rolę i sposób działania Towarzystwa – mniej widowiskowy, za to bardziej dyskusyjny i seminaryjny – nie znalazł jednak dostatecznego zrozumienia i akceptacji, więc też już od lat w tym towarzystwie mnie nie ma. Ono samo jednak działa bardzo sprawnie, pełniąc kulturalną rolę na środowiskowej mapie. A ponieważ we mnie nie ma też ducha walki😊, to w ew. roli Przew. nie widziałbym sensu rywalizowania OG PTF z PTFT. Nie widzę również sensu forsowania własnej ww. wizji towarzystwa w tutejszym akademickim środowisku osób wszystko wiedzących lepiej, a przy tym bardziej tytułowanych itd. Myślę nawet, że ew. moje przewodniczenie OG PTF większość przyjęłaby z rozbawieniem, albo zażenowaniem😊.

Mówi się nie bez racji, że nasze myśli kształtują nasze życie. Cóż, nie prosiłem się o takie jak wyżej, ale takie nabyłem, więc ich w sobie nie duszę😊.

piątek, 10 stycznia 2020

Owszem, jestem gotów uznać priorytet

filozofii naukowej, jeśli tylko wskaże mi choć jeden skuteczny sposób pełnego samounicestwienia. Takiego, które obejmie nie tylko moją teraźniejszość i niedoczekaną przyszłość, ale także wszelaką przeszłość mojej obecności w świecie... I co, czy są gdzieś moce takiego wskazania?


_______________
Wojciech Edmund Zieliński, Aforyski, Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2021.

środa, 19 grudnia 2018

Uwagi o filozofii i okolicach

Z satysfakcją przyjąłem zaproszenie Redakcji „Aspektów” do napisania krótkiego artykułu na temat problemów filozofii i edukacji, a tym samym – do uczestnictwa w przedmiotowej dyskusji, toczonej na łamach tegoż czasopisma. Mam nadzieję, że lektura moich uwag nie będzie dla Czytelników czasem zmarnowanym. Piszę ze swojej, podmiotowej perspektywy, posługując się swobodną, eseistyczną, miejscami prowokacyjną formą wypowiedzi. To nie przypadek. Zalew tekstów, których autorzy czynią, co tylko możliwe, by – nikomu się nie naraziwszy – uzyskać kolejne punkty w cv, jest na tyle duży, że nie widzę potrzeby wzmagania go własną pracą. Piszę jednak z nadzieją, że nikogo tu nie urażę, a być może kogoś zainteresuję.

Tytułowe okolice filozofii to nauki z filozofią związane, to uniwersytet, to edukacja, to także życie społeczne. Oczywiście nie napiszę o wszystkim na raz – porządek i ramę wypowiedzi wyznaczą motywy, wątki zapisane kursywą i rozwinięte poniżej. Zanim jednak wprost do nich przejdę, parę wskazań bibliograficznych. Otóż, bezpośrednią inspirację własnej wypowiedzi czerpię z trzech tekstów zamieszczonych we wcześniejszych numerach Kwartalnika. A są to: (1) rozmowa „Aspektów” z prof. Marią Szyszkowską, (2) rozmowa z dr Wandą Kamińską i (3) artykuł tejże w ostatnim numerze pisma. W tym miejscu chciałbym jednak zwrócić uwagę także na wydany w roku 2015 tom „Pedagogiki Szkoły Wyższej”, zawierający materiały na temat interesującej nas tu problematyki, a wśród nich – na obszerny, erudycyjny artykuł Marka Rembierza, w którego zakończeniu autor napisał: „Uniwersytet zdaje się […] być wciąż przed nami jako humanistyczne (prawdziwie ludzkie, człowiecze) zadanie i wyzwanie, któremu – dzięki rzetelnej wiedzy i sprawności działania – trzeba umieć sprostać, wytwarzając, rozwijając i zachowując wspólnotę uniwersytecką. To zadanie i wyzwanie w szczególności adresowane jest – ze względu na zobowiązania profesjonalne i tradycję akademicką – do filozofów i pedagogów, gdyż to oni – wspólnie – dysponują intelektualnym instrumentarium, aby trafnie rozpoznawać i określać, w jaki sposób w danych warunkach kulturowych i cywilizacyjnych najodpowiedniej można współtworzyć Uniwersytet, który będzie promieniował swymi wartościami mimo naporu ideologicznych, ekonomicznych i politycznych nacisków”.

Trudno nie zgodzić się z tak szlachetnym i wzniosłym ujęciem sprawy. A jednak mam dwie wątpliwości, zastrzeżenia, które już w innym miejscu wyraziłem aforystycznie i które rysują klimat dalszych moich uwag. Otóż, z jednej strony odnoszę wrażenie, że filozofowie nieraz chętniej myślą życzeniowo niż uczą się, co sprawia, że niektóre byty uznają wciąż za niezmienne, z drugiej zaś jestem przekonany, że do realizacji wyzwania zgłoszonego powyżej nie wystarczy owo „intelektualne instrumentarium” – trzeba jeszcze odwagi działania, także z narażeniem własnych posad i karier. A tymczasem wokół tylko bojaźń i drżenie.

Potrzeba jedności myśli, słów i czynów! Rzec można: nic nowego pod słońcem. Ale niezależnie od tego, czy faktycznie w starożytności ta trójjednia była oczywistością, dzisiaj ludziom do niej bardzo daleko. Czy zatem są jeszcze filozofowie wśród „filozofów”? Mam kłopoty z ich znajdowaniem, rozpoznawaniem, itp. A jeśli zdaje mi się takowych spotykać, to raczej nie tam, gdzie o „filozofii” mówią tytuły przed nazwiskami i wizytówki na drzwiach uczelnianych gabinetów. Tam bowiem mądrość jest często tylko frazesem, a refleksyjność zadających pytania – kłopotem tych uczelnianych zbieraczy punktów, dbających o swój naukowy rozwój, niesłużący jednak niczemu ponadto. Gdy zatem, z ust rzekomych „miłośników mądrości” i okolicznych, słyszę – a słyszę często! – narzekania na studentów, że to „nieuki”, „ignoranci”, „troglodyci”, wręcz „barbarzyńcy”, pytam: Wybitna Kadro! Dlaczego, skoro tak narzekacie, szargacie swoje nazwiska obecnością w tym pogardzanym towarzystwie? Dlaczego nie zmienicie swych posad na inne?! Odpowiedź zawsze otrzymuję jedną: Milczenie.

Milczenie to mowa niewolników. Tych są jednak różne rodzaje. Niewolnika własnych ambicji dobrze scharakteryzował niegdyś francuski eseista, Jean de La Bruyère, pisząc: „Niewolnik ma jednego pana. Człowiek ambitny ma ich tylu, ilu jest ludzi potrzebnych mu do zrobienia kariery”. Niewolnika systemu opisała Wanda Kamińska. Można go poznać „po odwzorowywaniu jego [systemu] trybu – po linii wyłącznej asocjacji fraz”. Lata spędzone w takim systemie „tworzą podstawy postępującej społecznej bierności ludzi uczciwych, ale głupich, uaktywniając doskonale przygotowanych do życia inteligentnych cwaniaków”. …A ja nie chcę „filozofii”, która sprowadza się do naukowego awansu i do „inteligentnego cwaniactwa”, i która, wzorem własnych przedstawicieli, uczy swoich adeptów postaw tylko konformistycznych i korzystnego „ustawiania się” w społeczeństwie, bez troski o tych, których kosztem to robi! Oczywiście to moje „niechcenie” ma tylko tyle znaczenia, ile znajdzie w podobnej niechęci u innych.

Filozofia staje się realną siłą społeczną, jeśli zdoła porwać, poruszyć tych, którzy mają poczucie niesprawiedliwości. Obserwacja środowiska akademickiego sugeruje przekonanie, że niesprawiedliwość jest „daleko”, albo nie ma jej wcale. Z jednej strony zauważam duże i autentyczne zainteresowanie niektórych przedstawicieli kadry akademickiej chociażby losem migrantów i innych, społecznie wykluczonych, zawsze z dużym znawstwem identyfikowanych teoretycznie, z drugiej – kompletny, w kwestiach wykraczających poza obowiązki formalne, brak troski o bliskie pole, o konkretne osoby i sprawy spotykane w salach i na korytarzach uczelni. Czy to bliskie pole i światy życia zajmujących je osób są wolne od rozmaitych niesprawiedliwości? Oczywiście nie. Ale to są niesprawiedliwości banalne, niewielkie, prywatne – a więc niegodne tego, by zajmować się nimi z poziomu uniwersyteckich katedr. Zamiast absorbować sobie i innym uwagę nimi, lepiej po raz kolejny rozkładać na części pierwsze kanoniczny artykuł ważnego autora, podejmujący fundamentalne kwestie społeczne lub filozoficzne. Efekt? Po stronie licznych studentów w coraz mniej licznej studenckiej braci najpierw irytacja i niezrozumienie: „Po co czytać to, co czytam?”, potem rozstanie z „jałowym” kierunkiem; a po stronie tak nauczającej kadry …niewzruszony akademicki błogostan, wzmagany zadowoleniem z pozbycia się kolejnych „nieuków”. I tak oto, ludzie, którzy sami nie mają wiele do powiedzenia, uczą tych, co do których są przekonani, że nie mają nic do powiedzenia, tylko tego, co powiedzieli lub gdzieś napisali inni. Vivat Akademia!

Ubóstwo w kraju bierze się z ubóstwa myśli. Ubóstwo myśli bierze się między innymi z lekceważenia człowieka znajdującego się obok – z braku zainteresowania jego sprawami, słowami i działaniami. Choć mam świadomość, że to nieznośne dla tzw. „profesjonalnych filozofów”, powtórzę to, co w swoich tekstach wielokrotnie już podkreślałem: filozofia przedkładająca naukowy profesjonalizm ponad życiową mądrość swoich potencjałów pozostaje na co dzień niewiele różniącą się od innych składową ludzkiej wiedzy i życia społecznego. A w takiej postaci, na uczelniach i w szkołach może się utrzymywać tylko jako dyscyplina specjalnej troski i niepierwszej potrzeby. Wskazywana przy tym i niepokojąca niektórych dominacja socjologii nad filozofią, jest więc nieprzypadkowa. Ludziom bliżej do tego, co jest im bliższe – „filozofia” kojarzona z zarozumialstwem wszystko-wiedzących-lepiej, pociąga tylko zarozumialców.

Jestem przekonany, że sprawy ludzkie również dzisiaj mogą być wyrażane prostym a niebanalnym językiem filozofii i że wyrażane w ten sposób mogą podlegać pożądanym przeobrażeniom. Jeśli są wśród tych spraw takie, o które należy lub po prostu warto się spierać, nie wystarczy ich naukowa wiwisekcja z udziałem filozofii specjalistycznej – potrzebny jest jeszcze ich całościowy ogląd ze strony filozofii rozumiejącej, mądrościowej, praktycznej. Intelektualne efekty sporu będą bowiem jakoś zaprowadzane w życiu, a brak asysty filozoficznej zapewne szybko wypełniony zostanie asystą inną. Jeśli więc przychodzi nam narzekać chociażby na życiową infantylność dorosłych ludzi, będącą skutkiem bezrefleksyjnej edukacji, nie bójmy się zapytać o filozofię – o to, czy i w jaki sposób ona do takiego stanu rzeczy się (nie) przyczyniła. Nie bójmy się także pytać o filozofię spraw bliskich i kultury rodzimej, filozofię życia tych ludzi i środowisk, w których jest uprawiana, i do zainteresowania których często tak nieudolnie aspiruje. I nie bójmy się nie chcieć filozofii, która tylko puszy się na pawia, a okazuje papugą głosów nie swoich.

Oczywiście nie mam wątpliwości, że dla osób, które wolą podziwianie okazów; którym imponuje wyłącznie towarzystwo „wybitnych, ważnych i znanych” – postaci, autorów, spraw i zagadnień – takie uwagi, jak moje, posłużą co najwyżej do drwiny. Trudno. Dobre stosunki w środowisku są ważne, ale mają swoje granice; podzielam przekonanie, że filozofia to nie żarty! – warto ją uprawiać także za cenę bycia wykpionym. I nadal, nie licząc na przychylność „filozofów”, ufam filozofii. Wiem, że – także dzisiaj, w czasach zasypanych wiedzą – żywotna i ożywcza jest ta, która potrafi mówić wprost, a nie tylko asekurancko: „jakby”, czy „jak gdyby”. Taka mówiąca wprost filozofia jest w stanie twórczo wykorzystywać napotykaną krytykę, a przy tym – angażuje honor mówiącego i kształtuje takowy po stronie słuchacza; przełamując lęk przed jednoznacznym określaniem własnego stanowiska, uczy odpowiedzialnej rozmowy i każdorazowej złożoności tematu. Taka filozofia, która wchodzi między ludzi i żyje ich sprawami, zyskuje też społeczną wiarygodność – ludziom chce się przebywać w jej towarzystwie. Przykład Sokratesa jest w tym względzie wciąż aktualny – „filozofowie profesjonalni” znajdą jednak tysiąc powodów, by zrelatywizować jego znaczenie i na tym tle poczuć się znacząco lepiej. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że rozmaici uczelniani prymusi i hiperaktywiści w tym względzie na dłuższą metę okazują się nudni. Grają bowiem tylko „na siebie”, nie budując wiele ponad sobą wśród innych.

Więcej w: Wojciech Edmund Zieliński, Uwagi o filozofii i okolicach, „Aspekty Filozoficzno-Prozatorskie”, 2015-2018, nr (56-61)/(62-65)/(66-68), s. 23-26.

środa, 7 listopada 2018

O czasie i datach

1 września. Cóż, dzień, jak każdy inny w kalendarzu, a i kalendarz przecież raczej umowny. To, że jakiś dzień ma swój numer i to, że ileś dni mieści się pod szyldem nazwy jakiegoś miesiąca, to przecież tylko zwykła ludzka konwencja, jakiś sposób poukładania czasu według zamysłu tych, którzy czasu doświadczają, czyli nas samych – ludzi żyjących dzisiaj, tych, którzy żyli przed nami i zapewne tych, którzy żyć będą po nas. Z jednej strony to oczywiste, z drugiej – pod znakiem zapytania stawia wagę i znaczenie owej konwencji, która sprawia, że jakoś ujmujemy i liczymy czas, zapisujemy daty, a miejsca w kalendarzu wypełniamy rozmaitymi treściami i mniej lub bardziej przejmujemy się nimi. Jakże wiele spraw w naszym życiu wiąże się z różnymi datami…

Czas jest źródłem rozmaitych paradoksów, sam przecież jest paradoksalny. Pisał filozof, św. Augustyn w swoich Wyznaniach: „Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”. Nasze doświadczanie czasu często jest ambiwalentne. Z jednej strony chcemy, aby go nam nie brakowało, z innej – dłuży nam się, gdy wlecze się nazbyt powoli. Ale ambiwalentne są także w jakimś sensie daty. Data, jako znacznik jakiegoś wydarzenia może być źródłem naszej radości, satysfakcji, ale bywa także źródłem cierpienia lub smutku. Weźmy choćby za przykład jakąś datę z naszego życia, która ma utrwalone zwyczajem znaczenie. Oto przywykliśmy do świętowania własnych urodzin. Cieszymy się z tego, że w określonym dniu odwiedzają nas bliscy, składają nam życzenia, cieszą się naszą obecnością, a my cieszymy się z ich wizyty. Ale, gdy w danym, ważnym dla nas dniu, mimo naszych zaproszeń i oczekiwań nikt się nie pojawia, data, która dla nas jest nieobojętna, sprawia nam jakiś rodzaj smutku – owszem, nie ona sama, ale to, że pod nią nie zapisała się wizyta tych, na których obecność w danym dniu liczyliśmy. I nie ma tu chyba do końca pewności, czy więcej waży wówczas owa nieobecność gości, czy może jednak nasza własna pamięć tej nieobojętnej daty.

Jeśli na słowa zapisane powyżej spojrzymy również z pewnego dystansu, zobaczymy i tę cechę czasu, jaką jest nasza zwykle osobista jego formuła; to, jak bardzo prywatnie czas jest z nami związany. Czas jest moim doświadczeniem osobistym – każdy może to przecież sobie zgodnie z prawdą powiedzieć. Rozważając czas, w jakimś sensie rozważam zatem siebie samego. Innymi słowy, jestem (w) centrum tego, co jest rozważane. Świat, przestrzeń, czas kręcą się jakoś wokół mnie, ja jestem tego osią, a zarazem początkowym i końcowym jej punktem. W pewnym sensie przeszłość i przyszłość skupiają się w owej teraźniejszości, której właśnie tu i teraz doświadczam. Ale ten osobisty, doświadczeniowy charakter czasu ma także ponadjednostkowy wymiar. Oto nasz czas jest zarazem czasem naszego pokolenia; każde pokolenie wyznacza własną miarę własnego czasu…

O tym, że chyba nie są to puste słowa, świadczą nasze doświadczenia zmagań z ludźmi poprzednich i nadchodzących po nas pokoleń. Każdy z nas ma zapewne doświadczenie sporu z tymi, którzy – jako starsi – o różnych sprawach wiedzieli i wiedzą od nas więcej i lepiej, i być może każdy, a przynajmniej wielu z nas ma doświadczenie sporu z tymi, którzy – jako młodsi od nas – winni się od nas, naszym zdaniem, uczyć, a czynią to z jakimś niezrozumiałym dla nas oporem. Kiedy spojrzeć na to z dystansu, okazuje się, że nasz czas, czas naszego pokolenia, nie jest w pełnym tego słowa znaczeniu tym samym lub takim samym czasem, jakim był czas poprzednich i jakim będzie czas nadchodzących po nas pokoleń. W pewnym sensie tak my, jak i nasi rodzice, jak i nasze dzieci, żyjemy w różnych światach – światach właściwych temu czasowi, jaki jest dany ludziom danego pokolenia.

Powróćmy jednak od czasu do dat. Ważnej dacie warto bowiem przyjrzeć się pod kątem również tego, na co pozwala nam czas jej przeżywania. Jeżeli komuś na przykład dane było wygrać na loterii w dniu, którego data przypominała mu przeszłe złe doświadczenie, to zapewne właśnie sytuacja wygranej przeważyła nad tamtym przykrym, związany z poprzednim czasem, uczuciem. Jeżeli ktoś o ważnej dla siebie dacie, na przykład urodzinowej, zapomniał dlatego, że właśnie zajęty był niezmiernie inspirującym dla siebie działaniem, to przecież żadne „niespełnienie” tej daty przez zapowiadanych, ale nie przybyłych gości, nie przesłoni tego, co w danym dniu okazało się jednak daleko ważniejsze.

Jak zatem myśleć o 1 września? Odpowiedziałbym: Warto myśleć nie tylko patetycznie, ale również zwyczajnie i całkiem praktycznie. To przecież data, która kojarzy się z początkiem roku szkolnego, a czyż szkoła nie jest aby męką dla uczniów? Wiadomo, bywa. Zwłaszcza wtedy, gdy pierwej jest męką dla nauczycieli, czyli, gdy ci swoją pracę traktują jak dopust boży i nie omieszkają przenosić tej frustracji na swoich uczniów. Jeśli więc na datę pierwszego września spojrzeć jako na datę początkową, znak nowego okresu pewnej pracy do wykonania i niewątpliwego w tym celu wysiłku, to może stać się ona swego rodzaju datą zobowiązującą do tego, aby w tym nowym roku, w tym przypadku szkolnym, uczynić coś dobrego, czego nie udało się uczynić wcześniej, a wyeliminować choćby część owego zła, jakie już wcześniej w edukacji nam doskwierało.

A ta smutna 1-wrześniowa data roku 1939? Chyba wystarczy na koniec tylko takie pytanie: Co powiedzieliby o nas ludzie tamtego czasu, gdyby dane im było zobaczyć naszą teraźniejszość, a nam – ze zrozumieniem usłyszeć ich słowa?…

[Wojciech E. Zieliński, O czasie i datach, "Na Rozstajach", 2018, nr 8 (316), s. 12.]

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Newman i prostomyślność

Jakiś czas temu na stronie internetowej portalu Fronda.pl przeczytałem artykuł ks. Roberta Skrzypczaka, zatytułowany Wznieśmy toast: za sumienie i za papieża! (2010). Autor przywołuje w nim postać Johna H. Newmana (1801-1890) – angielskiego duchownego i filozofa wiary, konwertyty (1845) z anglikanizmu na katolicyzm – który 19 września 2010 r. został wyniesiony na ołtarze przez papieża Benedykta XVI i o którym Papież wyraził się wówczas następująco: „W błogosławionym Johnie Henrym tradycja szlachetnej uczoności, głębokiej mądrości ludzkiej i niezgłębionej miłości do Pana zrodziła bogate owoce, jako znak stałej obecności Ducha Świętego w głębi serca ludu Bożego, przynosząc odtąd obfite dary świętości” (podaję za https://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x33059/nowy-blogoslawiony-john-henry-newman/). Dodajmy, że dniem liturgicznego wspomnienia bł. Johna H. Newmana ustanowiono 9 października.

We wskazanym na wstępie artykule ks. Skrzypczak tak pisał o Newmanie i Benedykcie XVI:

„Obu łączy poszukiwanie wiary solidnie uzasadnionej danymi rozumu, brak lęku wobec postępu i zdobyczy nauki oraz zainteresowanie dialogiem ze sposobem myślenia współczesnego człowieka. Beatyfikacja kardynała Newmana oznacza zaproponowanie uwadze opinii publicznej «człowieka sumienia», jak go nazwał papież. Angielski konwertyta podejmował się wyjaśnienia ludzkiej egzystencji, wychodząc od danych sumienia, tego niezwykłego organu duchowego, w którym odbywa się dialog pomiędzy Bogiem a duszą człowieka. Dla niego sumienie było królową życia moralnego, której nic i nikt nie ma prawa pozbawiać tronu”. Przy tym, Autor artykułu za Błogosławionym podkreślił: „Dla człowieka wiedzionego autentycznym pragnieniem poznania [prawdy] nie może istnieć żaden antagonizm pomiędzy wiarą a rozumem, wolnością a sumieniem. Wszystkie one wzajemnie się potrzebują i podtrzymują”. I wszystkie „są tymi elementami rzeczywistości, które razem przetrwają bądź też razem legną w gruzach”.

12 maja 1879 roku John Henry Newman został przez papieża Leona XIII ustanowiony kardynałem – przyjął wówczas zawołanie: Cor ad cor loquitur (serce mówi do serca). Pociągało go bowiem – przypomniał ks. Skrzypczak – „chrześcijaństwo mądre i potrzebne człowiekowi, radosne i pogodne. Chrześcijaństwo Boga, który pokochał ludzi w Chrystusie”.

Chętnie, gdy tylko mam możliwość, sięgam do lektur związanych z postacią i twórczością Johna H. Newmana. Swego czasu studiowałem je dokładniej, pisząc pracę magisterską o – niejako czerpanej z analizy sumienia – argumentacji za istnieniem Boga. Moje poczynione przy tej okazji refleksje o byciu człowiekiem sumienia i o uosobieniu tego w biografii Newmana, opublikował później tygodnik „Niedziela” (1995). W tym miejscu chciałbym przywołać trzy myśli wzięte od samego Newmana, by zachęcić do łącznej refleksji nad nimi:

(1) „To, jakim jestem, jest wszystkim, co mam. Stanowi to mój istotny punkt widzenia, który muszę przyjąć z góry jako prawdziwy, inaczej myśl jest tylko czczą zabawą, niewartą zachodu”. (2) „Jeśli próbujemy uczynić człowieka moralnym i religijnym przez biblioteki i muzea, to konsekwentnie weźmy sobie chemików na kucharzy i mineralogów na murarzy”. (3) A „jeżeli chodzi o skuteczność działania, to nawet fałszywe poglądy mają większy wpływ na otoczenie i zapewniają większy szacunek, niż brak jakichkolwiek poglądów”.

Znam ludzi zarazem dobrze wykształconych i gorliwie wierzących, a jednocześnie – przynajmniej takie odnoszę wrażenie – pozbawionych tej mądrej prostomyślności wskazywanej przez Newmana. Zawsze gotowi do mierzenia innych nie tylko wzrokiem, znają właściwy poziom wiedzy, kultury, obycia, uprawianej nauki lub sztuki, świadczonego patriotyzmu i tym podobnych – wymagany do tego, by uznanym być w danym zakresie za kompetentnego, uprawnionego, powołanego do danego działania. O niektórych takich recenzentach cudzych kompetencji wręcz myślę, że być może już siedzą po Boskiej prawicy – znając wieczną Prawdę, Dobro i Piękno bez pośrednictwa doczesnych namiastek – a chwilowo tylko goszczą na ziemskim padole, oddelegowani do tutejszego plebsu, by przekonać się, jak tenże niskiego jest poziomu i stanu…

Newmana pamiętam zupełnie inaczej – jako chrześcijańskiego miłośnika mądrości, oddanego Absolutowi, ale przy tym otwartego na prostotę ludzkiego doświadczania wiary, moralności i wiedzy. Ta chrześcijańska, ewangeliczna otwartość, czerpana choćby z jego Logiki wiary (tyt. oryg. An Essay in Aid of a Grammar of Assent, 1870), pozwala szanować człowieka kierującego się w działaniu własnym sumieniem i dostrzegać wagę okoliczności i procesów, jakie takim go ukształtowały. I pomaga zrozumieć, dlaczego zasoby bibliotek, muzeów i innych instytucji wysokiej kultury nie wystarczą, by same przez się kogokolwiek uczynić mądrym i dobrym.

[Wojciech E. Zieliński, Newman i prostomyślność, "Na Rozstajach", 2017, nr 1 (298), s. 12.]

poniedziałek, 18 lipca 2016

Gdyby ktoś mnie zapytał (5)

o powody mojej "nieobecności w środowisku", odpowiedziałbym następująco:

Nie ukrywam tego, co robię - czego dowodem jest chociażby moja pisanina w niniejszym blogu i wskazane na jego podstronach przejawy aktywności - ale nie mam zwyczaju dopraszania się zainteresowania tym u innych (choć, kto wie, czy owi inni też tak to odbierają). Zatem, gdy z ich strony z zainteresowaniem się nie spotykam, zwyczajnie robię swoje, a jednocześnie "nie zgłaszam się", "nie występuję", "nie rejestruję", "nie bywam"… I już nie doświadczam tego jako straty - przypuszczam, że z wzajemnością.

środa, 2 grudnia 2015

Z wizytą u Brzozowskiego. Pretensje

do polskiej filozofii spisane naprędce

[artykuł jak wyżej zatytułowany, a zamieszczony poniżej, napisałem w lutym 2012 r. (w oryginale zawiera 55 przypisów i 14 pozycji bibliograficznych) - jako merytorycznie rzekomo nazbyt ogólnikowy, nie znalazł uznania recenzentów i dotychczas nie był publikowany]



Do Brzozowskiego poszedłem na chwilę, pospiesznie, właściwie przypadkiem – ot, po prostu: namówiono mnie, abym go odwiedził a potem kilka słów o tym napisał. Gdy wszedłem, usłyszałem jak mówił do obecnych już u niego słuchaczy:

„Dwa rysy uderzają mnie szczególniej we współczesnej umysłowości polskiej – na pozór przeciwstawne sobie zupełnie, a jednak dopełniające się wzajemnie, i z tego samego lub przynajmniej pokrewnych płynące źródeł. Nazwałbym je lekceważeniem ideowości z jednej strony i rezygnacją z rzeczywistości z drugiej. Pierwszą z nich napotyka się najczęściej u naszych publicystów i to często nawet najpoważniejszych, najbardziej znanych i najsumienniejszych, drugą u ludzi zajmujących się zagadnieniami tzw. wyższej kultury, a więc filozofii, sztuki itp. Pierwsi z niecierpliwą wzgardą, w najlepszym razie z protekcjonalną pobłażliwością, traktują wszystkie rozprawy, z których nie wypływa bezpośrednio żaden praktyczny wniosek, które nie zwalczają czegoś w obecnych stosunkach, nie usuwają lub nie przekształcają; drudzy – nie zastanawiają się nad tym, jakie znaczenie może mieć to, co mówią oni i piszą, poza ulgą, jaką sprawia wypowiedzenie się”.

Przylgnęły do mnie te słowa, bo też dobrze się zgrały z myślami moimi. Może więc nie będzie ten mój czas zmarnowany – spekulowałem – a te moje żale kołaczące mi w głowie może jednak znajdą tu choć nić zrozumienia. I przypomniałem sobie to, co już kiedyś o Brzozowskim czytałem.

On przecież uważał, że myśl ludzka powinna przybierać czynny i życiowy charakter – skoro cała „rzeczywistość ludzka to jest ludzka działalność”, a nie ma innej niż ta, którą człowiek czyni. Na cóż więc i komu spekulacje jałowe, gdy nie znajdzie się dla nich chęć wykorzystania; ale na nic też bezmyślny aktywizm, gdy nie poda mu wsparcia myśl poukładana. Każda idea – choć z działania nie wyrasta, bo pozostaje manifestacją wolności „moralnego wnętrza” człowieka i jego odrębności wobec otaczającego świata – sprawdza się w działaniu. Niebezpieczeństwo popadnięcia w stan bierności i przystosowania pojawia się wówczas, gdy to, co obiektywnie dane, potraktowane zostaje jako konieczna rama twórczego działania i niezbędny element realizacji podmiotowej wolności.

By lepiej rozumieć funkcjonowanie społeczeństwa i kultury Brzozowski wychodził wszak od jednostki i właśnie tejże, operując narzędziami filozoficznego indywidualizmu, przyznawał decydujące znaczenie w ich kształtowaniu, podkreślając, że „pierwotna wobec każdej zewnętrzności jest historyczna działalność człowieka”. Podzielał też przekonanie Marksa, że „ludzie są jednocześnie autorami i aktorami swojego dramatu” i uznawał, że także filozof w głównej mierze „przekazuje to, co tkwi w jego wnętrzu” i co wiąże się z systemem wartości kulturowych miejsca i czasu, w których przyszło mu żyć. Rzec chyba można, że o świecie i o ludziach pisał więc Brzozowski z humanistycznym współczynnikiem, jak choćby w tym, w Filozofii czynu dawanym, przykładzie różnych określeń lasu przez różnych ludzi widzianego, gdy podkreślał, że żadna skończona liczba takich określeń nie wyczerpie złożoności rzeczonego pojęcia i wielości jego faktycznych form. Rzeczy są bowiem tym, co pojawia się w ludzkim doświadczeniu. Nie dziwota więc, że i filozof opisuje świat takim, jakiego nie tylko swym zewnętrzem, ale i własnym wnętrzem doświadcza. Bo też dla filozofa życie osobiste pozostaje źródłem twórczości – choćby to tylko „we wnętrzu własnej duszy zamknięte”, skoro do „istoty rzeczy” tylko ten sięga, kto się z nią w sobie samym zmagać musi – a też życie własne jest jedyną drogą do własnego stylu i do własnej formy twórczości.

I taki był Brzozowski – wolał pracować samodzielnie, co też wszystkich drażniło. Na swoich czytelnikach „robił wrażenie opętanego walczącego w próżni”, co wiązało się z jego „samotniczym trybem życia upływającego jedynie pośród doświadczeń czytelniczych” i co sprawiało, że żył i pracował właściwie „sam wśród ludzi”; i ponoć tak też się czuł, nie potrafiąc w stosunkach międzyludzkich wyjść poza skrajne stany uczuciowych emocji: miłości i nienawiści. Bo wiedział, że być człowiekiem to znaczy tworzyć, kształtować rzeczywistość, czynić zmianę w świecie, materializując intelektualne idee i wartości moralne, także za cenę tymczasowego pogorszenia jakoś już poukładanych stosunków z innymi. Twórczość, to bowiem bezkompromisowe czynienie świata przyrodniczego i społecznego światem lepszym. A jej podstawowym warunkiem jest to, aby człowiek był i zarazem czuł się wolny! – niczym artysta, który w twórczym akcie jedynie (ze) sobą pozostaje, wolnym będąc od zewnętrznych determinantów czynionego działania. Ucieleśniana poprzez sztukę – także sztukę życia i kreowania rzeczywistości – idea wolności wyraża się więc w możności i chęci tworzenia wedle własnej woli. Twórczość odpowiedzialna – której nośnikiem jest rzeczona wolność i bezinteresowność tworzenia – winna jednak posiadać filozoficzną samowiedzę i w ramach tejże winna określać swe cele…

Wyrwany z zamyślenia nad tą dawną lekturą, znowu usłyszałem słowa Brzozowskiego: „Nie ma narodu tak mało poszanowania mającego dla indywidualności twórczej, twardą pracą wykuwającej sobie rozumienie świata, władzę nad nim, jak my właśnie. Każdy gotów tu uznawać cudzą formę indywidualnego kaprysu, byleby ogólna podstawa, całej klasie wspólna beztroskliwa wygoda nie została zagrożona”, i gdy inne narody w trudzie budują własne kultury, my pozostajemy tylko gapiami.

No, właśnie – pomyślałem – ta obrzydliwa wtórność dzisiejszej polskiej filozofii i jej niewiara w możność twórczego społecznego oddziaływania; jej jęki, stękania i zachwyty nad tym, co tylko z zewnątrz do niej przychodzi, i pozostawianie odłogiem faktycznego losu ludzi tu i teraz żyjących, tu i teraz wychowywanych i edukowanych, i tworzących dzisiejsze polskie społeczeństwo…

Przecież pisał w swoim czasie Brzozowski, że idea „sama przez się światem nie rządzi” i że go sama przez się nie zmieni – włada życiem „jedynie poprzez rękę człowieka”, i przekonywał, że choć są to myśli „stare jak świat” i „proste jak tabliczka mnożenia”, to nadal wydają się „jedyną możliwą podstawą filozofii”. „Prosty akt przetwórczy więcej zmienia w świecie niż tysiące definicji”. Rezultaty ludzkiego działania, a nie samych tylko spekulacji myślowych, są zatem miernikiem wartości twórczej aktywności człowieka. I był to sprzeciw Brzozowskiego – w końcu: ideologa inteligencji! – wobec gnuśnego i bezideowego przeżywania życia, właściwego tej bezwolnej, biernej, impotentnej, inteligenckiej masie tworzącej zdziecinniałą kulturę a pasożytującej na pracy innych i tłumaczącej społeczne realia takowego funkcjonowania, jako nie przez nią wykreowane.

Dzisiaj także przecież nie ma chętnych do wzięcia odpowiedzialności za stan spraw społecznych w Polsce – za tych spraw „dwuobiegowość”, za niezdolność lub niechęć licznych podmiotów do współpracy ponad rozmaitymi podziałami, za marginalizowanie lub wykluczanie z debaty publicznej jednostek nieposłusznie myślących, itd. – winne są tylko bezosobowe procesy, przemiany, struktury, oddziaływania; winna jest najnowsza historia, lecz nie ludzie, którzy ją wykreowali. A tymczasem polscy filozofowie organizują sobie zjazd w czterogwiazdkowym hotelu, by dopiero tam podejmować „najważniejsze kwestie rozwoju myśli filozoficznej w Polsce i innych krajach Europy oraz statusu nauk filozoficznych wśród innych dyscyplin naukowych”… No pewnie, niech się tylko myśl filozoficzna rozwija, a sprawy dzisiejszej polskiej „ulicy” niech rozwiążą się same. Wszak pod hotelowymi gwiazdami trzeba mieć odpowiedni (na)strój, prestiż i maniery, i zapewne nie ma tam miejsca na te podwórkowe spory o życiowe „banały”, które toczą jeszcze ci naiwni, którym nie tylko na własnym dobru zależy, i których już nie toczą ci skutecznie wykarmiani medialną papką gotowych odpowiedzi na względnie kłopotliwe pytania. Brzozowski pokładał wolnościowe i kulturotwórcze nadzieje we współczesnym mu proletariacie, widząc, że „każda inna klasa społeczna broni tylko własnych interesów, wbrew innym i ich kosztem”. Zaryzykuję twierdzenie, bo też nie wiem, czy już ktoś o tym pisał, że kilkadziesiąt lat później polska Solidarność roku 1980 zrealizowała ten idealistyczny zamysł Brzozowskiego i na tym budowanie kultury wolności w naszym kraju się zakończyło – klasa robotnicza znikła, a wraz z nią zanikła publiczna praktyka skutecznej walki o dobra nie tylko własne. Filozofowie, w których co niektórzy pokładają jeszcze jakieś nadzieje, również preferują dziś raczej hotelowe zacisze niż publiczną aktywność.

„Dla twórcy kultury wszelka rzeczywistość jest zadaniem” – docierają znów do mnie słowa Brzozowskiego. On sam w swoim czasie wyraźniej niż inni dostrzegał „atmosferę przesilenia ideologicznego i umysłowego w Europie i atmosferę tę wiązał także z sytuacją historyczną oraz kulturową własnego narodu”. Wszak dla wielu ludzi był to czas szybkiego uświadamia sobie iluzoryczności dawnych, rewolucyjnych haseł wolności, równości i braterstwa, skoro w dobie ekonomicznej i politycznej dominacji kapitału wielkoprzemysłowego stawały się one, wraz z ideą demokracji parlamentarnej, wyraźnymi narzędziami polityki warstw posiadających. Rzekoma wolność, równość i braterstwo wszystkich okazało się mistyfikacją. A czy coś dzisiaj jest mistyfikacją?…

Autor monografii Brzozowskiego tak pisał w latach siedemdziesiątych XX wieku: „Dzień dzisiejszy przynosi potwierdzenie tego, że wysoka technika może być zabójcza dla kultury, jeśli przyczynia się do pogłębiania różnic społecznych, rodzi przesyt konsumpcyjny i deprawację moralną. Bogactwo konsumpcji i rozkwit techniki, a jednocześnie nędza i ubóstwo duchowe, brak odpowiedzialności za chwilę aktualną i przyszłość, chęć użycia i spożycia bez jednoczesnego udziału w wytwarzaniu – to negatywne zjawiska społeczne gnębiące dzisiaj wysoko rozwinięte kraje Zachodu”. Ciekawostką niech będzie fakt, że te słowa w egzemplarzu książki przeze mnie czytanej, a wypożyczonej z uczelnianej biblioteki, zostały bardzo wyraźnie przekreślone przez jakiegoś dawniejszego jej czytelnika – być może wówczas, gdy wydawały się jedynie wyrazem antyzachodniej propagandy uprawianej przy okazji naukowego pisania. Ale czy autor tych wyraźnych przekreśleń podtrzymałby je także dzisiaj? Nie mam co do tego pewności…

I znowu z zamyślenia wyrwał mnie Brzozowski, ten niepokorny mówca, który w roli „myśliciela-wychowawcy” uczy swych słuchaczy wewnętrznej swobody i duchowego samostanowienia, w świecie owładniętym mirażami pozytywizmu. Bo mówi oto, że życie wielu ludzi „jest czynem, jest walką, gdzie każda godzina jest wysiłkiem, gdzie miłość i nienawiść nie stały się jeszcze czczym, do dekoracji własnej nicości służącym nastrojem”. I choć mówi to także do mnie, człowieka cały wiek po nim żyjącego, wiarygodnie i aktualnie brzmią jego słowa, że „to całe i prawdziwe życie społeczeństwa polskiego, jego głucha i podziemna walka – jest dla «inteligentnego ogółu» polskiego dziedziną tajemniczą, w której jest wszystko możliwe i o której nic pewnego powiedzieć się nie da”. Bo także dzisiaj, „wobec śmiertelnej walki, w której giną najszlachetniejsze jednostki” – sto lat temu dosłownie, a dzisiaj chociażby wykluczanymi będąc z politycznie poprawnego obiegu – „inteligencja [czytaj także: filozofia] polska odgrywa rolę w togę sędziowską udrapowanego widza. Lecz tajemnicą jej sędziowskiego spokoju – jest jej bierność, bierność wyrażająca prawdziwy, najistotniejszy stan jej ducha”; niczym ukonstytuowana w trybunał, spogląda co najwyżej z wysoka, nie sprzeciwiając się „zatruwaniu i wynaturzaniu dusz” przez miałkość kultury, tworzonej bez jej aktywnego udziału.

Ale nawołuje Brzozowski: „Tę maskę sędziowskiej dystynkcji zniszczyć, zedrzeć, przepalić potrzeba”! Niechże więc także nasza filozofia przestanie być rzeczą niczyją, niech ugnie się pod naporem tych problemów rzekomo banalnych, o które jeszcze na szczęście spierają się myślący ludzie, i niechże pomoże w ich rozwiązywaniu! I niechże się ona zreflektuje w realnym świetle i niechże się objawi w takiej postaci, w jakiej przedstawia się jej problematyka, „gdy jest ze strony życia widziana”.

Niestety, mam wrażenie, że nasza filozofia jedynie – co najwyżej z zaciekawieniem – przygląda się tym codziennym zmaganiom ludzi, którzy ją otaczają, i wypatruje końca tych zmagań z obawą, by tylko sama z ich powodu zanadto nie ucierpiała; niczym prostytutka, czekająca na rezultat ulicznej walki, mającej rozstrzygnąć komu przypadnie w końcowym udziale. Jeśli tak jest, to i nie dziwota, że staje się swoistą „cieplarnią przyzwoitego, dobrze wychowanego głupstwa”, i że dziś już tylko samą siebie konsumuje, nie tłumacząc się światu ze swojej postawy.

Męczy mnie jednak ta miałkość filozofii kanapowo-biurkowej, męczy mnie bierność i bezideowość środowiska filozoficznego – tego i takiego, jakie znam i jakie mnie otacza – jego zamykanie się w kręgach własnych, wąskich zainteresowań specjalistycznych, a pozostawianie odłogiem spraw publicznych, spraw społecznych, spraw polskich, zakładam, że w dużej mierze wspólnych zarówno osobom z tego środowiska, jak i ludziom, którzy do tamtych, pełnego miłości własnej, kręgu nie należą; spraw wspólnych i dlatego ważnych! Mierzi mnie sprowadzanie miary tych spraw wspólnych do poziomu banału, bo uważam, że jest to jedynie maskowanie filozoficznej niemocy, maskowanie ucieczki filozofów od spraw faktycznie trudnych; spraw, na rozpatrywaniu których można zapewne stracić: naukowo, prestiżowo, środowiskowo, towarzysko, finansowo itd. Czy można być filozofem – to znaczy chyba jednak kimś innym niż tylko osobą naukowo zajmującą się filozofią – nie podejmując aktywności publicznej? Być może można. Ale jeśli głośne wypowiedzenie tego, o czym się myśli, że powiedzieć należy – a to jest przecież elementarna forma aktywności publicznej! – odkłada się do czasu spłacenia zaciągniętego kredytu, do czasu uzyskania wymarzonego awansu lub osiągnięcia jakiegoś innego tymczasowego dobra, to chyba znaczy, że się tym filozofem nie jest! To chyba znaczy, że się jest, co najwyżej, osobą naukowo zajmującą się filozofią, a „filozofem” co najwyżej „cieplarnianym” – takim, co tylko egzotyczne, albo też całkiem pospolite swoje „warzywka” uprawia, albo takim, co tylko od ósmej do piętnastej urzęduje, albo w innym przedziale godzinowym swoją „misję” wypełnia…

Filozofia, której nie stać na czynne samookreślenie się, także wobec spraw publicznych, o których dyskutuje dzisiejsza ulica – ta dosłownie pojęta i nierzadko marginalizowana w mainstreamowym przekazie, i ta pojęta wirtualnie, ale przez to przecież nie mniej rzeczywista – staje się sentymentalnie i kłamliwie nijaka, i jako taka wręcz demoralizuje. Poprzez własną bierność partycypuje w pomnażaniu wyrafinowanej obłudy i w urabianiu nijakiego człowieka, który „we wszystkich instynktach swoich [staje się jedynie] istotą prywatną, czymś bezkształtnym, nie posiadającym w sobie żadnej zasady ani mocy samostanowienia, bierną miazgą, którą wszystko przekształca i urabia”. I bez skrępowania za Brzozowskim powtórzę, że nijakość dzisiejszej polskiej filozofii przyczynia się do przekształcania „duszy polskiej w duszę niewolniczą, nie mającą w sobie żadnego centrum; żadnego ogniska samookreślającej mocy i za jedyną cechę indywidualną mającą bierną i podatną wobec wszelkich wpływów plastyczność”.

Mogę sobie pozwolić na takie pisanie, bo co najmniej od kilkunastu lat rozglądam się za współczesną polską filozofią, która odgrywałaby jakąś praktyczną rolę poza murami uniwersytetów – i tym podobnych specjalistycznych miejsc odosobnienia – i filozofii takiej nie znajduję. I nic to, że powyższym stwierdzeniem zapewne ciężko się narażam przedstawicielom polskiej filozofii – bo jedni powiedzą, że zadaniem tejże nie jest odgrywanie żadnych ról praktycznych, a drudzy dodadzą, że formułując tak ogólne opinie wykazuję się tylko daleko idącą igno(a)r(og)ancją, która zwalnia potencjalnie zainteresowanych z potrzeby formułowania pod moim adresem jakiejkolwiek polemiki. Nie zrażając się jednak ewentualnymi – bo, czy ktoś mój tekst przeczyta?! – głosami jednych i drugich, czyli konsekwentnie domagając się filozofii praktycznej i licząc się z ignorowaniem tego domagania, pozwolę sobie pisać i brnąć dalej w tym moim zmaganiu o filozofię żywą, a nie tylko prawdziwą. Chcę bowiem filozofii zdolnej ujmować ludzką słabość, bojaźń, biedę, cierpienie, egzystencjalną troskę człowieka o bliskich i o siebie samego, i chcę, żeby była to filozofia nieoderwana od społecznych realiów jej uprawiania. I, jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało, mam pretensje do współczesnej polskiej filozofii o to, że taka nie jest; że nie uczestniczy w sporze o dobra publiczne naszego kraju; że własnymi kompetencjami nie stara się bronić jego najsłabszych obywateli; że intelektualnie nie dba o człowieka starającego się – tu i teraz – zachować moralną przyzwoitość własnego działania, a przez to często poniewieranego przez struktury i gremia promujące cwaniactwo…

„Ci to ludzie, którzy umieją chodzić w dziurawych butach, a kupić książkę, sprawiają, że nie dziczejemy” – wciąż mówi Brzozowski, ale ja, niestety, z powodu natłoku myśli i spraw rozmaitych, muszę już zakończyć tę moją krótką w jego domu wizytę. Wychodząc, słyszę jeszcze to pouczenie: „Człowiek, aby mógł tworzyć, musi się czuć w pewnym znaczeniu pierwszym, musi się czuć początkiem, źródłem własnej swej twórczości; inaczej będzie mu zbywało na powadze; musi mieć wiarę, że w dziele jego idzie mu o dzieło, że jest ono dziełem rzeczywiście”, a „kto nie ma nic do powiedzenia światu, kto nie ma w sobie jasnej odpowiedzi, po co pisze, w jaki sposób chce na bieg życia oddziałać – niech milczy”.

środa, 6 maja 2015

Fakt moralny

„przedmiotowy składnik podmiotowego doświadczenia moralnego; stan rzeczy lub zdarzenie (za)rejestrowane w obrębie praktyki moralnej przez określone podmioty moralne; jego obserwacja i analiza – podobnie, jak ma to miejsce w przypadku obserwacji i analizy f. pozamoralnego – są teoretycznie obciążone, tu czynnikiem obciążającym, a zarazem różnicującym przebieg i wyniki rejestracji f.m., są idee, wartości, normy moralne itp., uznawane przez poszczególnych obserwatorów (uczestników) praktyki moralnej”.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Fakt moralny, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 101.