Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wartość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wartość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2025

Gdzieś przeczytałem, że w etyce przywództwa ważne jest

aby liderzy promowali otwartą komunikację, aby każdy członek zespołu czuł się jako wartościowy i mógł wnosić swój wkład do wspólnego działania. I że zespół funkcjonuje najlepiej, gdy wszyscy są zaangażowani w proces decyzyjny… I znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia – że nie angażuję się w proces decyzyjny; że nie dokładam moich starań do wspólnego działania; że nie pomnażam wartości społecznych relacji. Przypuszczam, że takie wyrzuty dopadają mnie zawsze wówczas, gdy mi się wydaje, że należę do jakiegoś zespołu.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Wybór moralny

podmiotowy akt selekcji lub twórczego przetworzenia, kształtowania treści doświadczenia moralnego, praktyki moralnej, rzeczywistości moralnej; opowiedzenie się podmiotu moralnego na rzecz określonej idei, wartości, normy moralnej; podjęcie bądź zaniechanie określonego działania nieobojętnego moralnie; stanowi wyraz potencjalnej lub aktualizowanej w czynie wolności i odpowiedzialności podmiotu moralnego.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Wybór moralny, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 283.

poniedziałek, 17 października 2022

Więź moralna

to, co łączy, zespala ludzi ze sobą na poziomie działania moralnego, w sferze szeroko pojętych obyczajów; podstawa jednoczenia się podmiotów moralnych wokół określonych wartości moralnych, uznawanych norm moralnych, formułowanych ocen moralnych, podejmowanych zadań, pełnionych funkcji itp.; generuje wzajemne zaufanie, lojalność i solidarność podmiotów moralnych, sprzyja wypełnianiu moralnych powinności; w szerszym znaczeniu: podstawa wzajemnej akceptacji podmiotów moralnych jako równoprawnych uczestników działania komunikacyjnego.

Więcej w: Wojciech Zieliński, Więź moralna, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 279.

poniedziałek, 10 października 2022

Wartość

(a) w szerokim sensie: przedmiot doświadczenia moralnego, element, aspekt rzeczywistości moralnej budzący określone zainteresowanie podmiotu moralnego; w węższym znaczeniu: moralnie nieobojętna cecha ww. przedmiotu, elementu, aspektu; (b) aksjologiczny przedmiot wyboru podmiotu moralnego, wyznacznik zachowań lub działań podmiotowych, aksjologiczna podstawa postawy podmiotu moralnego; (c) aksjologiczna podstawa normy lub oceny moralnej. Pojęcie wartości ze względu na swój formalny charakter daje się zastosować do najróżnorodniejszych zjawisk, i jest to o tyle właśnie korzystne, że nie zakreśla a priori żadnych granic nauce o wartościach moralnych (Znaniecki).

Więcej w: Wojciech Zieliński, Wartość, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 276.

czwartek, 15 września 2022

Macie stopnie i naukowe tytuły, ze studentów chcecie zrobić badaczy

na swój obraz i podobieństwo, a najlepiej, żeby jeszcze przejęli waszą moralność i wasze wartości… Rozwijacie czy zwijacie kulturę, o której tak wiele piszecie do światowych czasopism?

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Realizm w etyce

stanowisko uznające (a) istnienie obiektywnej rzeczywistości moralnej, będącej przedmiotem badania (meta)etycznego, i (b) konieczność liczenia się z tą rzeczywistością na poziomie moralnej praktyki – w toku działania moralnego i przy formułowaniu norm i ocen do niego odnoszonych; nieobalalna i niedowodliwa podstawa oświeconego zdrowego rozsądku, pozwalającego odróżniać pozór od rzeczywistości (Popper); zastosowany w etyce pozwala wypracowywać takie wykładnie wartości i norm moralnych, koncepcje działań moralnie (nie)słusznych, kryteria ocen moralnych itp., które zachowują walor intersubiektywnej weryfikowalności i które w konfrontacji z rzeczywistym doświadczeniem moralnym zachowują zdolność do falsyfikacji – jeżeli nie istnieje rzeczywistość, a tylko idee i złudzenia, to zarazem całe zagadnienie prawdy i fałszu naszych przekonań i teorii staje się w oczywisty sposób bezprzedmiotowe (Popper).

Więcej w: Wojciech Zieliński, Realizm w etyce, w: Słownik bioetyki, biopolityki i ekofilozofii, red. M. Ciszek, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Warszawa 2008, s. 226.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Z mojego listu do Studenta (11)

Proszę wybaczyć opóźnienie mojej odpowiedzi i – w miarę możliwości – proszę nie zrażać się nim w dziele dalszej wymiany myśli…

Zacznę od zdania, które napisał Pan w zakończeniu, i wykorzystam je jako motto: „Racjonalność tak jak wiele rzeczy na tym świecie ma swoje plusy i minusy”…

Miejscem samych plusów jest Raj, a samych minusów – piekło. …Jedno i drugie raczej trudno sobie wyobrazić.

Napisał Pan: „Obserwując różne osoby, które grają w gry zaobserwowałem, że opcje, które twórcy nam dają by móc wpłynąć na świat, kierują nas by stworzyć świat zgodny z naszymi poglądami. Niektórzy jednak wykorzystują takie mechaniki by zobaczyć co się stanie podczas opcji, której nigdy w prawdziwym życiu by nie wybrali. Często przy wyborze decyzji przeciwnej z naszymi wartościami ludzie reagują śmiechem, bądź rozczarowaniem albo nawet uczuciem dyskomfortu”…

Oczywiście rozmaicie można na to spoglądać. Myślę, że m.in. warto dostrzec w tym ciekawość poznawczą, potrzebę eksperymentowania, szukanie alternatyw itd. – śmiech, rozczarowanie, dyskomfort, okazują się reakcjami znanymi aż nadto. Przy czym warto mieć na uwadze, że spełnianie określonej potrzeby (tu: poznawczej), nie jest równoznaczne z pochwałą jej zaspokajania – wszak wartość zaspokojenia ‘wchodzi do gry’ z szeregiem innych, rozmaitych wartości.

Twierdzenie, że „wartości są już podświadome i podczas próby zmiany tych wartości są wydobywane negatywne emocje”, jest chyba zasadne, co nie znaczy: bezdyskusyjne, bezwzględnie prawdziwe itd. Wszak można pytać m.in. o status owej ‘aksjologicznej podświadomości’, o jej pochodzenie, trwałość, spójność, plastyczność itp.

Przykład Sparty i Spartan, podany w ostatniej części Pańskiego listu i powiązany z mottem zamieszczonym powyżej, to kolejna kwestia do obszernej dyskusji – także o filozofii jako takiej, która, o ile nie sprzeniewierza się swojej roli, podejmuje również takie kwestie, o których ‘niefilozoficzne uszy’ wręcz nie chcą słuchać. Ale z tym jest trochę jak z burzą – można zatkać uszy, by nie słyszeć jej grzmotów, lecz to nie da gwarancji, że ulewa przejdzie bokiem…

Bardzo Panu dziękuję za inspirację i proszę o więcej!😊

środa, 25 listopada 2020

Z mojego listu do Jana…(11)

Dzięki, przeczytałem z uwagą i zrozumieniem, na miarę moich możliwości😊. Nie wiem, kim jest autor artykułu, Rafał Hirsch [zob. https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/ziobro-powiedzial-trzy-zdania-o-gospodarce-zadne-z-nich-nie-ma-sensu/8kf7en9], ale z krótkiego przeglądu sieci domyślam się, że ekonomistą lub dziennikarzem, komentatorem ekonomicznym, i że na ekonomii zna się lepiej niż ja, czy minister Ziobro. I myślę też, że powodem napisania tego tekstu nie jest ekonomia – bo po co zajmować się egzegezą wypowiedzi o gospodarce osoby, która nie zna się na niej dość dobrze, gdy wokół jest szereg bardziej kompetentnych – ale raczej jakaś ekonomiczna, czy wprost polityczna aksjologia. (Wracam do tego, o czym przy innych okazjach nie raz rozmawialiśmy). Dla Hirscha kluczowy jest wzrost gospodarczy, a dla Ziobry i innych – nie. Ot, i cała filozofia…

To mi trochę przypomina sytuację w jakimś małżeństwie, gdy mąż dziwi się, że żona chce od niego odejść, mimo że materialnie dużo na tym straci. Tymczasem dla żony, w tym przykładzie, materialny dobrobyt po prostu nie ma najwyższego znaczenia.

środa, 17 czerwca 2020

Z mojego listu do Studenta (4)

Przyjmując w dobrej wierze to, co – na temat bieżących opóźnień w obowiązkach studenckich – Pan w obydwu listach napisał, uważam, że nie tylko nie ma Pan za co (zwłaszcza mnie) przepraszać i czego się wstydzić, ale wręcz, że to Pan mógłby uczyć innych odpowiedzialności, pracy z myślą nie tylko o sobie, szacowania priorytetów wobec przeżywanych trudności życiowych itp. Tak to odbieram. A studia i edukację, które sprowadzają się do uzyskiwania kolejnych stopni bez oglądania się na innych i na dobro wspólne, uważam za paliwo społecznej degrengolady, która zdaje się postępować, także w naszym najbliższym otoczeniu… Innymi słowy, materiałem własnych studiów proszę uczynić również opisane przeżywanie pandemii i jej konsekwencji w Pana świecie życia, a uzyskane w ten sposób doświadczenie i kompetencje pozwolą Panu tym bardziej cieszyć się dyplomem, który w stosownym czasie zapewne Pan wypracuje.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Mam serdeczną prośbę

Do osób, które będą o tym decydowały, aby już nie wyłączano kamery skierowanej obiektywem w stronę prezbiterium. Chcę znowu pójść na wieczorną mszę świętą – do pokoju z telewizorem – nie mogąc być fizycznie obecnym w kościele. Niech to dobro, jakim jest stały internetowy przekaz tego, co się dzieje w świątyni, nie okaże się dobrem tylko tymczasowym. Tymczasowe – oby jak najkrótsze i jak najmniej, mimo wszystko, bolesne – niech okażą się jedynie te paskudne wirusowe okoliczności, które sprawiły, że tak wiele i tak gwałtownie pozmieniało się w życiu społecznym, a więc także w życiu Kościoła.

Oto, sam lub wespół z domownikami, stoję, siedzę, leżę lub klęczę przed ołtarzem, na którym sprawowana jest Eucharystia. Modlę się w domowym kościele – w czasie rzeczywistym i we własnej parafii. To jest bycie u siebie!, choć fizycznie niekiedy w dużym oddaleniu od miejsca, w którym byłbym osobiście, gdyby możliwości na to pozwalały. To nie jest to samo, co oglądanie transmisji uroczystych mszy z Watykanu, Częstochowy, Krakowa, Warszawy… Nie umniejszając tamtym i nie kwestionując wagi religijnego ich przeżywania, wolę bliskość na co dzień znanego mi miejsca; wolę obecność i widok mojego parafialnego, „zwykłego” księdza, o którym wiem, że podobnie jak ja i inni ludzie z kościelnych ławek, przyszedł tu nie tylko z przyzwyczajenia, nie tylko z racji pełnionego tu obowiązku, ale przede wszystkim z powodu wyrażanej w ten sposób wiary – wiary w Boga, której kościelnym i społecznym wyrazem jest pośród innych pełniona liturgia. Jej otwarty i stały internetowy przekaz – możliwość przyjścia na mszę „do pokoju”, przed pracą, albo po jej zakończeniu, a może i w trakcie jakiejś pracy domowej, gdy fizyczne dotarcie do świątyni, ze względów czasowych lub innych po prostu nie byłoby możliwe – sprawia, że parafialny kościół tym bardziej staje się wspólnym miejscem parafian. I to jest wspólna czasoprzestrzeń Kościoła! – zwielokrotniona pandemicznymi uwarunkowaniami dzisiejszej doby – czasoprzestrzeń, której w moim przekonaniu nie wolno zlekceważyć lub zgubić, gdy codzienne realia w jakimś sensie „wrócą do normalności”.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że – gdy wspomniany do normalności powrót nastąpi – szereg argumentów zgodnym chórem wyśpiewa potrzebę fizycznego powrotu wiernych do murów świątyni i niezgodę na organizacyjną relatywizację praktyk religijnych. I od razu jedna, bynajmniej nie bardzo głęboka, ale zwyczajnie prozaiczna kwestia przychodzi mi na myśl, gdy piszę te słowa. Otóż pamiętam, jak wiele lat temu – w czasach, gdy telewizyjne transmitowanie mszy miało dopiero swoje początki – koleżanka w mojej obecności zapytała księdza, jak ma się zachować, gdy podczas domowego uczestnictwa w mszy transmitowanej, organizm zmusi ją do skorzystania z toalety i gdy w tejże znajdzie się akurat wtedy, gdy zadzwonią dzwonki na Podniesienie… Nie pamiętam, jak na to pytanie odpowiedział rzeczony ksiądz, ale pamiętam, co sam wówczas pomyślałem – nie mówiąc tego głośno, bo o zdanie nie byłem pytany: „Dziewczyno, jaki ty masz z tym problem!? Idź do łazienki skoro musisz i zrób to, co tam masz do zrobienia!”… Domowy udział w mszy świętej nie zawiesza przecież praw przyrody, a dzwonki, śpiewy czy suplikacje da się słyszeć także w parafialnym „toi toiu”. Innymi słowy, zwykła fizjologia sprawia, że wierni odchodzą czasem sprzed telewizora tak, jak też muszą czasem wyjść z kościoła „z racji siły niższej, która bywa siłą wyższą”. Ale dlaczegóżby przy tej okazji właśnie na ów internetowy przekaz mszy w czasie rzeczywistym nie spojrzeć jako na coś dobrego, głębokiego i religijnie wychowawczego. Skoro domowej „mszy na żywo” – tak, jak tej na żywo spełnianej w kościele – nie mogę lub nie chcę sobie tak po prostu zatrzymać i odtworzyć później, to znaczy, że jeśli na żywym udziale w niej mi naprawdę zależy, muszę inne sprawy jej podporządkować; i chociażby wyłączyć telefon. Czy trzeba tu dodawać, że jeśli komuś na takim żywym udziale w mszy nie zależy, to przecież z jej powodu nie pójdzie ani do kościoła, ani do wspomnianego pokoju z telewizorem?

Reasumując, dostrzegam wielką wartość i wychowawczy potencjał w tym, co z powodu pandemii stało się „konieczną możliwością” – prezbiterium parafialnego kościoła na wyciągnięcie ręki dostępne we własnym domu to przestrzeń domowej modlitwy, ale też ewangelizacji i możliwości kształtowania postaw religijnych i moralnych, oraz działań i zachowań z nimi powiązanych; przestrzeń, która aż prosi się o w przyszłości szersze, nie tylko ściśle liturgiczne wykorzystanie. Nie obawiam się, że później – gdy profilaktyczne obostrzenia ustąpią – zabraknie ludzi w „prawdziwym” kościele, choć podejrzewam, że po obecnym czasie już nie wszyscy, którzy mogliby, faktycznie do niego powrócą. Czy nie warto więc zawczasu pomyśleć o tym opisanym wyżej dobru Internetu? A on, działając przecież w obie strony, daje chyba już teraz możliwość założenia i wykorzystania także wirtualnej tacy; takiej, która – nie zastępując tradycyjnego konta bankowego parafii – byłaby w obsłudze bardziej uproszczona. Ta prawdziwa taca, wiklinowa lub inna, nadal przecież będzie potrzebna, ale czy na pewno stanie się pełniejsza, gdy zabraknie wspomnianej na wstępie kamery?


[Wojciech E. Zieliński, Mam serdeczną prośbę, "Na Rozstajach", 2020, nr 5-6 (335), s. 10.]

poniedziałek, 9 marca 2020

Nie mam pewności, czy owi aktywiści klimatycznej histerii

którzy wieszczą rychły koniec znanego nam świata, to te same osoby, grupy, środowiska, które innym ludziom zarzucają gatunkowy szowinizm i staroświeckie przywiązanie do biblijnego porządku wartości. Wszak, jeśliby tak było, czyż nie powinny raczej zacząć cieszyć się z nadchodzącej zmiany i z tego, że wreszcie rządy nad światem przejmie jakiś mądrzejszy, bo nieludzki gatunek?…

środa, 30 sierpnia 2017

Zapiski pokonkursowe (2)

Podobnie jak poprzednim razem [zob. tutaj], również w bieżącym roku miałem zaszczyt uczestniczyć w organizowanym przez Instytut Tertio Millennio Konkursie Papieskim – przewodnicząc w regionie gdańskim jego komisji finałowej, co miało miejsce w sobotę 3 czerwca b.r. w Domu Parafialnym Świętego Brunona przy Parafii Archikatedralnej pw. Trójcy Świętej w Gdańsku. Motywem wiodącym tegorocznej, XIII edycji Konkursu był „Patriotyzm Karola Wojtyły, 1920-2005”; uczestnikom zaproponowano do pisemnego opracowania następujące trzy tematy i zestawy związanych z nimi lektur:

(1) Czym – według Jana Pawła II – jest patriotyzm i w czym – Twoim zdaniem – najbardziej przejawiał się on w działaniu Papieża z Polski? (Jan Paweł II, Apel Jasnogórski z młodzieżą – Częstochowa 18 czerwca 1983; Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005); (2) Jakie najważniejsze wskazania dla Rodaków skierował Jan Paweł II w katechezach na temat Dekalogu, wygłoszonych podczas swej pielgrzymki do Polski w 1991 roku? (Jan Paweł II, Homilia podczas Mszy św. odprawionej przy kościele Świętego Ducha – Koszalin 1 czerwca 1991; Jan Paweł II, Msza św. w Parku Agrykola. Beatyfikacja O. Rafała Chylińskiego – Warszawa 9 czerwca 1991); (3) Jaki fragment nauczania Jana Pawła II i dlaczego uważasz za najważniejszy dla Polski A.D. 2017? (J. Poniewierski /red./, Jan Paweł II: pielgrzymki do ojczyzny 1979, 1983, 1987, 1991, 1995, 1997, 1999, 2002. Przemówienia i homilie, Kraków 2015; M. Zięba, Niezwykły pontyfikat, Kraków 1997). Z grona pięciorga finalistów naszego regionu – uczniów szkół ponadgimnazjalnych z Chojnic, Lubawy, Pelplina, Przodkowa i Starogardu Gdańskiego – jedna osoba wybrała drugi, a cztery pozostałe pierwszy z wyżej wymienionych tematów.

Paweł Łukowski napisał o roku 1991, przypominając ówczesne nauczanie Jana Pawła II, nawiązujące do treści ósmego przykazania Dekalogu: „Każdy z nas ma prawo do prawdy, dzięki której czujemy się wolni. Ważne jest natomiast, że kiedy głosimy prawdę musimy liczyć się z jej konsekwencjami oraz z tym, że musi być ona głoszona przez miłość do drugiego człowieka. Właśnie dlatego na zakończenie papież mówił nam, że czeka przed nami wielka praca nad mową jaką się posługujemy”.

Martyna Kosiedowska przywołała papieską refleksję nad imieniem „Polska”, które to imię nas, Polaków określa i zobowiązuje, a przy tym niewątpliwie kosztuje, i przypomniała, że „to jak ludzie się zachowują, oznacza też ich stosunek do kraju”: „Nie możemy się porównywać do innych narodów, ponieważ my mamy swą jedność, swój patriotyzm i godność […] nasz patriotyzm i nasza wiara łączą się ze sobą i razem tworzą jedność. […] Dzięki Janowi Pawłowi II my, w szczególności, młodzi ludzie możemy walczyć i być dumni ze swojego kraju”.

Magdalena Szczepańska napisała, że Ojciec Święty Jan Paweł II, pozostając przecież polskim patriotą, w pewnym sensie „był patriotą każdego narodu. Zawsze stawał w obronie najsłabszych i podkreślał ich jednakowe prawo do ojczyzny”. Jego wizja patriotyzmu była bowiem „pełna chrześcijańskiej koncepcji człowieka” i przekonania, że „umiłowanie ojczyzny niemożliwe jest bez pracy, szacunku dla niej i człowieka pracującego”.

Jerzy Dziemiński zakończył swoją pracę następująco: „Moim zdaniem patriotyzm u Jana Pawła II przejawiał się w umiłowaniu literatury, kultury, historii ojczyzny. Łączył się w jedną całość z miłością do ojczyzny i wiarą, która rzuca nadprzyrodzone spojrzenie na ziemskie dzieje. Postawa Papieża, działanie i słowa są dla mnie najlepszym przykładem i wzorem, z którego chcę uczyć się patriotyzmu. Bóg, honor, ojczyzna – słynna maksyma – ukazuje, że te trzy wartości łączą się w jedno i pomagają zrozumieć patriotyzm, ale także pomagają odnaleźć swoje miejsce w ojczyźnie”.

Zwycięzcą tegorocznego Konkursu Papieskiego w naszym regionie został Damian Szymański, który w swojej pracy napisał m.in.: „Żyjemy w czasach, w których pojęcie patriotyzmu i tradycyjnych wartości coraz częściej odchodzi w niepamięć. Ludziom żyje się coraz lepiej i wygodniej. Zapomina się o dziedzictwie pozostawionym nam przez poprzednie pokolenia. Zanika w nas świadomość kim jesteśmy. Wielu ludzi nazywa się Europejczykami, «obywatelami świata». Patriotyzm uważa się za sen minionych dziejów, coś zbędnego. Jednak teraz, w XXI wieku hasło to powinno być żywsze niż kiedykolwiek, zwłaszcza dlatego, że Europa wraca do epoki skrajności, podobnej do tej sprzed II wojny światowej. […] Fakt szczególnego pogłębienia kryzysu społecznego w XX wieku zauważył Jan Paweł II, który przez cały swój pontyfikat wskazywał na dialog i zrozumienie. Szukał tego, co łączy. Budował mosty. Uczył, że trzeba rozmawiać, ale przede wszystkim słuchać, co też czynił całym swoim życiem poprzez otwartość na drugiego człowieka”.

Podsumowując dla TVP3 Gdańsk konkursowe zmagania finalistów, powiedziałem: „To jest ich mocowanie się także z tą materią pojęciową, którą lepiej lub gorzej rozmaici uczestnicy konkursu też przestudiowali i o której mówili, ale to jest także jakieś mocowanie się z emocjami, związanymi z tym, o czym pisali; bo patriotyzm jednak jest zagadnieniem żywym, a w ostatnich czasach bardzo mocno też ożywianym na różnych polach”…

[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe (2), "Na Rozstajach", 2017, nr 7-8 (304), s. 12.]


Relacje w mediach:

https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/cozUmHJByGU

https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/ahnQzFAvTdZ

sobota, 5 sierpnia 2017

Parę myśli o wychowaniu

Jak wychowywać? To pytanie zapewne interesuje każdego, kto nie ograniczając się do powtarzania lekcji doświadczonych na własnej skórze i do powielania utartych formuł podręcznikowych, problematykę wychowania podejmuje w konfrontacji z realiami życia we współczesnym mu świecie. Czy nasz świat zmienia się szybciej niż świat naszych przodków? Niewykluczone. Ale wychowanie chyba nigdy nie było łatwe – a pozostaje zapewne tym trudniejsze, im bardziej chce być odpowiedzialne. Celowe wydaje się więc dostrzeganie tych elementów współczesnego doświadczenia społecznego, których uwzględnianie w wychowaniu potrzebne jest nie mniej niż uwzględnianie tego, co wiadome od zawsze i niesione z pokolenia na pokolenie.

Jednym z istotnych elementów doświadczenia współczesnego człowieka jest zauważalny na rozmaitych płaszczyznach życia społecznego zanik postawy serio. Tak wiele wokół pozostaje „na niby”, że można by pomyśleć, iż dla wielu całe życie jest żartem. Wydaje się, że w takiej sytuacji, przestrzeni wychowawczej – być może, wbrew pozorom i rozlicznym obawom – wskazana jest, a może wręcz konieczna, rozsądna doza akceptacji owej nie-powagi, owej postawy non-serio, panoszącej się wokół. Wszak jeśli rozmaite wartości uznajemy za stale i niezmiennie ważne, to zarazem przyznać musimy, iż odrobina żartu, a może nawet ironii wobec nich, ich statusu przecież nie zmieni. Wychowanek zaś tej akceptacji (dla) żartu, czy ironii, i tak prędzej czy później doświadczy – w szkole, na podwórku, czy gdziekolwiek indziej. Jeśli natomiast zabraknie jej w domu, jeśli dom w sprawach wartości zawsze będzie tylko sztywny i poważny, to dziecko wyjdzie z niego na zewnątrz chyba nie najlepiej do życia w tym dzisiejszym świecie przygotowane. Innymi słowy, szacunek dla wartości, które ukształtowały naszą kulturę i nas jako rodziców i wychowawców, jeśli ma stać się udziałem także naszych dzieci, winien być szacunkiem bez wątpienia poważnym w swej istocie. Ale to wcale nie znaczy, że ma być szacunkiem pochmurnym w swych przejawach. Jako wychowawcy nie powinniśmy chyba przypominać tych, którzy przybierają wygląd ponury, by pokazać innym wagę swych (tu: wychowawczych) uczynków (por. Mt 6, 16).

Innym istotnym elementem naszego doświadczenia społecznego, którego uwzględnienia w wychowaniu domaga się przytomne działanie w świecie współczesnym, jest trudna kwestia wolności. Wolność stała się bowiem absolutną wręcz wartością kultury współczesnej. Ostrej krytyce poddawane jest wszystko, co ją krępuje – każdy głos, który ośmiela się wskazywać jej ograniczenia. Głosem poważnym, który brzmi donośnie, który jednak nie ma mocy sprawczej, by bezpośrednio ucieleśniać to, co werbalizuje, jest głos mówiący o zależności wolności od prawdy: tam gdzie nie ma prawdy, nie ma wolności (por. Jan Paweł II, Veritatis splendor, 34 i in.). To są słowa na tyle duże, że można na nich wznosić – i wznosi się – rozmaite gmachy; między innymi teorii i praktyki wychowania. Ale takie budowanie, wznoszenie na takim fundamencie jest udziałem jedynie niektórych. Czyż nie łatwiej bowiem myśleć bardziej zwyczajnie: że wolność to po prostu brak skrępowania, niekoniecznie zaś wybór dobra dokonywany w blasku prawdy!? A jeśli tak jest, że dominuje raczej owo praktyczno-potoczne ujęcie wolności, dalekie od jej filozoficznie ugruntowanej wykładni, to uczciwość intelektualna wymaga od współczesnego wychowawcy, by w procesie wychowania wychodził od tego podstawowego, właśnie potocznego doświadczenia. Działanie wychowawcze, które nie uwzględnia tego elementu swobodnego rozumienia wolności, zdaje się popadać w sferę myślenia życzeniowego. Takie myślenie natomiast – odsuwając niezbędny w wychowaniu realizm – opóźnia afirmację zmian zachodzących wokół i pod dużym znakiem zapytania stawia możliwość osiągnięcia założonych, faktycznie pożądanych wychowawczo celów.

Przytomne działanie w świecie współczesnym domaga się realizmu w procesie wychowania, unikania myślenia życzeniowego, dostrzegania wielu aspektów doświadczenia wolności. Domaga się także racjonalnego szacunku dla wartości – takiego, który w swej powadze nie wyklucza odrobiny szaleństwa. Aksjologicznie samoświadome działanie wychowawcy domaga się wreszcie jego dystansu do samego siebie. Wszak, aby wychowywać, nie wystarczy mieć rację. Przede wszystkim trzeba kochać! A miłość nie sprowadza się przecież do fascynacji i zauroczenia swoim przedmiotem – sprawdza się dopiero w godzinie próby, która zawsze dotyczy obu stron jej relacji.

[Wojciech E. Zieliński, Parę myśli o wychowaniu, "Na Rozstajach", 2017, nr 6 (303), s. 12.]

Zob. także tutaj.

poniedziałek, 15 maja 2017

Z mojego listu do Redaktora

[dot. artykułu, który można przeczytać tutaj: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2017/05/niech-spotkaja-sie-nasze-swiaty.html]


Szanowny Panie Profesorze,

Wszystko uważnie i kilkakrotnie przeczytałem. Rozumiem, szanuję i doceniam troskę Redakcji i Recenzentów o profesjonalny poziom Pisma. …I myślę, że ‘nie spotkały się nasze światy’…

Jeśli dobrze rozumiem, to według Rec. A [zob. poniżej], treść tego, co napisałem, jest wystarczająca, ale forma nie odpowiada standardom naukowości, więc publikacja byłaby ryzykowna; z kolei według Rec. B [zob. poniżej], wszystkiego, co istotne, jest w moim artykule za mało, a za dużo jest tylko Zielińskiego. Biorąc przy tym pod uwagę również liczbowe wartości ocen wnioskuję, że – aby zadowolić Recenzentów – tekst musiałbym napisać praktycznie od nowa i zupełnie inaczej. To oczywiście nie wchodzi w rachubę. (Zwłaszcza, że w przytoczonych recenzjach nie znalazłem nawet próby merytorycznej dyskusji z tym, co napisałem, choć rozumiem też, że takowa nie jest obowiązkiem recenzentów). A ponieważ mimo wszystko bywam czytany, wierzę, że i ten ‘nieprofesjonalny’ tekst gdzieś, jakoś do lektury, choćby prywatnej, trafi; i to wystarczy.

Swoją drogą zaistniała sytuacja przypomniała mi scenę z serialu “Alternatywy 4”, w której pewien woźnica furmanki z konkretną sprawą zwraca się do mijanego na ulicy dzielnicowego – pyta o adres swojego kolegi – a milicjant na to odpowiada pytaniem, dlaczego koń taki brudny, i pouczeniem, że ‘tu w ogóle nie wolno zatrzymywać się’ (zob. https://www.youtube.com/watch?v=zC56tZ2qiuc)…

Taka moja odpowiedź może wyglądać na arogancką, ale proszę spojrzeć na nią inaczej: Na liczniku życia mam już (za chwilę) pół wieku i tyleż własnego doświadczenia. Przedmiotowa sprawa owo doświadczenie tylko powiększa, więc nie idzie na marne. Pozwala też przemyśleć hierarchię wartości.

Konkludując: Jeśli mój artykuł nie może być opublikowany w kształcie przeze mnie proponowanym (z korektą polegającą na wycięciu przypisów do Zielińskiego, która dla mnie problemu nie stanowi), proszę zwyczajnie nie zawracać sobie nim więcej głowy. W ten sposób “profesjonalizm” filozofii zostanie obroniony, a ja nie będę zajmował się nieswoimi sprawami. Wszyscy więc na tym jakoś skorzystamy, a świat bez mojego tekstu na Państwa łamach nie zawali się przecież.

Łączę wyrazy szacunku
i pozdrowienia Wielkanocne!

Wojciech E. Zieliński



------------------------------------------------------
Rec. A:

Artykuł jest tekstem bardziej publicystycznym niż naukowym. Autor nie ukrywa, że nie jest jego zamiarem stworzenie tekstu zgodnego z obowiązującymi w filozofii standardami, ponieważ uznaje je za ograniczające prawdziwe myślenie filozoficzne. W efekcie tekst stanowi oryginalną wypowiedź o charakterze filozoficznym, która jest ciekawa, ale nie jest tekstem naukowym w standardowym rozumieniu. Tekst napisany jest w pierwszej osobie, co również w przypadku tekstów filozoficznych nie jest typowe. Jak sam autor pisze profesjonalna filozofia go nie interesuje. Proponuje uprawianie filozofii praktycznej i życiowej:

„Znacznie bardziej jednak interesuje mnie filozofia uprawiana praktycznie, życiowo i mądrościowo. Dlaczego? Bo to jest filozofia człowieka działającego we własnym świecie życia z całym bagażem jego codziennych ułomności. Jako taka zaś, podobnie jak człowiek jako taki i życie jako takie, jest owa filozofia czymś bardziej elementarnym od jej projekcji teoretycznych i ich późniejszych systematyzacji. Na tym założeniu opieram dalsze uwagi oraz możliwie przystępny dydaktycznie sposób ich wyrażania. Zatem, jeśli dla Czytelnika takowe jest nie do przyjęcia, chyba nie ma sensu ich dalsza lektura”.

Jeśli założenia autora są zgodne z profilem czasopisma […] tekst może zostać opublikowany. Nie są to jednak analizy filozoficzne w klasycznym znaczeniu. Jeden tego typu tekst jest ciekawostką. Masowe pojawienie się tekstów pisanych w tym stylu może spowodować, że filozofem profesjonalnym mienić się będzie mógł każdy, a obiektywna ocena efektów rozważań nie będzie możliwa.


------------------------------------------------------
Rec. B:

Autor podejmuje ciekawy temat, jednak swoich tez nie wspiera ani odwołaniami do literatury przedmiotu (z upodobaniem cytuje samego siebie) ani konkretnymi przykładami opisywanego przez siebie "doświadczania moralności". Nie podaje też, chociażby na kilku przykładach, na czym miałoby polegać zbliżenie się profesjonalnych etyków do praktyki i świata życia codziennego. Nie zauważa zupełnie chociażby zainteresowania etyką stoicką, jako przydatną w codziennym życiu (publikacje na ten temat a nawet warsztaty etyki stoickiej). Podsumowując: postawione w artykule tezy wymagają solidniejszej argumentacji, w tym oparcia o bogatszą literaturę przedmiotu.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dać innym siebie …zużyć

Chyba dość dobrze znany chrześcijanom – wszakże często przypominany – jest ten werset z Drugiego Listu do Tymoteusza, w którym św. Paweł podsumowuje: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4, 7). Kontekst wiadomy: Apostoł przewiduje rychłą śmierć, ale wyraża też nadzieję życia wiecznego. Pisze: „Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4, 8). Rzec można: połączenie głębokiej wiary z racjonalnym podejściem do życia…

Zapewne również tymi św. Pawła słowami jakoś inspirowany, pozwoliłem sobie parę lat temu na zapisanie myśli następującej: Życie do zużycia – bieg chrześcijanina” (Aforystycznie, Kraków 2014, s. 51). Bez nadmiaru wzniosłości do tych słów nawiązując, a jednocześnie schodząc na chwilę z pokładu refleksyjnej wiary, rzec można, iż biegać – byle z głową na karku – warto, bo sport to przecież zdrowie, ale wyraz „zużywanie” chyba nieco tu drażni. A jeśli powiemy, jak w tytule, jeszcze dosadniej: „Dać innym siebie …zużyć” – to zabrzmią takie słowa chyba wręcz kłopotliwie.

Faktycznie, jeśli potraktujemy je dosłownie, odnosząc na przykład do prostytucji – także tej rozumianej szeroko (a więc na przykład politycznej) – i do uwłaczania jej drogą własnej godności, otrzymamy slogan wręcz sutenerski. (W tym miejscu warto przywołać słowa Marii Ossowskiej, badaczki moralności, która swego czasu tak kwestię godności formułowała: „Ma godność ten, kto umie bronić pewnych uznanych przez siebie wartości, z których obroną związane jest jego poczucie własnej wartości i kto oczekuje z tego tytułu szacunku ze strony innych. Brak godności z kolei ujawnia ten, kto rezygnując z takiej wartości sam siebie poniża lub daje się poniżać dla osiągnięcia jakichś osobistych korzyści”). Ale jeśli na dawanie siebie innym, aż do zużycia, spojrzymy szerzej?…

Poza oczywistym w chrześcijańskim kontekście przykładem życia i śmierci Jezusa na krzyżu, na myśl przychodzą Jego pouczenia z Kazania na Górze (zob. Mt 5, 1 – 7, 29; Łk 6, 17-49), stanowiące swoisty kodeks chrześcijańskiej etyki:

Bądź miłosierny wobec bliźniego i wprowadzaj pokój do życia z innymi; dąż do zgody ze swoim przeciwnikiem i do pojednania z tym, który może coś mieć przeciw tobie, a dopiero na takim podłożu moralnym dbaj o wypełnianie praktyk religijnych; miłuj bliźniego, nawet swego nieprzyjaciela; czyń dobrze nawet temu, kto cię nienawidzi; błogosław nawet temu, kto ciebie przeklina, i módl się także za tego, kto ciebie oczernia lub wprost prześladuje. Nie odwracaj się od tego, kto potrzebuje twojej pomocy. Ale gdy pomagasz, „niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”, a gdy się modlisz, niech wystarczy, że usłyszy ciebie tylko Pan Bóg. I nie troszcz się zbytnio o jutro, bo przecież „dosyć ma dzień swojej biedy”, więc ten jutrzejszy dzień niewątpliwie także sam o siebie troszczyć się będzie. Bądź dobrym człowiekiem i z dobrego skarbca swego serca wydobywaj dobro. Ale zabiegaj przy tym o sprawiedliwość, nawet kosztem własnego cierpienia. Nie ukrywaj swego światła przed ludźmi i bądź jednoznaczny – mów: „Tak, tak; nie, nie”; bo co nadto jest, od Złego pochodzi… Czyń to wszystko, a zużyjesz się dla bliźnich i przez nich zostaniesz zużyty; oni zaś prawdopodobnie nawet tego nie zauważą…

Jakże trudno tę konkluzję – prowokacyjnie dodaną do przypomnienia Jezusowych pouczeń – pogodzić z przemożną chęcią bycia zauważonym, trawiącą współczesnego człowieka, a manifestującą się na polach rozmaitych; może najwyraźniej w świecie wirtualnym. Jakże trudno pogodzić ją także z wymaganiem stawianym współczesnemu człowiekowi przez rozmaite instytucje społeczne, które miarę jego wartości upatrują chociażby w stopniu jego publicznej rozpoznawalności. Wobec takich wymagań i chęci, których spełnienie wymaga zwykle intensywnej pracy, Chrystusowy sposób na życie jawi się, jako wręcz szkodliwy – stosowany, zdaje się bowiem marnować czas pozwalający człowiekowi na jego samorozwój i na używanie życia; zdaje się zużywać ów czas na czynienie dobra innym ludziom, co do których zasadne jest przewidywanie, że to otrzymywane dobro uznają za im zwyczajnie należne…

Jednak nie ma w tym niezauważanym zużywaniu siebie dla innych i przez nich byciu zużywanym niczego szczególnie nowego. Kiedyś pewien Człowiek modlił się w Ogrójcu, niezauważony w swojej trosce przez tych, którzy spali (Mt 26, 36-46), a potem, gdy już zużył się całkowicie, doszedłszy kresu swoich ziemskich starań, po prostu umarł na krzyżu – tak, jakby to było zwyczajnie należne Jego prześladowcom…

[Wojciech E. Zieliński, Dać innym siebie …zużyć, "Na Rozstajach", 2017, nr 4 (301), s. 9.]

poniedziałek, 27 marca 2017

O twórczości zwanej naiwną

Dnia 1 stycznia 2017 roku w Warszawie, w wieku niemal 97 lat zmarł Aleksander Jackowski – humanista, antropolog kultury, etnograf i historyk sztuki, wieloletni redaktor naczelny pisma „Polska Sztuka Ludowa” (od 1990 roku wydawanego w tematycznie rozszerzonej formule pod tytułem „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa”). Należał do grona najwybitniejszych w Europie znawców sztuki nieprofesjonalnej i tzw. Art Brut, sztuki marginesu. Przyczynił się między innymi do odkrycia artystycznego talentu słynnego później Nikifora Krynickiego.

Do Aleksandra Jackowskiego, a ściślej do niektórych jego prac, wypowiedzi itp. dotarłem przez mojego tatę, Edmunda Zielińskiego, twórcę rzeźbiącego w drewnie, malującego na szkle i płótnie, piszącego na papierze i w komputerze, aktywnie działającego etnograficznie, organizacyjnie i dydaktycznie na polu kultury ludowej i innej. Pamiętam, że jakimś materialnym pośrednikiem w tym docieraniu do prac Jackowskiego stała się, zdjęta z rodzinnej półki, książka Andrzeja Banacha pt. Ociepka, poświęcona postaci i twórczości Teofila Ociepki, jednego z najbardziej znanych – obok wyżej wspomnianego Nikifora – tzw. malarzy prymitywistów. Jeśli okoliczności pozwolą, innym razem napiszę o nim więcej, tu chciałbym przywołać tylko jeden cytat z książki Banacha, który doskonale koresponduje z dalszą częścią niniejszego wspomnienia:

Ociepka „był nadwrażliwy, widział więcej, czuł dotkliwiej, a przede wszystkim znał więcej różnic między przedmiotami niż normalni ludzie. Nadwrażliwość jest cechą konieczną, choć niewystarczającą u każdego twórcy; jest bliska choroby, histerii, pisano o tym wiele przy okazji schizofrenii. Ludzie nadwrażliwi, skłonni do histerii i neurastenii, są zwykle niemożliwi w życiu codziennym. Ociepkę od histerii ratował łagodny pesymizm osobisty, ale optymizm w sztuce. Cecha niezwykle cenna u artysty, który swoimi dziełami może ratować ludzi z rozpaczy” (A. Banach, Ociepka, Warszawa 1988, s. 114-115).

Z wypowiedzi Aleksandra Jackowskiego chciałbym tu przywołać – do refleksji – trzy cytaty, traktujące kolejno o twórcach nieprofesjonalnych, twórczości i naiwności. Autor pisał: (1) Twórcy nieprofesjonalni „tworzą, jak czują, nie skrępowani myślą (która tak waży na sztuce profesjonalnej), że teraz się tak a tak maluje, to uznaje za dobre, a tamto za anachroniczne. Każdy z nich jest sobą, w pełnym sensie tego słowa”; (2) „Twórczość to nie tylko sprawa estetyki, a sztuką może być nie tylko obraz, lecz i kształt życia. Jednak najważniejszym, często występującym motywem tworzenia jest potrzeba zostawienia śladu po sobie”; (3) „Naiwność bywa […] głupia, drażniąca. Choćby naiwność polityka albo biznesmena. Ale jest też naiwność, i o nią tu chodzi, która jest obroną czystości, liryzmem, czułością, dziecięcym zachwytem pięknem świata, przekonaniem, iż wiara przenosi góry. Chciałbym tę naiwność postawić w rzędzie takich pojęć, jak nadzieja, miłość, dobro, szlachetność”

Te trzy przywołania pochodzą z książki Jackowskiego zatytułowanej Sztuka zwana naiwną. Zarys encyklopedyczny twórczości w Polsce (Warszawa 1995). Kilkanaście lat po jej wydaniu, w programie TVP Historia „Notacje historyczne”, autor wspominał, że to jedyna naprawdę ważna książka, jaką napisał w życiu. To książka o ludziach różnych, których łączyło to, że byli autentycznymi twórcami; w większości nieznanymi szerszym kręgom odbiorców, zwłaszcza sztuki profesjonalnej. Każdy z bohaterów tej książki miał własną osobowość i własną wiarę w sens swojej pracy, silną wewnętrzną potrzebę tworzenia, wręcz mus gestu artystycznego; zarazem nie podlegał bieżącemu stylowi i modom, pracował niezniszczony przez szkoły i akademie…

O sobie również Jackowski we wspomnianej książce pisał wymownie: To „przypadek zadecydował, że zająłem się sztuką, nazwijmy to ogólnie – nieprofesjonalną. Ale przypadki zadziwiająco często mają swoją logikę. Był początek lat pięćdziesiątych, zajmowałem się krytyką artystyczną, socjologią sztuki. Okazało się jednak, że piszę nie tak i nie to, co «trzeba». Szukałem więc dziedziny, w której będę mógł robić coś z sensem i bez przeszkód. Niech pan się zajmie sztuką ludową – zaproponował mój szef w Instytucie Sztuki, prof. Juliusz Starzyński. No to się zająłem”. A po latach, pytany w TVP Historia o własną profesję, Jackowski przyznawał, że trudno mu jednoznacznie ją zdefiniować: „Naukowiec? Artysta? Socjolog? Teraz ja mówię o sobie «antropolog», bo to nic nie znaczy, bo to jest takie słowo, w którym można wszystko zobaczyć gdzieś potem. Ale w gruncie rzeczy – człowiek, który szuka, który stara się umieć widzieć”…

Postać Aleksandra Jackowskiego i elementy twórczości nieprofesjonalnej bohaterów jego prac nieraz przywołuję w ramach moich zajęć ze studentami. Ukazują one wyraźny kontrast w stosunku do postaw i wytworów tych, których można spotkać w środowisku akademickim; tych, którzy wszystko wiedzą, rozumiejąc niewiele…

[Wojciech E. Zieliński, O twórczości zwanej naiwną, "Na Rozstajach", 2017, nr 3 (300), s. 12.]

wtorek, 28 lutego 2017

Parę myśli Bierdiajewa

„Mikołaj Bierdiajew (1874-1948) należy do grona najwybitniejszych filozofów pierwszej połowy XX wieku. Miejsce poczesne w systemie filozoficznym tego myśliciela urodzonego w Rosji, a zmarłego we Francji […], zajmuje antropologia o wyraźnie chrystologiczno-personalistycznym charakterze, odwołuje się ona bowiem do idei obrazu Bożego w człowieku”. Przytoczony cytat pochodzi ze Wstępu, autorstwa Zbigniewa Podgórca, autora wyboru i tłumacza myśli Bierdiajewa, zawartych w maleńkim tomiku zatytułowanym Okruchy twórczości (Wydawnictwo „Łuk”, Białystok 1993). Parę tych myśli – o Bogu i o człowieku, o religii i chrześcijaństwie, o dobru i o twórczości – przywołuję poniżej, opatrując je krótkimi komentarzami.

Chrześcijaństwo to nie tylko wiara w Boga, lecz również w człowieka, w możliwość odnalezienia w człowieku tego, co boskie” (s. 19). Można odczytać to zdanie między innymi, jako zachętę do spoglądania okiem wiary nie tylko w górę, ale także na boki – nie tylko w stronę boskiego Absolutu, ale także w stronę innych ludzi Tegoż poszukujących. Jak rozeznać to, czy szukanie jest szczere? Jak uniknąć rozczarowania zręcznością pozorantów, nierzadko przecież przyodzianych w rozmaite atrybuty religijności? Bierdiajew podpowiada: „Honor to obraz i podobieństwo Boga migocące w człowieku” (s. 9). Rzec można: wypatruj ludzi mających swój honor! – a ten przecież nie jest tożsamy ani z miejscem zajmowanym w hierarchii społecznej, ani z pełnioną w społeczności rolą. Myślę, że gdyby Bóg był tak bardzo plastikowy lub tak całkowicie wyprany z właściwości, jak ów niejeden życiowy lawirant – który pręży się na wszystkie strony, by tylko zadowolić tych, którzy mogą mu zapewnić powodzenie doczesne, i dla którego pojęcie honoru to tylko kłopotliwy przeżytek – nie byłby w stanie stworzyć choćby zwykłej muchy. Ludzie bez honoru zdają się bowiem nie tworzyć dobra – co najwyżej przetwarzają takowe, a pielęgnują w nim jedynie to, co zapewnia im wygodne egzystowanie; używają pracy wykonanej przez innych.

Nie jest jednak rolą chrześcijanina uganianie się za dobrem abstrakcyjnym, choćby najwyższym – skoro tyle konkretnych prac, właśnie dóbr, jest do wykonania wokół – i nie jest jego rolą potępianie tych, których może podejrzewać o skrajną przyziemność i wygodne pasożytnictwo. Bierdiajew pisze: „Dobro ewangeliczne czyni się wtedy, gdy samego dobra nie uważa się za wartość nadrzędną, lecz za taką wartość uważa się człowieka” (s. 14). Trzeba więc codziennej samokontroli – by przedwcześnie, niczym synowie Zebedeusza (por. Mk 10, 35-37), nie sadowić się w fotelach boskiej chwały – i trzeba chrześcijańskiej wyrozumiałości wobec słabości innych. Ale i tu wskazana jest powściągliwość i właściwa miara postępowania. Wszak chyba wiele racji ma rosyjski filozof, gdy dopowiada, że „nie ma nic gorszego niż dążenie za wszelką cenę do zapewnienia człowiekowi szczęścia” (s. 15)…

A czy słuszne są również twierdzenia, że „chrześcijaństwo to religia ukrzyżowanej prawdy” (s. 19), zaś „fanatyzm to obłęd, który zrodzony został przez niemożność objęcia pełni prawdy” (s. 26)? Pierwsze zdaje się zionąć pesymizmem, drugie zaś wskazuje możliwe pesymizmu zastosowania – niedaleko stąd do cierpiętnictwa i do łatwo wyradzającej się z niego agresji; nieraz kierowanej w stronę bliskich lub obcych, a często przenoszonej po prostu na Bogu ducha winne istoty. Jednak błędem byłoby zamykanie przytoczonych myśli w nakreślonym powyżej nastroju depresji. Bierdiajew podkreśla bowiem bardzo wyraźnie: „Religia Golgoty to religia wolności” (s. 11), „sens Golgoty tkwi nie w ubóstwieniu cierpienia, lecz w jego przezwyciężeniu” (s. 29). Świętego Pawła wskazanie z listu do Koryntian – że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także [n]asza wiara” (1 Kor 15, 14) – powraca tutaj z całą swą mocą. Podkreśla więc ponownie Bierdiajew: „Życie religijne jest twórczością, a nie przymusem płynącym z wychowania czy też z nakazu sądu” (s. 13). Jest wobec tego rolą i zadaniem chrześcijanina życie twórcze! – w takim zakresie, w jakim jest prowadzone; na tych terenach, jakie w swej codzienności zajmuje – i czynienie dobra zbliżającego ludzi do Boga. „Dobro [zaś] jest śmiertelnie nudne jeśli nie jest twórcze” (s. 30); „przeniknąć sens dobra może człowiek jedynie jako istota duchowa, [bo] jako istota społeczna poznaje jedynie definicje dobra, które wciąż się zmieniają” (s. 14). Nie dziwota, że nudni są chrześcijanie nietwórczy – bezrefleksyjnie odtwarzający wyuczone formuły – i że nudni są chrześcijanie, którzy za wszelką cenę chcą nadążyć za migotaniem świata, projektora dóbr o zwykle krótkim terminie ważności. „Miłość to utwierdzanie życia w wieczności” (s. 16) – przypomina tymczasem Bierdiajew. Któż, jeśli nie chrześcijanin, ma nieść światu codzienne dobro i nadzieję, że za wzgórzem Golgoty jest wieczność Miłości…

[Wojciech E. Zieliński, Parę myśli Bierdiajewa, "Na Rozstajach", 2017, nr 2 (299), s. 12.]