poniedziałek, 25 września 2017

Znowu do mnie przyszły

trzy znajome żaby. Każda ma czerwone w podkowę usteczka i złotą koronę na drewnianej głowie. Usiadły, milczą, chyba niezadowolone, że przyszło im tu składać kolejną wizytę. Komisja.

Siedzą i patrzą. Żadna bezpośrednio nie spojrzy mi w oczy, ale razem zgodnie baczą na wszystko, co robię. – Robię swoje – mówię bez wahania szacownemu gronu. Ale odpowiedzią, jak zwykle, jest tylko milczenie. Rozumiem. Komisja wie lepiej, co robić powinienem. Komisja wymierzy, oceni, porówna. Komisja zdecyduje o mojej wartości.

A gdy już się nasyci tym mnie przebadaniem, czy górą otworzy podkowę usteczek? Czy da mi choćby słowo szczerej opowieści? Nie wiem. Może znowu usłyszę tylko żabi rechot.

piątek, 8 września 2017

Gdyby ktoś mnie zapytał (6)

czy jest jakiś sposób na to, aby innym ludziom nie życzyć źle – wszak bywają pokusy do takiej postawy – odpowiedziałbym: tak, trzeba się starać życzyć im dobrze. Owszem, nieraz trudno to zrobić we własnym duchu, warto więc próbować w Tym wielką literą pisanym.

Banał? Dewocja? Mrzonka? A może po prostu ludzki wymiar życia. Wymiar rosnący do nieskończoności…

niedziela, 3 września 2017

Ktoś mi kiedyś powiedział

– a było to krótko po obronie mojej pracy doktorskiej – że o ile jeszcze doktorat można uzyskać drogą niejako szkolną, a więc siłą własnej systematycznej pracy, studiów i zaangażowania, i oczywiście pod warunkiem spełnienia określonych wymagań formalnych, o tyle habilitacja polega przede wszystkim na tym, że się jest do niej zaproszonym; innymi słowy, że to samo środowisko naukowe w stosownym czasie zaprasza do swego grona osobę, którą uznaje za godną tego zaproszenia…

Czy tak jest w istocie, nie wiem, ale do dzisiaj pamiętam mieszaninę niedowierzania i niesmaku, jaki wówczas poczułem. Czyżby aż tak przyziemny był charakter nauki? Czyżby to wszystko, czego o niej wcześniej się naczytałem i nasłuchałem, sprowadzało się do efektów dystrybucji zaproszeń?

Minęły lata, a ja nie wyzbyłem się tak naiwnego i prostego, jak niegdyś, podejścia do nauki. Przekonałem się jednak, jak niewiele ma ono wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej w obszarze humanistyki i nauk społecznych, który nieco bliżej poznałem. Kilkanaście lat pracy w środowisku akademickim dało mi bowiem wiele nowych doświadczeń. Dowiedziałem się oto, że naukowo da się obronić każde zdanie i każdą osobę, która je wypowiada, o ile tylko formalnie dość liczne będzie grono broniących, reprezentujących określone naukowe gremium. I odwrotnie: każde zdanie i każdą osobę da się także odrzucić, o ile tylko dostateczne będzie grono niechętnych.

Czy coś w tym dziwnego? Dla czujących się dobrze w takim stanie rzeczy zapewne nie. Dla mnie jednak trudne do przyjęcia jest takie zawieszenie wartości nauki na jej środowiskowej tablicy ogłoszeń. A jeśli przy tym zastanowić się nad postawami osób parających się pomnażaniem wiedzy i nad tym, jakie znaczenie w promowaniu lub dyskredytowaniu określonych postaw ma wspomniana rola naukowych gremiów?…

Ciągnie swój do swego – głosi znane porzekadło. Mnie do nie-swego nie ciągnie, ale mimo to miewam wątpliwości: może powinienem to nie-swoje oswoić? Może tak właśnie należy postępować, aby przede wszystkim – bez względu na uznawane wartości moralne i poznawcze – zasłużyć na środowiskowe uznanie i otrzymać owo wspomniane na wstępie zaproszenie do salonów wiedzy? I może bez względu na wszystko tak właśnie należy postępować, aby swoją myślą, słowem lub uczynkiem nie narazić się tym, od których takowego zaproszenia wolno się spodziewać? I może przyznać trzeba, że budowany taką drogą relacyjny kapitał – trampolina środowiskowych sukcesów – jest dobrem na tyle dużym, by właśnie o takowe bezwzględnie zabiegać? A przecież tak wielu przy tym radzi, by instrumentalizować wszystko, co po drodze, dla osiągnięcia intratnego celu…

Otóż, nie. Uważam, że nic nie jest warte wstawienia w miejsce pierwszego punktu Dekalogu, bo wszystko, co tam można by wstawić, ma wyłącznie przyziemny, tymczasowy charakter. Warto zaś stawiać sobie wyższe wymagania i cele niż te, które wskazują tymczasowe gremia, bo i po tych gremiach na końcu zostaną popioły.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że z takim podejściem nie zajdę daleko, nie zajdę wysoko, nie znajdę uznania wierzących inaczej. Trudno. A gdy ktoś na to powie, że przecież wystarczyłoby tylko rzetelnie zajmować się nauką, pomyślę: może tak, może nie, w każdym razie nie mam co do tego pewności…

środa, 30 sierpnia 2017

Zapiski pokonkursowe (2)

Podobnie jak poprzednim razem [zob. tutaj], również w bieżącym roku miałem zaszczyt uczestniczyć w organizowanym przez Instytut Tertio Millennio Konkursie Papieskim – przewodnicząc w regionie gdańskim jego komisji finałowej, co miało miejsce w sobotę 3 czerwca b.r. w Domu Parafialnym Świętego Brunona przy Parafii Archikatedralnej pw. Trójcy Świętej w Gdańsku. Motywem wiodącym tegorocznej, XIII edycji Konkursu był „Patriotyzm Karola Wojtyły, 1920-2005”; uczestnikom zaproponowano do pisemnego opracowania następujące trzy tematy i zestawy związanych z nimi lektur:

(1) Czym – według Jana Pawła II – jest patriotyzm i w czym – Twoim zdaniem – najbardziej przejawiał się on w działaniu Papieża z Polski? (Jan Paweł II, Apel Jasnogórski z młodzieżą – Częstochowa 18 czerwca 1983; Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005); (2) Jakie najważniejsze wskazania dla Rodaków skierował Jan Paweł II w katechezach na temat Dekalogu, wygłoszonych podczas swej pielgrzymki do Polski w 1991 roku? (Jan Paweł II, Homilia podczas Mszy św. odprawionej przy kościele Świętego Ducha – Koszalin 1 czerwca 1991; Jan Paweł II, Msza św. w Parku Agrykola. Beatyfikacja O. Rafała Chylińskiego – Warszawa 9 czerwca 1991); (3) Jaki fragment nauczania Jana Pawła II i dlaczego uważasz za najważniejszy dla Polski A.D. 2017? (J. Poniewierski /red./, Jan Paweł II: pielgrzymki do ojczyzny 1979, 1983, 1987, 1991, 1995, 1997, 1999, 2002. Przemówienia i homilie, Kraków 2015; M. Zięba, Niezwykły pontyfikat, Kraków 1997). Z grona pięciorga finalistów naszego regionu – uczniów szkół ponadgimnazjalnych z Chojnic, Lubawy, Pelplina, Przodkowa i Starogardu Gdańskiego – jedna osoba wybrała drugi, a cztery pozostałe pierwszy z wyżej wymienionych tematów.

Paweł Łukowski napisał o roku 1991, przypominając ówczesne nauczanie Jana Pawła II, nawiązujące do treści ósmego przykazania Dekalogu: „Każdy z nas ma prawo do prawdy, dzięki której czujemy się wolni. Ważne jest natomiast, że kiedy głosimy prawdę musimy liczyć się z jej konsekwencjami oraz z tym, że musi być ona głoszona przez miłość do drugiego człowieka. Właśnie dlatego na zakończenie papież mówił nam, że czeka przed nami wielka praca nad mową jaką się posługujemy”.

Martyna Kosiedowska przywołała papieską refleksję nad imieniem „Polska”, które to imię nas, Polaków określa i zobowiązuje, a przy tym niewątpliwie kosztuje, i przypomniała, że „to jak ludzie się zachowują, oznacza też ich stosunek do kraju”: „Nie możemy się porównywać do innych narodów, ponieważ my mamy swą jedność, swój patriotyzm i godność […] nasz patriotyzm i nasza wiara łączą się ze sobą i razem tworzą jedność. […] Dzięki Janowi Pawłowi II my, w szczególności, młodzi ludzie możemy walczyć i być dumni ze swojego kraju”.

Magdalena Szczepańska napisała, że Ojciec Święty Jan Paweł II, pozostając przecież polskim patriotą, w pewnym sensie „był patriotą każdego narodu. Zawsze stawał w obronie najsłabszych i podkreślał ich jednakowe prawo do ojczyzny”. Jego wizja patriotyzmu była bowiem „pełna chrześcijańskiej koncepcji człowieka” i przekonania, że „umiłowanie ojczyzny niemożliwe jest bez pracy, szacunku dla niej i człowieka pracującego”.

Jerzy Dziemiński zakończył swoją pracę następująco: „Moim zdaniem patriotyzm u Jana Pawła II przejawiał się w umiłowaniu literatury, kultury, historii ojczyzny. Łączył się w jedną całość z miłością do ojczyzny i wiarą, która rzuca nadprzyrodzone spojrzenie na ziemskie dzieje. Postawa Papieża, działanie i słowa są dla mnie najlepszym przykładem i wzorem, z którego chcę uczyć się patriotyzmu. Bóg, honor, ojczyzna – słynna maksyma – ukazuje, że te trzy wartości łączą się w jedno i pomagają zrozumieć patriotyzm, ale także pomagają odnaleźć swoje miejsce w ojczyźnie”.

Zwycięzcą tegorocznego Konkursu Papieskiego w naszym regionie został Damian Szymański, który w swojej pracy napisał m.in.: „Żyjemy w czasach, w których pojęcie patriotyzmu i tradycyjnych wartości coraz częściej odchodzi w niepamięć. Ludziom żyje się coraz lepiej i wygodniej. Zapomina się o dziedzictwie pozostawionym nam przez poprzednie pokolenia. Zanika w nas świadomość kim jesteśmy. Wielu ludzi nazywa się Europejczykami, «obywatelami świata». Patriotyzm uważa się za sen minionych dziejów, coś zbędnego. Jednak teraz, w XXI wieku hasło to powinno być żywsze niż kiedykolwiek, zwłaszcza dlatego, że Europa wraca do epoki skrajności, podobnej do tej sprzed II wojny światowej. […] Fakt szczególnego pogłębienia kryzysu społecznego w XX wieku zauważył Jan Paweł II, który przez cały swój pontyfikat wskazywał na dialog i zrozumienie. Szukał tego, co łączy. Budował mosty. Uczył, że trzeba rozmawiać, ale przede wszystkim słuchać, co też czynił całym swoim życiem poprzez otwartość na drugiego człowieka”.

Podsumowując dla TVP3 Gdańsk konkursowe zmagania finalistów, powiedziałem: „To jest ich mocowanie się także z tą materią pojęciową, którą lepiej lub gorzej rozmaici uczestnicy konkursu też przestudiowali i o której mówili, ale to jest także jakieś mocowanie się z emocjami, związanymi z tym, o czym pisali; bo patriotyzm jednak jest zagadnieniem żywym, a w ostatnich czasach bardzo mocno też ożywianym na różnych polach”…

[Wojciech E. Zieliński, Zapiski pokonkursowe (2), "Na Rozstajach", 2017, nr 7-8 (304), s. 12.]


Relacje w mediach:

https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/cozUmHJByGU

https://plus.google.com/+WojciechEdmundZieli%C5%84ski/posts/ahnQzFAvTdZ

piątek, 25 sierpnia 2017

Pomalowałem sobie ptaka

Stoi u mnie wśród kwiatów w ogrodzie i bacznie zerka na domy sąsiadów. Oczywiście nie obarczam go ani kamerą, ani mikrofonem, bo do ptaka mam zaufanie – gdy coś ważnego za płotem wypatrzy, to wszystko wyśpiewa zaraz bez ogródek. Mam wobec niego też zobowiązania. Ot choćby takie, że gdy on rdzewieje, ja biorę farbę i ptaka farbuję. Malowany ptak – myślę sobie wówczas, mocząc farbą pióra. I nie trzeba go wcale nakręcać.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Wysoko zaszedł – pomyślałem

o ślimaku, który pnąc się w górę po elewacji, właśnie mijał okno pierwszego piętra mojego domu. Czyżby miał niebawem zamienić się w motyla? A może to ptak ubrany w zwiniętą skorupę? Czy jego droga jest zaplanowana? Czy sens tej drogi zawarto w jej celu, czy może tylko w tej bieżącej wędrówce?

Nie ważne jak wolno idziesz, bylebyś szedł – przypomniałem sobie, co powiedział Konfucjusz. No, proszę, ślimak poważnie traktuje te słowa, a ja nie mogę pozbyć się wątpliwości… Po co ten cały wysiłek? Po co ta cała wędrówka? Jaki jest sens owych słów filozofa? I jak uwolnić się od takiego wątpienia?

Nie wiem. Ale czy muszę tłumaczyć się z takowej niewiedzy? I przed kim? Doprawdy drażnią mnie te ciągłe pytania. Gdybym mógł zamienić się w motyla, albo na ptasich skrzydłach pofrunąć daleko; gdybym w ślimaczej skorupie znalazł jakąś małą wnękę, może zdołałbym schować się przed tym wątpieniem… Nic z tego.

Przy pochówku nieraz

i pamięć zawodzi.

sobota, 5 sierpnia 2017

Parę myśli o wychowaniu

Jak wychowywać? To pytanie zapewne interesuje każdego, kto nie ograniczając się do powtarzania lekcji doświadczonych na własnej skórze i do powielania utartych formuł podręcznikowych, problematykę wychowania podejmuje w konfrontacji z realiami życia we współczesnym mu świecie. Czy nasz świat zmienia się szybciej niż świat naszych przodków? Niewykluczone. Ale wychowanie chyba nigdy nie było łatwe – a pozostaje zapewne tym trudniejsze, im bardziej chce być odpowiedzialne. Celowe wydaje się więc dostrzeganie tych elementów współczesnego doświadczenia społecznego, których uwzględnianie w wychowaniu potrzebne jest nie mniej niż uwzględnianie tego, co wiadome od zawsze i niesione z pokolenia na pokolenie.

Jednym z istotnych elementów doświadczenia współczesnego człowieka jest zauważalny na rozmaitych płaszczyznach życia społecznego zanik postawy serio. Tak wiele wokół pozostaje „na niby”, że można by pomyśleć, iż dla wielu całe życie jest żartem. Wydaje się, że w takiej sytuacji, przestrzeni wychowawczej – być może, wbrew pozorom i rozlicznym obawom – wskazana jest, a może wręcz konieczna, rozsądna doza akceptacji owej nie-powagi, owej postawy non-serio, panoszącej się wokół. Wszak jeśli rozmaite wartości uznajemy za stale i niezmiennie ważne, to zarazem przyznać musimy, iż odrobina żartu, a może nawet ironii wobec nich, ich statusu przecież nie zmieni. Wychowanek zaś tej akceptacji (dla) żartu, czy ironii, i tak prędzej czy później doświadczy – w szkole, na podwórku, czy gdziekolwiek indziej. Jeśli natomiast zabraknie jej w domu, jeśli dom w sprawach wartości zawsze będzie tylko sztywny i poważny, to dziecko wyjdzie z niego na zewnątrz chyba nie najlepiej do życia w tym dzisiejszym świecie przygotowane. Innymi słowy, szacunek dla wartości, które ukształtowały naszą kulturę i nas jako rodziców i wychowawców, jeśli ma stać się udziałem także naszych dzieci, winien być szacunkiem bez wątpienia poważnym w swej istocie. Ale to wcale nie znaczy, że ma być szacunkiem pochmurnym w swych przejawach. Jako wychowawcy nie powinniśmy chyba przypominać tych, którzy przybierają wygląd ponury, by pokazać innym wagę swych (tu: wychowawczych) uczynków (por. Mt 6, 16).

Innym istotnym elementem naszego doświadczenia społecznego, którego uwzględnienia w wychowaniu domaga się przytomne działanie w świecie współczesnym, jest trudna kwestia wolności. Wolność stała się bowiem absolutną wręcz wartością kultury współczesnej. Ostrej krytyce poddawane jest wszystko, co ją krępuje – każdy głos, który ośmiela się wskazywać jej ograniczenia. Głosem poważnym, który brzmi donośnie, który jednak nie ma mocy sprawczej, by bezpośrednio ucieleśniać to, co werbalizuje, jest głos mówiący o zależności wolności od prawdy: tam gdzie nie ma prawdy, nie ma wolności (por. Jan Paweł II, Veritatis splendor, 34 i in.). To są słowa na tyle duże, że można na nich wznosić – i wznosi się – rozmaite gmachy; między innymi teorii i praktyki wychowania. Ale takie budowanie, wznoszenie na takim fundamencie jest udziałem jedynie niektórych. Czyż nie łatwiej bowiem myśleć bardziej zwyczajnie: że wolność to po prostu brak skrępowania, niekoniecznie zaś wybór dobra dokonywany w blasku prawdy!? A jeśli tak jest, że dominuje raczej owo praktyczno-potoczne ujęcie wolności, dalekie od jej filozoficznie ugruntowanej wykładni, to uczciwość intelektualna wymaga od współczesnego wychowawcy, by w procesie wychowania wychodził od tego podstawowego, właśnie potocznego doświadczenia. Działanie wychowawcze, które nie uwzględnia tego elementu swobodnego rozumienia wolności, zdaje się popadać w sferę myślenia życzeniowego. Takie myślenie natomiast – odsuwając niezbędny w wychowaniu realizm – opóźnia afirmację zmian zachodzących wokół i pod dużym znakiem zapytania stawia możliwość osiągnięcia założonych, faktycznie pożądanych wychowawczo celów.

Przytomne działanie w świecie współczesnym domaga się realizmu w procesie wychowania, unikania myślenia życzeniowego, dostrzegania wielu aspektów doświadczenia wolności. Domaga się także racjonalnego szacunku dla wartości – takiego, który w swej powadze nie wyklucza odrobiny szaleństwa. Aksjologicznie samoświadome działanie wychowawcy domaga się wreszcie jego dystansu do samego siebie. Wszak, aby wychowywać, nie wystarczy mieć rację. Przede wszystkim trzeba kochać! A miłość nie sprowadza się przecież do fascynacji i zauroczenia swoim przedmiotem – sprawdza się dopiero w godzinie próby, która zawsze dotyczy obu stron jej relacji.

[Wojciech E. Zieliński, Parę myśli o wychowaniu, "Na Rozstajach", 2017, nr 6 (303), s. 12.]

Zob. także tutaj.

środa, 26 lipca 2017

Zarząd znowu się wypowiedział

Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Socjologicznego właśnie ogłosił swoje stanowisko „wobec ostatnich wydarzeń politycznych i społecznych w Polsce”. W dokumencie można przeczytać, że niepokój Zarządu budzą następujące sprawy:

1) zniechęcenie do funkcjonowania demokracji w Polsce
2) złe funkcjonowanie mediów
3) niszczenie zaufania obywateli wobec instytucji demokratycznego państwa prawa
4) używanie języka wykluczającego oponentów ze wspólnoty politycznej
5) stanowienie prawa w warunkach utrudniających społeczną i obywatelską kontrolę.

O tym, że takie stanowisko zostało ogłoszone dowiedziałem się z maila wysłanego z Biura PTS we wtorek, 25 lipca b.r., przy czym dokument opatrzony jest datą 24 lipca 2017 r., a tekst sugeruje, że powstał jeszcze przed poniedziałkowymi rozstrzygnięciami Prezydenta RP w sprawie trzech tzw. ustaw sądowych. W zakończeniu napisano bowiem „że – niezależnie od treści szczegółowych rozstrzygnięć prawnych, jakie zostaną powzięte – praktyki takie [jak ww.] prowadzą i prowadzić będą do negatywnych dla ładu społecznego skutków społecznych”. (Całość oświadczenia można przeczytać tutaj).

W związku z powyższym, na trzy kwestie chciałbym zwrócić uwagę:

(1) dobrze się stało, że Zarząd Główny PTS przestał przypisywać swoim oświadczeniom charakter opinii reprezentatywnych dla całego PTS (o szerszym zakresie nie wspominając) – a przypomnę, że swego rodzaju niechlubne szczyty nieskromności w tym względzie osiągnął chyba w roku 2015, wydając oświadczenie, do którego odniosłem się tutaj i tutaj

(2) rozumiem i szanuję zaniepokojenie ZG bieżącymi sprawami publicznymi, ale gdy czytam, że wyraża „sprzeciw wobec klimatu społecznego, jaki budowany jest wokół sprawy reformy Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa”, to nie mam pewności, na co położony jest tutaj akcent: czy na (a) sam klimat, czy na (b) jego budowanie

(ad b) jeśli bowiem chodzi tu o budowanie klimatu, to następne zdanie oświadczenia niestety znowu – jak to już miało miejsce we wcześniejszej aktywności ZG PTS – wskazuje na jednostronność wyrażanego poglądu; czytamy bowiem: „Proponowane zmiany, a w tym ustawy o ustroju sądów powszechnych, mogą prowadzić nie tylko do poddania polskich sądów politycznej kontroli tylko jednej partii, ale także podważyć fundamentalne założenia ustrojowe zapisane w Konstytucji RP dotyczące trójpodziału władzy”…; cóż, z lektury całego dokumentu wnioskuję, że zdaniem ZG za proponowanymi zmianami nie przemawiają żadne racje na tyle istotne, by w przedmiotowym oświadczeniu należało o nich napisać, a wpływ na zły klimat wokół planowanych reform ma tylko strona je promująca; jeśli miałoby to oznaczać, że po stronie parlamentarnych i pozaparlamentarnych kontestatorów zmian ZG PTS widzi tylko owo, przysłowiowe już, ‘samo dobro’, to niewątpliwie warto byłoby ponownie – właśnie w kontekście wydanego oświadczenia – zastanowić się, co pojęcie kompetencji socjologicznej oznacza dzisiaj i jakie konsekwencje w stosowaniu jego określonego rozumienia rysują się w kształceniu socjologów i wynikają dla życia społecznego (zob. m.in. tutaj)

(ad a) jeśli zaś sprzeciw ZG wyrażony jest wobec samego klimatu społecznego, to cóż, ja też wyrażam zdecydowany sprzeciw wobec faktu, że oto jest środek lata, a ciągle leje…

(3) w oświadczeniu napisano „Zwracamy także uwagę na sprawy, które w nas – jako socjologach, socjolożkach i obywatelach, obywatelkach tego kraju – wywołują obawy dotyczące kondycji społeczeństwa polskiego i jakości relacji władza-obywatele”…; jeśli dobrze rozumiem, częste dziś w niektórych środowiskach używanie podobnych formuł: „socjologach, socjolożkach i obywatelach, obywatelkach” itp. itd., opiera się m.in. na jakichś wnioskach lub zaleceniach czerpanych z najnowszej literatury naukowej (przy okazji zob. tutaj), jednak chciałbym zauważyć, że takowe zdaje się być wyrazem postawy dyskryminującej, a może wręcz wyrazem swego rodzaju milczącej mowy nienawiści kierowanej pod adresem rodzaju nijakiego… Czy można to dłużej tolerować?

czwartek, 13 lipca 2017

Bez akademickiej spiny, czyli wczasy edukacyjne

- te dwa określenia przychodzą mi na myśl, gdy wspominam swój niedawny udział w zajęciach Letniej Szkoły Tutorów w Gdańsku, zorganizowanej przez Collegium Wratislaviense i zakończonej stosownym certyfikatem. Niemal dwa tygodnie intensywnych zajęć w kilkunastoosobowym gronie ludzi już doświadczonych – pedagogów, psychologów, akademików, przedstawicieli biznesu i in. – a przy tym wciąż uczących się, otwartych na nowe doświadczenia i ciekawych siebie nawzajem. Totalny kontrast do zatęchłego klimatu uczelnianej bufonady, jakiego zdarza mi się czasem doświadczać, gdy nieopatrznie trafiam na ludzi, którzy wszystkiego już się nauczyli, którzy wszystko wiedzą lepiej od innych, którzy wypatrują tylko pochwał dla swych ‘autorytetów’, i którzy, bez obaw o utratę pracy, z powodzeniem uwodzą i kształcą kolejnych, podobnych sobie klonów-bufonów.

Zadaniem domowym uczestników wspomnianych zajęć – poza uważnym studiowaniem bieżących materiałów szkoleniowych – było przeprowadzenie wywiadu na temat wybranych zagadnień edukacyjnych, opartego na zestawie pytań przygotowanych przez Organizatora LST. Zebrany tą drogą materiał posłużył przedmiotowej dyskusji uczestników LST i wzbogacił zasoby Collegium.

Materiał, który mnie udało się zebrać – dzięki uprzejmości osób, które zechciały odpowiedzieć na postawione pytania – zamieszczam poniżej, zapraszając tą drogą do jego lektury:




Wprowadzenie

Celem zapewnienia wymaganej zadaniem liczby trzech przeprowadzonych wywiadów, z prośbą o udzielenie odpowiedzi na pytania zwróciłem się wstępnie do siedmiu osób. Odpowiedzi udzieliło łącznie sześcioro respondentów, w tym: 2 studentów, 2 absolwentów studiów, 2 doktorantów; łącznie 2 kobiety i 4 mężczyźni. Mimo przekroczenia liczby wywiadów wymaganej zadaniem – po uprzedniej konsultacji z prowadzącym zajęcia w ramach 1. i 2. zjazdu LST w Gdańsku – postanowiłem wykorzystać cały zebrany materiał. Zestawienie uzyskanych odpowiedzi oraz ich krótkie podsumowanie znajdują się poniżej. Dane pozwalające na ew. identyfikację autorów wypowiedzi zostały usunięte.



Odpowiedzi respondentów

(Pyt. 1.) Jakie doświadczenie edukacyjne było dla Ciebie do tej pory najważniejsze i dlaczego? Które doświadczenie edukacyjne najbardziej Cię zmieniło i jakie są tego efekty?

(Resp. 1.) Sięgając pamięcią wstecz muszę przyznać, że najważniejsze do tej pory doświadczenia edukacyjne to: egzamin maturalny. Powodem jest to, że dawało mi to możliwość i poczucia zdobycia wykształcenia, które pozwalało kontynuować naukę na studiach wyższych. Najbardziej zmieniło mnie studiowanie na uczelni wyższej. To najbardziej świadome doświadczenie edukacyjne.

(Resp. 2.) Odpowiem może trochę przewrotnie, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że najbardziej znacząca była pewna „porażka” edukacyjna, a mianowicie słabo zdany test gimnazjalny (przy bardzo dobrych ocenach szkolnych). Z jednej strony uniemożliwił mi on wybór liceum, do którego początkowo planowałem pójść, ale z drugiej okazało się, że trafiłem do może mniej „elitarnej”, ale za to pełnej „nauczycieli z pasją” szkoły. Dodatkowo, pomny tego słabego wyniku, wyzwoliły się we mnie duże pokłady ambicji, co w połączeniu ze wspomnianym pozytywnym podejściem nauczycieli spowodowało dość szybki rozwój wiedzy i pewnie przyczyniło się do późniejszego planu by zostać naukowcem.

(Resp. 3.) Bardzo ciężko jest przywołać jedno konkretne doświadczenie edukacyjne, które uważam za najważniejsze. Natomiast z całą pewnością, przypominam sobie kilka sytuacji, które miały ogromny wpływ na moje życie. Po pierwsze był to wyjazd z mojego małego rodzinnego miasta X do Trójmiasta aby zacząć studia i zupełnie nowy etap w edukacji. Pierwsze miesiące w zupełnie nowym miejscu, były dla mnie prawdziwą szkołą życia. Bardzo szybko okazało się, że wybrałam kierunek studiów, na który się nie nadaję i strasznie mnie to stresowało i przytłaczało. Wytrzymałam rok, próbując robić notatki z wykładów w obcym języku, ucząc się na pamięć wszystkich koniugacji, czasów i leksykologii języka francuskiego na filologii romańskiej. Podjęłam decyzję o zmianie kierunku studiów. To był drugi przełomowy okres w moim życiu. Wybrałam socjologię, co dla wielu osób było zdziwieniem i do dzisiaj rzadko spotykam się z aprobatą mojego wyboru. Osobiście uważam, że potrzebowałam tej zmiany, bo teraz mogę powiedzieć, że lubię moje studia. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, ale na socjologii odkryłam, że studia to coś więcej niż tylko chodzenie na zajęcia. Im bardziej się w nie angażuję, tym więcej mi dają. Poprzez udział w kilku projektach badawczych, spotkaniach, otwartych wykładach – poznałam wielu ciekawych ludzi i zyskałam poczucie, że jestem we właściwym miejscu. Francuski pozostał moją pasją, niedawno uzyskałam certyfikat DELF z tego języka, biorę udział w wielu wymianach i wyjazdach młodzieżowych do Francji, a w sierpniu jadę odbyć tam praktyki. Socjologia dała mi inne spojrzenie na moją sytuację i pomogła mi przekuć to co uważałam za swoją porażkę, w coś inspirującego.

(Resp. 4.) Trudno wybrać jedno, jednak dla mnie szczególne znaczenie miało pewne zdarzenie z czasów gimnazjum. Dokładnie pamiętam moment, kiedy nauczycielka języka polskiego na forum klasy powiedziała, że mam ogromny talent do pisania, a moja wiedza wykracza daleko ponad mój wiek. Byłam wtedy bardzo niepewną siebie osobą, która zupełnie nie wierzyła w swoje możliwości. Na dodatek miałam ogromne problemy z matematyką i skupiałam się głównie na tym, że nie potrafię nauczyć się czegoś, co innym przychodzi z łatwością. Moja ówczesna pani od polskiego bardzo mnie wówczas wspierała, pocieszając własnymi doświadczeniami, anegdotami o tym, jak podobne były jej zmagania z przedmiotami ścisłymi. Efektem tego jest to, że wybrałam humanistyczne studia, pisałam w gazecie studenckiej, i kompletnie nie przeszkadza mi to, że do najprostszych obliczeń używam kalkulatora bądź wciąż liczę na palcach.

(Resp. 5.) Pewnie nie będę zbyt oryginalny, ale najważniejszym doświadczeniem edukacyjnym było oczywiście rozpoczęcie studiów. Powód nie jest jednak czysto edukacyjny. Chodzi bardziej o to, że wiązało się to z wyjazdem z domu rodzinnego, zmiana miasta, zmiana otoczenia, nowe obowiązki, z którymi od teraz musiałem radzić sobie sam na miejscu. Oczywiście zmieniło mnie to na tyle, że stałem się odpowiedzialny sam za siebie, poznałem swoje możliwości i ograniczenia… Samo studiowanie akurat socjologii (dziennie, a to ma wg mnie duże znaczenie) pozwoliło mi też otworzyć się na odważniejsze wyrażanie swoich opinii, bo studiowanie wśród ludzi (i zajęcia z wykładowcami) o różnych poglądach pokazało mi, że różne opinie to norma.

(Resp. 6.) W tym miejscu wydaje mi się niezbędnym wprowadzenie rozróżnienia na edukacje formalną i nieformalną. Jeśli chodzi o „formalne doświadczenia” to tutaj chciałbym powiedzieć zarówno o negatywnym jak i pozytywnym doświadczeniu. / Egzamin maturalny, dla wielu osób jest zamknięciem pewnego etapu życiowego, postawienie grubej kreski między dzieciństwem a quasi-dorosłością, symbolem, a raczej rytuałem przejścia. Niestety dla mnie, obraz tych dni prezentuje się zupełnie inaczej. Dzisiaj, ze względu na większy bagaż doświadczeń, możliwość spojrzenia z dystansu oraz dzięki zdobytej wiedzy wspominam „maturę” dość przykro… Jako swoiste symulakrum piętna, systemu opieki zdrowia psychicznego oraz panujących społecznie fobii i uprzedzeń. Egzamin dojrzałości pisałem w osobnej sali, w towarzystwie czterech nauczycielek oraz pielęgniarki. Było to tłumaczone ochroną mojego zdrowia, bezpieczeństwem oraz procedurami. Archaiczny system ochrony zdrowia psychicznego, społecznie panująca stygma oraz odrzucenie społeczne zunifikowały się do wspomnienia egzaminu maturalnego. / W zupełnej skrajności do doświadczeń maturalnych stoi studiowanie socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. Doświadczenie to jest dla mnie niezmiernie ważne z kilku powodów. Po pierwsze, jest dla mnie fantastyczna przygodą, choć przede wszystkim w kontekście samego uprawiania nauki, różnica wiekowa między współstudiującymi uwydatnia się w relacjach towarzyskich. Studiowanie uzmysłowiło mi, że mimo wszelkich przeciwności, niedogodności czy utrudnień należy starać się spełniać marzenia, ciągoty czy intelektualne potrzeby. Można powiedzieć, że pierwszy rok studiów nakreślił pewną drogę życiową, którą chciałbym podążać – drogą nauki, kontynuować studia II i III stopnia. Poznanie nauki, studentów, pracowników naukowych oraz wykładowców i wykładowczyń zerwało utożsamianie systemu edukacji z piętnem, zamkniętością oraz zachowawczym lękiem. Można powiedzieć, że w pewien sposób podjęcie studiów socjologicznych rozpoczęło nowy etap w moim życiu, oraz utwierdziło to poczucie „powołania” do uprawiania nauk społecznych. Efekty tego doświadczenia są dwojakie, z jednej strony osobiste, powiązanie nie tylko z własną tożsamością ale także poprawą stanu zdrowia, wręcz można powiedzieć o „uzdrowieniu”. Jeśli chodzi o „znaki dobrego wyboru drogi życia” no to wydaje mi się, że efektem są bardzo dobre wyniki w studiowaniu oraz moje zaangażowanie w życie społeczne, zwłaszcza w kwestii prawno człowieczej jak i w tematyce ochrony zdrowia psychicznego, m.in. czynny udział w konferencji W Stronę Człowieka.



(Pyt. 2.) Czy w ramach tego doświadczenia pojawiła się osoba, która odegrała ważną rolę? Jeśli tak, to co ją charakteryzowało?

(Resp. 1.) W ramach tego doświadczenia to nie było szczególnej osoby. Podczas nauki w liceum były to różne osoby, których charakteryzowało dobre nauczanie i ukierunkowanie na społeczny kontekst świata. Podczas studiów było podobnie. Jednak największą rolę odegrała promotor pracy magisterskiej – X, swoim podejściem do nauczania, prowadzenia studenta i pracy nad pracą magisterską.

(Resp. 2.) Nie miałem kogoś w rodzaju „mistrza”, za kim bym podążał i którego wpływowi poddawałbym się bezkrytycznie (może to też kwestia tego, że nie szukałem takiej osoby?). Natomiast cały okres edukacji poznałem wiele ważnych osób, które czymś mnie inspirowały i prawdopodobnie to co myślę, robię, jest w dużej mierze mozaiką tych różnych wpływów. Zastanawiam się czy coś te osoby łączy i dochodzę do wniosku, że była to pewnego rodzaju szczerość intencji i naturalność zachowania. One wszystkie były z jednej strony „pewne swego”, pewne drogi, którą obrały i nikogo innego nie udawały, a przy tym wszystkim nie sprawiały wrażenia, że ich postawa jest jedynie właściwa.

(Resp. 3.) Tak, pojawiło się kilka osób którym jestem bardzo wdzięczna. Niektóre nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo mi pomogły. Był to mój nauczyciel francuskiego z rodzinnego miasta, mój przyjaciel chory na raka, moi rodzice, przyjaciółka, narzeczony, kilka osób które poznałam już na socjologii. Gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że pomogły mi nawet książki, które skłoniły mnie do wielu refleksji i cieszę się, że trafiły w moje ręce w odpowiednim czasie.

(Resp. 4.) Chyba po części odpowiedź znajduje się powyżej. Warto jednak dodać, że była to niesamowita nauczycielka. Traktowała każdego ucznia bardzo indywidualnie, dzieliła się swoją ogromną wiedzą, w wyjątkowy sposób. Myślę, że nie było wówczas osoby, której nie zainteresowała językiem polskim.

(Resp. 5.) Nie, żadna konkretna osoba.

(Resp. 6.) Wcześniej wspomniałem o edukacji nieformalnej. Chyba najważniejszym i najbardziej wpływowym doświadczeniem były obozy letnie w Żarnowcu, gdzie byliśmy goszczeni przez Benedyktynki, razem pracowaliśmy, rozmawialiśmy, były wspólne modlitwy, ale przede wszystkim traktuje to jako doświadczenie metafizyczne. Jednak metafizyczne nie ze względu na obcowanie z Bogiem, tylko na doświadczeniu, rzeczywistym, które było widać, można było dotknąć, zobaczyć i poczuć – doświadczenie wiary sióstr zakonnych. Podczas tych obozów mieliśmy także spotkania z o. Karolem Meissnerem, również benedyktyn. To właśnie „pogadanki” z Wujem Meissnerem (tak go określaliśmy, i tak został w mojej pamięci) pamiętam jako wspaniałe nauki filozoficzne, z dzisiejszej perspektywy widzę jak bardzo wpłynęły one na moje postrzeganie rzeczywistości społecznej. Ale przede wszystkim nauczyły mnie spojrzenia na drugiego człowieka jako osoby, jednostki bez znaczenia jakiego jest koloru skóry, orientacji seksualnej czy etnicznego pochodzenia. / Poza wspomnianym ojcem Meissnerem, w moim doświadczeniu edukacyjnym bardzo ważne miejsce zajmują wykładowcy z Uniwersytetu Gdańskiego, miałem przyjemność z nimi współpracować, rozmawiać, pytać o radę itd. Trudno mi jednoznacznie wskazać jedną „przodującą” osobę, dlatego powiem tylko, że jest ich czwórka, a nazwiska pominę :)



(Pyt. 3.) Gdybyś mógł wybrać jakąkolwiek osobę na świecie na swojego tutora, mistrza, kim byłaby ta osoba i nad czym chciałabyś/chciałbyś z nią/nim pracować?

(Resp. 1.) Nie rozumiem pytania. Czy to ma być osoba ze świata czy z mojego toku studiów/nauki? Jeśli ze świata to byłaby to osoba już niestety nie żyjąca – byłby nią C.W. Mills – amerykański socjolog. Chciałbym pracować nad swoją rozprawą doktorską. Inną osobą byłby Alfred N. Whitehead, z którym mógłbym pracować nad koncepcją miejsca nauki w społeczeństwie.

(Resp. 2.) Byłby to amerykański socjolog Randall Collins – przede wszystkim imponuje mi jego niebywała umiejętność myślenia wielowymiarowego – w kontekście mikro-, mezo- makrostruktur, uwarunkowań historycznych, czy z włączeniem aspektów biosocjologicznych. Gdyby istniała taka możliwość chciałbym opracować z nim temat socjologii uczenia się – biorąc pod uwagę wcześniej zarysowane aspekty.

(Resp. 3.) Chyba nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jako pierwszy przyszedł mi na myśl mój tata, bo to on jest dla mnie największym autorytetem. Wszystkiego mnie nauczył. Zaraził mnie pasją do podróży i chciałabym pracować z nim dalej nad rozwojem naszego lokalnego stowarzyszenia X. Organizacja dużych imprez turystycznych, wyjazdów, spływów tematycznych, spotkań z podróżnikami daje mi wiele satysfakcji, ale wymaga też sporego zaangażowania, aby wszystko logistycznie ogarnąć, od wolontariuszy po noclegi itp. Cieszę się, że znalazłam wspólną pasję z tatą i mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy razem współpracować i uczyć się od siebie nawzajem.

(Resp. 4.) Wybrałabym profesora Philipa Zimbardo. Myślę, że chciałabym z nim pracować nad tym jak „wyciągać” z ludzi ich najlepsze cechy, jak motywować do działania, przywracać wiarę we własne możliwości.

(Resp. 5.) Szczerze mówiąc nie uznaję relacji tutor/mistrz – uczeń. Uczę się życia od wszystkich otaczających mnie osób, uczę się też na błędach, które każdy musi popełnić. Nie chciałbym, żeby jedna, konkretna osoba mówiła mi jak mam żyć, nie chciałbym też „pracować nad czymś” z osobą, która z góry uważałaby się za kogoś, kto ma przelać na mnie wszelką wiedzę życiową.

(Resp. 6.) Nigdy się nie zastanawiałem nad wyborem „nauczyciela”, ale chyba w tej chwili jako swojego nauczyciela (żyjącego) wskazałbym papieża Franciszka, a z nieżyjących… Fryderyka Nietzschego lub Karla Jaspersa. Są to dla mnie autorytety, z którymi sama rozmowa byłaby dla mnie niezwykle ważna i inspirująca. Trudno wskazać mi jeden temat, zagadnienie do współpracy, ale gdybym musiał byłyby to zagadnienia etyki i aksjologii.



Podsumowanie

Odpowiadając na pytanie o najważniejsze dotychczasowe doświadczenia edukacyjne, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:

(a) wagę edukacyjnej porażki (tu: słabo zdany test gimnazjalny), po której, dzięki pasji i pozytywnemu podejściu nowych nauczycieli, nastąpiło wyzwolenie ukrytych pokładów ambicji ucznia

(b) wsparcie ze strony nauczyciela, który potrafił zauważyć (tu:) pisarski talent uczennicy i pomagał go rozwijać, ze świadomością niedostatków na innych polach jej wiedzy i umiejętności

(c) egzamin maturalny jako swego rodzaju klucz otwierający drzwi do późniejszej, bardziej świadomej edukacji

(d) podjęcie studiów wymagające zmiany miejsca zamieszkania i powodujące konieczność radzenia sobie w zupełnie nowych warunkach życia i nauki, oraz dające doświadczenie różnorodności światopoglądowej nowopoznanych osób, i w związku z tym, pozwalające na nabranie odwagi wyrażania własnych opinii i poglądów

(e) doświadczenie pierwotnie źle wybranego kierunku studiów, a po nim – znalezienie właściwego dla siebie miejsca na nowym kierunku i płynące z tego zadowolenie, mimo ograniczonej akceptacji dla ww. zmiany ze strony otoczenia

(f) kontrast przykrego doświadczenia matury, zdawanej (tu: ze względu na sytuację zdrowotną zdającego) w warunkach swego rodzaju izolacji społecznej, z pozytywnym doświadczeniem edukacji na poziomie wyższym, wyzwalającym (tu:) z piętna oraz lęków przeszłości.



Odpowiadając na pytanie o najważniejsze dotychczas napotkane osoby, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:

(a) wielość osób faktycznie inspirujących – swego rodzaju mozaikę dotychczasowych wpływów edukacyjnych

(b) potrzebę dobrego nauczania i prowadzenia podopiecznego, uwzględniającą także społeczny kontekst edukacji

(c) zauważalne cechy osób zapamiętanych: szczerość intencji i naturalność zachowań, autentyzm prezentowanej postawy, a przy tym pewność własnej drogi i otwartość na drogi innych.



Odpowiadając na pytanie o wybór ew. przewodnika na przyszłość, respondenci zwrócili uwagę m.in. na:

(a) znaczenie uznanych autorytetów – bliskich i bezpośrednio znanych sobie osób (tu np. ojciec jako autorytet i współpracownik, który zaraził pasją określonego działania), jak też osób znanych pośrednio i działających publicznie (m.in. w sferze wartości współczesnej kultury życia społecznego, jak np. papież Franciszek), oraz (tu: ze względu na naukowe plany podopiecznych) osób poznanych i zapamiętanych w świecie nauki

(b) pożądane cechy ew. przewodnika jako osoby, która potrafi „wyciągać” z ludzi najlepsze cechy, przywracać wiarę we własne możliwości i motywować do dalszego działania

(c) zindywidualizowane potrzeby ew. podopiecznych, tu m.in. sygnalizowany dystans do relacji mistrz – uczeń i niechęć do pozostawania pod wpływem jednej osoby dominującej, kształtującej podopiecznego.

czwartek, 22 czerwca 2017

Popper, dr Google i chrześcijanie

Pewien filozof, Karl Raimund Popper [1902-1994], napisał kiedyś następujące zdanie: „Ja mogę się mylić, ty możesz mieć rację, i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy”. Wyraził tymi słowami swoje moralne credo, swoje moralne wyznanie wiary.

Czy o wierze religijnej tu mowa? Nie, to raczej wyraz wiary etycznej, która wszakże z wiarą chrześcijańską nie stoi w sprzeczności. To wyraz wiary „w pokój, człowieczeństwo, tolerancję, skromność, w wysiłek wkładany w to, by uczyć się na własnych błędach, oraz w możliwości krytycznej dyskusji”. To wyraz wiary w otwartość przyszłości – w każdej jej skali – i w człowieka, który może wypełnić ją dobrymi dziełami. Możliwości, które zawiera przyszłość są nieskończone, a odpowiedzialność za ich rozpoznanie i urzeczywistnienie spada właśnie na nas. W zasobach przyszłości znajdzie się bowiem wszystko to, co każdy z nas w nią wniesie przez to, co zrobi. Naszym obowiązkiem – podkreślał Popper – nie jest więc zwiastowanie zła, lecz pozostawanie optymistami i codzienna troska o lepszy świat!

Jakże to naiwne i jakże banalne! A specjaliści od filozofii Poppera zaraz znajdą sto tysięcy erudycyjnych zastrzeżeń i przeszkód do uznania powyższych słów za wnoszące cokolwiek do wartościowej refleksji. Nie szkodzi. Człowiek żyjący i działający w dzisiejszym świecie na co dzień, chcąc nie chcąc, musi sobie radzić z niedostatkami wiedzy własnej i równoczesnym nadmiarem wiedzy otoczenia. Doktor Google mądrzy się na wszystkie strony, ale decyzje, co począć z jego „mądrościami” i tak podejmować musi ten, kto się z nim konsultuje. Moje czytanie wyznania Poppera jest więc zupełnie naiwne i banalnie proste, i niech takim zostanie. Może właśnie takie przyda się też innym, i może właśnie takie niesie coś ze źródła. Sam autor wspominał bowiem po latach, pisząc: „Nie spotkałem nigdy nikogo, kto zwróciłby uwagę na te dwa wiersze [przytoczone na wstępie] pomyślane jako moje credo moralne, a wykluczające, jak mi się wydawało, wszelką możliwość dogmatycznej interpretacji «krytycznego racjonalizmu»”.

Nie widzę żadnych istotnych przeszkód, wewnętrznych sprzeczności i tym podobnych, by być chrześcijaninem – krytycznym racjonalistą, choć zdaję sobie sprawę, że takie przekonanie o intelektualny zawrót głowy przyprawiać może zarówno tych wierzących, którzy w krytycznym racjonalizmie widzą tylko kwintesencję walki z religią i tradycją, jak i tych rzekomo krytycznych racjonalistów, którzy w chrześcijaństwie widzą głównie moherowy ciemnogród. Jedni i drudzy, w moim przekonaniu, czyniąc tak wynoszą się ponad tych, których krytykują, a tymczasem chodzi o coś wręcz przeciwnego.

Chodzi o to, by z pola widzenia nie tracić Prawdy, która – niczym Słońce na horyzoncie – pozostaje ciągle od człowieka większa, i która zwyczajnie uczy pokory. Chodzi o to, by z pola widzenia nie tracić też innych ludzi, a ci są przecież różni; ulokowani bliżej nas i dalej, i pod nieco innym niż my kątem oświetlani. Jeśli są wśród nich ludzie dobrej woli – a niewątpliwie są i tacy – to chodzi też o to, by ich racje w spornych kwestiach słyszeć i rozważać. Wspólny wysiłek zbliża nas do prawdy, która przecież ciągle jest na horyzoncie i która, jako taka, daje sens naszym poszukiwaniom, naszemu uczeniu się, także od siebie nawzajem, i która czyni świat ciekawym, wartym poznawania i rozumienia.

Tymczasem, jakże trudno nam nieraz chociażby przyznać się do błędu – zwłaszcza wobec kogoś, kto faktycznie lub tylko w naszym przekonaniu znajduje się na niższym szczeblu jakiejś hierarchii. Miłość własna i chęć utrzymania na swój sposób rozumianego autorytetu – niezależnie od tego, czy faktycznie go posiadamy, czy tylko go sobie przypisujemy lub jego posiadanie wyobrażamy – skłaniają do przemilczania tego, co sami „sknociliśmy” lub, gdy przemilczeć się nie da, do szukania winnych daleko od siebie. Niewątpliwie taką skłonność może wzmagać w nas niejedno faktyczne doświadczenie niesprawiedliwości, upokorzenia, obarczenia nie swoją winą, gdy ktoś wobec nas okazał się nieuczciwy, a przy tym jakoś od nas silniejszy lub bardziej sprytny, a właściwie cwany. Chcemy więc nieraz odpłaty tym samym, nawet, gdy ofiarą stanie się niewinny. Ale chyba przyznać wypada, że ani to krytyczno-racjonalne, ani chrześcijańskie. Przyznanie się do błędu jest bowiem stanięciem w prawdzie – przywraca siłę naszemu działaniu na rzecz dóbr własnych i rzecz dobra wspólnego, uwalnia nas od mistyfikacji własnych kompetencji, przy tym uczy również innych wolności, bo wyzwala z gry pozorów, i wprawia w rozpoznawanie właściwej miary autorytetu. Któż, jak nie Bóg, jest tej prawdy i autorytetu pełnią; któż, jak nie człowiek, może być jej dobrym dla innych obrazem.

[Wojciech E. Zieliński, Popper, dr Google i chrześcijanie, "Na Rozstajach", 2017, nr 5 (302), s. 12.]


PS. Swego czasu, gdy podczas egzaminu w IFSiD UG odpytywałem studentów z zagadnień krytycznego racjonalizmu, dowiedziałem się od nich, że oto trafiłem do Wikipedii, jako jeden z wiernych wyznawców Popperowskiej doktryny☺; zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_popperowski

niedziela, 28 maja 2017

poniedziałek, 15 maja 2017

Z mojego listu do Redaktora

[dot. artykułu, który można przeczytać tutaj: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2017/05/niech-spotkaja-sie-nasze-swiaty.html]


Szanowny Panie Profesorze,

Wszystko uważnie i kilkakrotnie przeczytałem. Rozumiem, szanuję i doceniam troskę Redakcji i Recenzentów o profesjonalny poziom Pisma. …I myślę, że ‘nie spotkały się nasze światy’…

Jeśli dobrze rozumiem, to według Rec. A [zob. poniżej], treść tego, co napisałem, jest wystarczająca, ale forma nie odpowiada standardom naukowości, więc publikacja byłaby ryzykowna; z kolei według Rec. B [zob. poniżej], wszystkiego, co istotne, jest w moim artykule za mało, a za dużo jest tylko Zielińskiego. Biorąc przy tym pod uwagę również liczbowe wartości ocen wnioskuję, że – aby zadowolić Recenzentów – tekst musiałbym napisać praktycznie od nowa i zupełnie inaczej. To oczywiście nie wchodzi w rachubę. (Zwłaszcza, że w przytoczonych recenzjach nie znalazłem nawet próby merytorycznej dyskusji z tym, co napisałem, choć rozumiem też, że takowa nie jest obowiązkiem recenzentów). A ponieważ mimo wszystko bywam czytany, wierzę, że i ten ‘nieprofesjonalny’ tekst gdzieś, jakoś do lektury, choćby prywatnej, trafi; i to wystarczy.

Swoją drogą zaistniała sytuacja przypomniała mi scenę z serialu “Alternatywy 4”, w której pewien woźnica furmanki z konkretną sprawą zwraca się do mijanego na ulicy dzielnicowego – pyta o adres swojego kolegi – a milicjant na to odpowiada pytaniem, dlaczego koń taki brudny, i pouczeniem, że ‘tu w ogóle nie wolno zatrzymywać się’ (zob. https://www.youtube.com/watch?v=zC56tZ2qiuc)…

Taka moja odpowiedź może wyglądać na arogancką, ale proszę spojrzeć na nią inaczej: Na liczniku życia mam już (za chwilę) pół wieku i tyleż własnego doświadczenia. Przedmiotowa sprawa owo doświadczenie tylko powiększa, więc nie idzie na marne. Pozwala też przemyśleć hierarchię wartości.

Konkludując: Jeśli mój artykuł nie może być opublikowany w kształcie przeze mnie proponowanym (z korektą polegającą na wycięciu przypisów do Zielińskiego, która dla mnie problemu nie stanowi), proszę zwyczajnie nie zawracać sobie nim więcej głowy. W ten sposób “profesjonalizm” filozofii zostanie obroniony, a ja nie będę zajmował się nieswoimi sprawami. Wszyscy więc na tym jakoś skorzystamy, a świat bez mojego tekstu na Państwa łamach nie zawali się przecież.

Łączę wyrazy szacunku
i pozdrowienia Wielkanocne!

Wojciech E. Zieliński



------------------------------------------------------
Rec. A:

Artykuł jest tekstem bardziej publicystycznym niż naukowym. Autor nie ukrywa, że nie jest jego zamiarem stworzenie tekstu zgodnego z obowiązującymi w filozofii standardami, ponieważ uznaje je za ograniczające prawdziwe myślenie filozoficzne. W efekcie tekst stanowi oryginalną wypowiedź o charakterze filozoficznym, która jest ciekawa, ale nie jest tekstem naukowym w standardowym rozumieniu. Tekst napisany jest w pierwszej osobie, co również w przypadku tekstów filozoficznych nie jest typowe. Jak sam autor pisze profesjonalna filozofia go nie interesuje. Proponuje uprawianie filozofii praktycznej i życiowej:

„Znacznie bardziej jednak interesuje mnie filozofia uprawiana praktycznie, życiowo i mądrościowo. Dlaczego? Bo to jest filozofia człowieka działającego we własnym świecie życia z całym bagażem jego codziennych ułomności. Jako taka zaś, podobnie jak człowiek jako taki i życie jako takie, jest owa filozofia czymś bardziej elementarnym od jej projekcji teoretycznych i ich późniejszych systematyzacji. Na tym założeniu opieram dalsze uwagi oraz możliwie przystępny dydaktycznie sposób ich wyrażania. Zatem, jeśli dla Czytelnika takowe jest nie do przyjęcia, chyba nie ma sensu ich dalsza lektura”.

Jeśli założenia autora są zgodne z profilem czasopisma […] tekst może zostać opublikowany. Nie są to jednak analizy filozoficzne w klasycznym znaczeniu. Jeden tego typu tekst jest ciekawostką. Masowe pojawienie się tekstów pisanych w tym stylu może spowodować, że filozofem profesjonalnym mienić się będzie mógł każdy, a obiektywna ocena efektów rozważań nie będzie możliwa.


------------------------------------------------------
Rec. B:

Autor podejmuje ciekawy temat, jednak swoich tez nie wspiera ani odwołaniami do literatury przedmiotu (z upodobaniem cytuje samego siebie) ani konkretnymi przykładami opisywanego przez siebie "doświadczania moralności". Nie podaje też, chociażby na kilku przykładach, na czym miałoby polegać zbliżenie się profesjonalnych etyków do praktyki i świata życia codziennego. Nie zauważa zupełnie chociażby zainteresowania etyką stoicką, jako przydatną w codziennym życiu (publikacje na ten temat a nawet warsztaty etyki stoickiej). Podsumowując: postawione w artykule tezy wymagają solidniejszej argumentacji, w tym oparcia o bogatszą literaturę przedmiotu.

Nie(ch) spotkają się nasze światy! Doświadczenie moralne

wobec roszczeń profesjonalnej etyki


[artykuł jak wyżej zatytułowany, a zamieszczony poniżej, w oryginale zawiera 29 przypisów (w tym 6 do WEZ) obejmujących 17 pozycji bibliograficznych (w tym 3 WEZ) - ze względów opisanych tutaj: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2017/05/z-mojego-listu-do-redaktora.html, nie znalazł uznania recenzentów i dotychczas nie był publikowany]



We wrześniu 2014 roku miałem przyjemność uczestniczenia w konferencji zatytułowanej „Moralność – między teorią a światem przeżywanym”, a zorganizowanej w Instytucie Filozofii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu [przypis]. Poniżej prezentuję rozwiniętą wersję referatu, który wówczas przedstawiłem zebranym. Całość ujmuję w ramy trzech kolejno następujących po sobie części: Pierwsza służy nakreśleniu perspektywy autora. Wszak formułuję te uwagi z określonego miejsca podmiotowo doświadczanej czasoprzestrzeni, z określonego miejsca własnej biografii. Miejsce to naznacza charakter mojej wypowiedzi, a deklaracja jego ważności zapewne już na wstępie drażni swą bezpośredniością. Druga część wypowiedzi to próba obiektywizacji przedmiotu analizy – ma służyć względnemu oczyszczeniu treści tu przywoływanych z nadmiaru egotycznych ujęć. Część trzecia ma charakter postulatywny – reasumując uwagi wcześniej poczynione, nadaje tytułowi całości postać wykrzyknikową.


Perspektywa autora

Na liście tematycznych obszarów Konferencji [przypis] szczególnie trzy punkty wydały się bliskie mojemu doświadczeniu i zainteresowaniu: punkt mówiący o praktyczności jako, być może, zagubionym wymiarze etyki filozoficznej; punkt wskazujący napięcie między teorią moralności a moralną praktyką, i punkt stawiający doświadczenie moralne niejako naprzeciw doświadczeniu moralności. W ten splot obszarów celują uwagi poczynione niżej. Z jakiej perspektywy je formułuję? Już na wstępie odpowiadam na to pytanie, by oszczędzić Czytelnikowi ewentualnych późniejszych rozczarowań.

Otóż, piszę z perspektywy raczej praktyka-dydatyka [przypis] niż badacza-laboranta. Przywiązany obowiązkami dydaktycznymi i funkcyjno-organizacyjnymi do praktycznego działania, nie mam komfortu spokojnego, „przybiurkowego” studiowania przedmiotowej literatury [przypis], wyszarpuję co najwyżej jej wybrane fragmenty. Mimo trudności, staram się jednak faktycznie uprawiać filozofię praktyczną, ale nie mam innej możliwości takowej uprawy niż ta realizowana w bezpośrednim związku z codziennym działaniem. Wobec powyższego bliżej mi zatem do filozofii – a w niej: etyki – rozumianej jako forma intelektualnej, kulturalnej lub społecznej aktywności twórczej [przypis do WEZ], niż do filozofii uprawianej pod naukowym, czy wręcz szkolnym pręgierzem warsztatowych reguł właściwego, zdaniem niektórych, jej wykonywania. Przez to jednak w nomenklaturze akademickiej kwalifikuję się raczej, przynajmniej zdaniem owych niektórych, do miana naukowego ignoranta, czyli takiego – cytuję tu konkretną wypowiedź skierowaną pod moim adresem – co to „po prostu nie rozumie tego, czym jest filozofia jako profesja”, i który może i „nosi w plecaku filozoficzną buławę, ale nie […] rozumie, że to niekoniecznie wystarcza do refleksji przekraczającej zwyczajną amatorszczyznę” [przypis do WEZ].

Rozpatrując w tym miejscu przytoczoną „recenzję”, po pierwsze, zaryzykuję twierdzenie, że mimo akademickiej aktywności niemałego przecież grona profesjonalnych filozofów na społecznym podwórku, większość nienależących do tego grona użytkowników tekstów filozoficznych – jeżeli w ogóle po takowe sięga – musi radzić sobie z nimi po amatorsku. Pierwszych satysfakcjonuje bowiem dyskusja przede wszystkim we własnym gronie, czemu zresztą trudno się dziwić, jeśli za istotny komponent rzeczowej dysputy uznamy predefiniowane kompetencje interlokutora. Drugich zaś nie zraża chyba własna w tym względzie amatorszczyzna – filozoficzny profesjonalizm, w kształcie przez fachowców czasem wręcz celebrowanym [przypis do WEZ], nie jest im bowiem do niczego potrzebny. Zauważyć przy tym warto, że pytanie o relacje między filozofią praktyczną jako teoretyczną dyscypliną nauki a filozofią praktyczną jako formą działania, oraz pytanie o warunki i kryteria uprawiania każdej z tych filozofii, są zagadnieniami o nie tylko teoretycznym znaczeniu.

Po drugie, nie mniej bezpośrednio napiszę – narażając się niewątpliwie na ponowną krytykę, tudzież, jako ów natrętny amator, na zbywanie milczeniem – że profesjonalna filozofia w kształcie wyżej sugerowanym interesuje mnie nie bardziej niż jakakolwiek inna dyscyplina nauki. Doskonale przecież rozumiem, że filozofia może być i jest uprawiana naukowo, i że ona sama za zinstytucjonalizowaną naukę może być uznawana i, jako taka, rozwijana. Niewątpliwie ta jej postać jest zasobna i fascynująca. Znacznie bardziej jednak interesuje mnie filozofia uprawiana praktycznie, życiowo i mądrościowo. Dlaczego? Bo to jest filozofia człowieka działającego we własnym świecie życia z całym bagażem jego codziennych ułomności. Jako taka zaś, podobnie jak człowiek jako taki i życie jako takie, jest owa filozofia czymś bardziej elementarnym od jej projekcji teoretycznych i ich późniejszych systematyzacji. Na tym założeniu opieram dalsze uwagi oraz możliwie przystępny dydaktycznie sposób ich wyrażania. Zatem, jeśli dla Czytelnika takowe jest nie do przyjęcia, chyba nie ma sensu ich dalsza lektura. W tym miejscu dodam jedynie, że uprawianie tak rozumianej filozofii widzę podobnie, jak opisane niegdyś przez Stanisława Ossowskiego uprawianie humanistycznej socjologii. To uprawianie jej niejako w dawnym stylu, uwzględnianie przy tym różnych ścieżek poznawczych i korzystanie w badaniach z materiałów różnorodnych – także tych, które nie podporządkowują się ścisłym racjonalnym i empirycznym kryteriom reprezentatywności, i które nie są znaczone walorem bezpośredniej aktualności. To wreszcie korzystanie z doświadczenia własnego, także wewnętrznego, które służyć może trafniejszemu interpretowaniu i lepszemu rozumieniu wypowiedzi i poczynań innych osób, uczestników życia społecznego [przypis].


Przedmiot analizy

Określiwszy podmiotową perspektywę własnej wypowiedzi, chciałbym teraz – przechodząc do drugiej jej części – możliwie najprościej i najpełniej przybliżyć jej przedmiot. Otóż, przedmiotem kolejnych uwag, ujmując go możliwie najogólniej, jest podmiotowe doświadczanie moralności i etyczne narzędzia oglądu tego doświadczania. Celowo piszę tu o doświadczaniu, czyli o jakimś procesie, a nie o doświadczeniu, które należałoby rozumieć jako czegoś zasób. Zakładam bowiem, że znamieniem moralności, jako tego, co rozpoznawane gdzieś między teorią a światem przeżywanym – by nawiązać do tytułu wspomnianej konferencji – jest raczej działanie niż stan. Stan wymagałby jedynie skonstruowania etycznej obudowy, działanie zaś również po stronie etyki wymaga dynamicznej asysty – gdy takowej brakuje, moralność etyce faktycznie ucieka. Moralna praktyka i etyczna teoria, ujęte w świetle takowych założeń – a innymi słowy: doświadczenie moralne i profesjonalna etyka – są blisko siebie i daleko zarazem: statyczna bliskość obu wymienionych światów jakoś idzie tu w parze z ich wzajemnym dynamicznym dystansem.

Dowód? No, chociażby taki, że – jak uczy doświadczenie i jakkolwiek romantycznie by to jego ujęcie nie brzmiało [przypis] – szerokość etycznych horyzontów nie wyklucza moralnej ciasnoty [przypis do WEZ]. A wyrazem takowej jest nie tylko faktycznie nierzadka bezradność etycznie kompetentnego podmiotu w działaniu moralnie jakoś kłopotliwym, ale także, a może przede wszystkim, częsta niezdolność takowego podmiotu do uznania definiowanej przezeń niekompetencji innego lub innych podmiotów za faktyczną podstawę – i uprawomocnienie – ich moralnego działania. Powyższe może być jednak nie dość jasne lub przekonujące, przyjrzyjmy się więc przedmiotowej kwestii w większym przybliżeniu. W tym celu sięgam najpierw do słownika języka polskiego – umyślnie w jego dawniejszym wydaniu.

Kochać kogoś jak psy dziada w ciasnej ulicy – oto słownikowa ilustracja pojęcia i problemu ciasnoty, na razie jedynie ogólnie ujętej [przypis]. Ciasno, bez dostatecznej wolnej przestrzeni, można zatem odnosić się do innych, patrzeć na świat, pojmować, rozumieć. Ciasne mogą być horyzonty, ciasny bywa też światopogląd. Ciasne spojrzenie nie obejmuje całej treści przedmiotu oglądu – całego zagadnienia, jakie ów przedmiot stanowi [przypis]. Czym natomiast jest niekompetencja? Oczywiście jest zaprzeczeniem, brakiem kompetencji, a więc określonej jakoś kwalifikacji do wydawania sądów, opinii, ocen, do podejmowania stosownych decyzji [przypis]. Odnotujmy teraz, że ciasnota w pierwszym rzędzie jest treścią doświadczenia, niekompetencja zaś – najpierw pochodną definicji tego, czemu zdaje się przeczyć. I oto rysuje się nam następujący obraz możliwej sytuacji moralnie problemowej: etycznie kompetentny podmiot spotyka kogoś, komu analogicznej kompetencji faktycznie brakuje – wyraz dysproporcji rysuje się w rozmowie [przypis]. Horyzonty pierwszego zdają się szerokie, ale drugi doświadcza tego, że w nich się nie mieści – niczym ów dziad z przytoczonego porzekadła, z całą swą kompetencyjną małością i arogancją aktywnego samostanowienia zdaje się być jedną z tych rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Sprawia coś, co żadną kompetentnie uznaną miarą nie powinno się ziścić. Ciasnota moralna w sensie tu proponowanym, to zatem przypadłość niezależna od kompetencyjnej platformy jej definiowania – cechuje każdego, kto w granicach swej refleksji i społecznie aktywnej postawy nie mieści możliwości uznania za wyższe racji podmiotu niższego wedle własnej hierarchii.

Powracając teraz do wskazanego wyżej uogólnionego przedmiotu analizy – podmiotowego doświadczania moralności i etycznych narzędzi jego oglądu – kieruję uwagę w stronę tego miejsca uniwersum, które można chyba trafnie objąć pojęciem moralnej mikroskali i którego wyodrębnienie pozwala na pierwszym planie etycznej analizy utrzymywać moralny podmiot – człowieka działającego zawsze w jakiejś określonej dla niego sytuacji, która nieraz bywa sytuacją moralnie problemową. Napisałem już w innym miejscu, że ta mikrospołeczna perspektywa refleksji umożliwia uchwycenie tego, co w socjologicznym opisie traktowane jest nieraz, jako „prywatny świat zadomowienia” podmiotu, stanowiący dla jego doświadczenia swoiste „znaczeniowe centrum organizacji”. Ujęty w szerszym spektrum analitycznym, ów świat zadomowienia jawi się więc, jako swego rodzaju bufor, ogranicznik wpływów makrospołecznego otoczenia podmiotu. Z kolei sytuacja moralnie problemowa może zaistnieć również mimo braku obiektywnych przesłanek jej wystąpienia. Właśnie dlatego, że, jako taka, stanowi przede wszystkim element doświadczenia podmiotowego. Etyka, określając zatem jakości moralnej praktyki według jedynie własnych, kompetentnych systematyzacji, może minąć się z moralnym doświadczeniem, jeśli nie uwzględni sposobu, w jaki staje się ono udziałem działającego podmiotu – nieznającego takowych lub wprost ignorującego wspomniane systematyzacje, a borykającego się przecież z moralnym konkretem własnej sytuacji [przypis do WEZ].

Powyższe implikuje twierdzenie, że wiedza danego podmiotu na temat samego faktu sytuacyjnego uwarunkowania jego działania, daje mu podstawę wartościowania podejmowanych decyzji, bez konieczności legitymowania się teoretycznie pogłębioną definicją doświadczanej sytuacji. Innymi słowy zasadnie rzec można, że (a) działający człowiek podejmuje moralnie istotne – na miarę swojej sytuacji – decyzje i działania także mimo braku kompetencji etycznych, i chyba nie mniej zasadnie, że (b) brak ów nie stanowi rozstrzygającego kryterium przy ocenie moralnej wartości tych decyzji i działań.

Tymczasem o etyce nie bez racji przecież napisano, że jest ona miejscem sporów i kontrowersji o dużym nasileniu i głębokości; i że sięgają owe kontrowersje i spory „rozumienia podstawowych terminów wyznaczających obszar jej badań” – nie dziwota więc, że każdy filozof moralności podejmuje zadanie definiowania podstawowych pojęć etycznych niejako od nowa [przypis]. I w tym miejscu pojawia się pytanie następujące: Czy pełen takich ambicji etyk ma powód do intelektualnego „spot(y)kania się” z kimś takim, jak ów wcześniej wskazany, czyli z owym etycznie niekompetentnym podmiotem? Czy ma powód spotykania się z nim – jako etyk właśnie – skoro wiadomo skądinąd, że jego, czyli tegoż etyka głęboka i dalekosiężna kompetencja nie odegra w tym spotkaniu pierwszorzędnej roli?

Otóż sądzę, ba: widzę!, że wielu etyków ze wskazanego względu takiego powodu właśnie nie znajduje i w efekcie takiego spot(y)kania nie podejmuje. Trudno jednak przy tym nie zauważyć, że wzgląd ów leży przecież nie po stronie przedmiotu ich możliwej refleksji, ale po stronie zakładanych warunków sensownego jej uprawiania – przedmiot możliwego namysłu jest preliminowany na etapie kwalifikowania kompetencji zgłaszającego go [przypis] interlokutora i staje się takowym, o ile kompetencje zostają uznane za wystarczające. Taki zaś charakter postępowań, jeśli faktycznie ma miejsce, ukazuje praktyczny rozdźwięk między moralną praktyką a etyczną teorią, będący konsekwencją selektywnego ujmowania pierwszej przez drugą.

Zdaję sobie sprawę, że powyższa konkluzja rozmaicie może być traktowana. Nic nowego – ktoś powie – przecież każdorazowo czym innym jest teoretyczny namysł, a czym innym jego wyodrębniony obiekt. Owszem, mnie jednak – właśnie ze względu na to, co jest rzeczonej konkluzji przedmiotem, ale bez względu na to, czy ktoś przyzna mi rację – skłania ona do zgłoszenia pierwszego postulatu, których więcej pojawi się w trzeciej części artykułu. Jest to postulat następujący, wyrażam go perswazyjnie zdaniem oznajmującym: spotkanie świata profesjonalnej etyki ze światem moralnej prozy, wymaga większej pokory tego pierwszego niż kompetencji tego drugiego.

Obrazując tak formułowany wymóg, przyrównałbym etyka do dobrego lekarza – takiego, który przy stawianiu diagnozy znosić jakoś musi „mądrości” pacjenta oczytanego w medycznej encyklopedii, ale który zarazem otwarty jest na to, by się odeń czegoś nauczyć; zapewne nie tyle w zakresie medycznej teorii, ile w zakresie praktycznego doświadczania i znoszenia choroby. Lekarz dostrzega jednak dość ścisły związek własnej pokory – wobec osób mniej od niego kompetentnych – z wykonywaną przez siebie pracą; ma ją wszak właśnie dzięki owym nieraz przemądrzałym pacjentom. Tymczasem niejeden skupiony na sobie etyk wciąż dostaje pensję głosząc wykłady do niemal pustej sali – jego kwalifikacja i uprawnienie jej wykorzystywania nie zależą od tych, na których temat i wobec których się wypowiada; nie podlegają społecznemu sprawdzianowi własnej użyteczności.

Oczywiście mam świadomość dokonywanych tą drogą uproszczeń i zapewne też prowokacji. Są one jednak nieprzypadkowe. Artykuł niniejszy stanowi przecież empirycznie zorientowane – znaczone codziennym kontaktem ze studentami i innymi rozmówcami przeżywającymi jakoś własną moralność i stosunek do poznawanej etyki – doniesienie ze świata życia jego autora i z jego własnej nad tym światem refleksji, i jako taki jest zaproszeniem zainteresowanych do spotkania się także z tym światem. Nie dziwota więc, że w swej formie trąci rysem moralistycznym, a jego cel jest nie wyłącznie poznawczy, ale także w możliwym zakresie dydaktyczny [przypis]. To ostatnie wskazanie, aby nie okazać się tu danym na wyrost, wymaga teraz stosownego zinwentaryzowania i syntetycznego wyrażenia treści zapisanych powyżej.

Mamy oto kilka powiązań, doświadczanie moralności zderza się w praktyce z etycznymi narzędziami jego oglądu. W jego wyniku lokowana w horyzoncie etycznym refleksja nad kompetencjami moralnymi podmiotu działającego dawać może obraz dwojako asymetryczny: z jednej strony kompetencja wskazywana jest tam, gdzie jako taką definiuje ją profesjonalnie pracujący etyk, z drugiej strony zaś, działający po swojemu podmiot doświadcza ciasnoty etycznego horyzontu, w którym nie mieści się zgoda na moralną prawomocność jego „niekompetentnego” działania. Efektem jest rozstanie etycznej teorii z moralną praktyką tudzież brak widoków na symetryczne ich powiązanie. Niewykluczone jednak, że pułapka tkwi w aspiracjach. Moralna mikroskala – i sytuacja moralnie problemowa doświadczana w jej ramach – wskazywana jest przeze mnie, jako miejsce aspiracji etycznie ograniczonych, miejsce ekspozycji realizowalnych postulatów, miejsce możliwego, twórczego spotkania pokory podmiotu etycznie kompetentnego z niedoskonałością podmiotu moralnie działającego; ze wskazaniem na większe oczekiwania, zasadnie kierowane pod adresem pierwszego.


Postulaty

Potrzeba pokory wobec niekompetencji – to zatem pierwszy, wyżej zgłoszony przeze mnie, a tu skrótowo przypomniany postulat, którego spełnianie w działaniu wydaje się być warunkiem zbliżania światów doświadczenia moralnego i profesjonalnej etyki. Jest to postulat kłopotliwy, bo zdaje się na głowie stawiać tradycyjną hierarchię, w której wyżej stoi „wiedzący lepiej”. A może kłopotliwy jeszcze bardziej jest przez to, że hierarchii podmiotów po prostu nie zakłada. Tam bowiem, gdzie toczy się życie, naturalne, bytowe pierwszeństwo ma moralne działanie – z taką jego normatywną wykładnią, jaką przyjmuje sam z konieczności działający podmiot. Teoretyk, który „wie lepiej”, ale działać nie musi, o ile trudu działania na choćby intelektualne barki nie bierze, pozostaje widzem praktycznie, a więc moralnie bezużytecznym [przypis]. Jego wyjaśnienia złożoności doświadczenia moralnego, o ile się takowych podejmie – jakkolwiek głębokie i systematyczne – dają cokolwiek jedynie podobnym do niego etykom.

Z powyższym wiąże się postulat kolejny, zapewne nie mniej romantyczny. Pierwszoplanowym obiektem i adresatem etycznego namysłu winien być zawsze człowiek działający – nie człowiek ogólny, teoretyczny konstrukt, nie struktura relacji, język dyskursu i tym podobne, ale konkretny podmiot moralny, ulokowany w określonym miejscu społecznej czasoprzestrzeni, widzianej jego własnymi oczyma i po swojemu przezeń definiowanej. Owszem, ten postulat radykalnie ogranicza aspiracje etycznego namysłu – ale przecież nie mam złudzeń, że ochoczo będzie przyjęty. O ile łatwiej bowiem zajmować się tym, co nie patrzy w oczy i co nie zapyta: „co zrobiłbyś na moim miejscu?”. Ja chciałbym jednak, aby świat profesjonalnej etyki i zwyczajnej doli moralnej czerpały częściej i głębiej ze wzajemnych spotkań, dokonujących się na mikrospołecznym poziomie społecznych relacji, czyli na poziomie owych miejsc sokratejskich – miejsc sensownej rozmowy o sprawach elementarnych, wspólnie ważnych dla rozmawiających.

Powyższymi słowy zabiegam więc o to, aby profesjonalna etyka nie odwracała się od moralnej prozy i poszukiwała adekwatnej dla niej filozofii praktycznej – filozofii małej małością jej przedmiotu. Ta małość codziennego moralnego doświadczenia ma bowiem, w moim przekonaniu, znamiona uniwersalne, a profesjonalna wielkość problemów etyki – już pisałem – „zbyt często sprawia wrażenie sztucznie wyhodowanej między okładkami specjalistycznych czasopism” [przypis do WEZ]. Postuluję zatem, aby profesjonalna etyka zabiegała o swoją faktyczną praktyczność – aby pomagała działającemu człowiekowi dostrzegać konkret moralnych aspektów jego doświadczenia. Takiego waloru edukacyjnego nie osiągnie ogólnikami i sterylnym dystansem – musi mieć czas na wysłuchanie także moralnego banału, który w swym pojęciu zna już doskonale, ale który nieraz dopiero odkrywany jest przez doświadczający go podmiot. Konieczne jest przy tym, aby szanowała ludzką słabość i pomagała człowiekowi ją przezwyciężać – aby pomagała mu budować moralne relacje.

Zdaję sobie sprawę, że ten „koncert życzeń”, kierowanych pod adresem etyki może być nieznośny dla filozofa-fachowca, skrupulanta, który doskonale wie, gdzie jest filozofia, a gdzie co najwyżej literatura [przypis]. Ale uprzedzałem wcześniej, że artykuł niniejszy cechuje się nieprzypadkową swobodą wypowiedzi, niesioną dominacją doświadczeń autora i ograniczeniem zakresu jego aspiracji. Jeśli więc irytuje czyniony tu wywód, niechże radzi sobie z nim po swojemu ten, kto go jeszcze tu czyta. To wtrącenie jest zaś umyślne – postuluję bowiem, aby etyka była także autorska, aby była raczej pisaniem normatywnej opowieści o działaniu moralnym niż sprawozdawaniem jedynie obiektywnej wiedzy o ustaleniach poczynionych w tym względzie dotychczas. Jeśli będzie dla odbiorcy jasne, że jest ona przez konkretnego człowieka w określonym świecie jego życia pisana, cechowana niezamknięciem w swej jedynie spekulatywnej argumentacji lub naukowej sprawozdawczości, to też większa będzie szansa na to, że spotka się ona z faktycznym światem życia potencjalnego jej adresata. Jeśli też prawdą jest, że spotkań pożądają ludzie siebie jakoś ciekawi, to i prawdą jest chyba, że niezafałszowana wzajemna siebie ciekawość jest warunkiem spotkania profesjonalnej etyki i moralnego doświadczenia, jako jej podstawy. I nie trzeba chyba powtarzać, że etyk ma w przedmiotowej relacji więcej niż nieprofesjonalista do zrobienia, aby faktycznie zaciekawić tego, o którym lub o którego moralnym świecie tak ochoczo uczenie rozprawia.

Jest chyba takie miejsce stałe wewnętrznego doświadczenia moralnego [przypis], w którym człowiek uświadamia sobie własną zwierzęcość, biologiczną ograniczoność, i w którym pyta między innymi o sens własnej tego świadomości. Jeśli sens takowy istnieje, to właśnie etyka, jako filozofia praktyczna, winna pomagać człowiekowi w jego codziennym rozpoznawaniu. Jednak, aby móc rozumieć i wyrażać związane także z ową ograniczonością ludzkie cierpienie – którego moralne przeżywanie, jak napisano, nieraz staje się jedyną bronią, jaką prawda i miłość mają w walce z kłamstwem i przemocą [przypis] – etyka powinna być zawsze blisko człowieka. Nie może gonić za abstrakcjami i pozwalać się im uwodzić – powinna traktować je instrumentalnie, używać jako narzędzi, pomagających czytać podmiotowe doświadczenie moralne. Będąc blisko człowieka zyskuje wiarygodność i jego przychylność.

Owszem, tego wszystkiego zapewne nie da się zrobić bez jakichś etycznych strat. Ale myślę, że większe i ważniejsze są straty moralne – powodowane skupianiem się etyki, jeśli takowe ma miejsce, na przeglądaniu w zwierciadle jej własnych teorii i niedostatecznym testowaniu ich w bezpośrednim kontakcie z doświadczeniem moralnym.


*

Uwagi wyrażone powyżej zapisałem w częściach zatytułowanych kolejno: perspektywa autora, przedmiot analizy, postulaty. Jednak zdaję sobie sprawę, że można by skwitować je ironicznie, wytykając im nadmierny dydaktyzm i tytułując odpowiednio: informacja o sobie, próba analizy i pobożne życzenia albo manifest. Podstawowa wątpliwość, jaką tu zapewne można postawić [przypis], funkcjonuje w powiedzeniu już obiegowym: Ornitolog nie musi umieć latać, aby być ornitologiem. Stosowane w rozmaitych kontekstach przedmiotowych [przypis], tu ma sens dostatecznie czytelny – przypomina o zasadniczej różnicy między moralnością i etyką; przypomina o tym, że etyk, znawca moralnej problematyki, nie musi być wzorem moralnej postawy, podobnie jak drogowskaz, nie idzie, nie musi iść drogą, którą wskazuje.

Oczywiście w żadnym stopniu powyższego nie lekceważę. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie, które w moim przekonaniu lokują etyka w sytuacji szczególnej i nie pozwalają na łatwe stawianie go w szeregu innych „ornitologów”. Po pierwsze, jego namysł i jego badania – o ile czyniąc je pozostaje filozofem [przypis] – odnoszą się aspiracyjnie do tego, co ostatecznie jest lub powinno być wspólne dla wszystkich moralnych podmiotów działania objętego etycznym namysłem. Tymczasem analogiczne postępowanie przedstawicieli innych profesji pod tym względem jest ograniczone do jedynie tych adresatów i rodzajów spraw, które danej profesji bezpośrednio odpowiadają. Innymi słowy, doświadczenie moralne – jako takie znane wszystkim moralnym podmiotom, zarówno etykom, zajmującym się nim teoretycznie, jak i niezainteresowanym jego teorią praktykom – będąc doświadczeniem elementarnie uniwersalnym istotnie różni się od doświadczenia chociażby sportowego, biznesowego, czy pedagogicznego [przypis], znanego tylko niektórym teoretykom i praktykom, wzajemnie sobą i nim powiązanym. Po drugie, docelową właściwością etyka jest wypowiadanie się normatywne, preparujące zaistnienie pożądanych stanów rzeczy na moralnym polu – wszak nie ogranicza się on do tego, by jedynie porządkować strukturę stosowanych pojęć i semantycznie dookreślać jej elementy, ale szuka słusznej miary postępowania i właściwej jej formy wyrazu [przypis]. Aspiruje więc do jakiegoś kształtowania świata także tych, którzy – jak wyżej wspomniano – nie będąc nim zainteresowani, muszą jednak rozwiązywać moralne problemy. Kierowane zatem pod adresem etyka oczekiwanie, by nie zamykał się w świecie własnych teorii, ale otwierał także na świat ich praktycznych zaprzeczeń, nie jest równoznaczne z oczekiwaniem jego osobistej doskonałości moralnej. Etyk-ornitolog nie musi umieć latać jak ptak, powinien jednak czynić wszystko, co poznawczo możliwe, aby trud latania lepiej rozumieć. Tego zaś nie osiągnie bez moralnego kontaktu z ciężarem ptasiej doli.

Kończąc niniejszą wypowiedź i nie przesądzając, komu z nas bliżej jest do oglądu praktycznej, a komu teoretycznej strony doświadczenia moralnego, wyrażam tytułowe życzenie, aby (częściej) spot(y)kały się światy moralności i etyki – nie tylko na stronach poświęcanych im rozpraw. I wyrażam obawę, że spotkania nie będzie, jeśli pierwszego kroku nie zrobią uczeni. Słusznie przecież napisano, że ludzie nieraz „zachowują się tak, jakby lepiej znali winę innych ludzi niż własną”, bo też niewątpliwie częściej niż własną, zajmują się winą cudzą [przypis]… Niech więc szerokość etycznych horyzontów nie zwiedzie tych, którzy nimi dysponują, i niech źródła problemów moralnych pozwoli dostrzec także w bezpośrednim pobliżu ich profesjonalnych ujęć.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dać innym siebie …zużyć

Chyba dość dobrze znany chrześcijanom – wszakże często przypominany – jest ten werset z Drugiego Listu do Tymoteusza, w którym św. Paweł podsumowuje: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4, 7). Kontekst wiadomy: Apostoł przewiduje rychłą śmierć, ale wyraża też nadzieję życia wiecznego. Pisze: „Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4, 8). Rzec można: połączenie głębokiej wiary z racjonalnym podejściem do życia…

Zapewne również tymi św. Pawła słowami jakoś inspirowany, pozwoliłem sobie parę lat temu na zapisanie myśli następującej: Życie do zużycia – bieg chrześcijanina” (Aforystycznie, Kraków 2014, s. 51). Bez nadmiaru wzniosłości do tych słów nawiązując, a jednocześnie schodząc na chwilę z pokładu refleksyjnej wiary, rzec można, iż biegać – byle z głową na karku – warto, bo sport to przecież zdrowie, ale wyraz „zużywanie” chyba nieco tu drażni. A jeśli powiemy, jak w tytule, jeszcze dosadniej: „Dać innym siebie …zużyć” – to zabrzmią takie słowa chyba wręcz kłopotliwie.

Faktycznie, jeśli potraktujemy je dosłownie, odnosząc na przykład do prostytucji – także tej rozumianej szeroko (a więc na przykład politycznej) – i do uwłaczania jej drogą własnej godności, otrzymamy slogan wręcz sutenerski. (W tym miejscu warto przywołać słowa Marii Ossowskiej, badaczki moralności, która swego czasu tak kwestię godności formułowała: „Ma godność ten, kto umie bronić pewnych uznanych przez siebie wartości, z których obroną związane jest jego poczucie własnej wartości i kto oczekuje z tego tytułu szacunku ze strony innych. Brak godności z kolei ujawnia ten, kto rezygnując z takiej wartości sam siebie poniża lub daje się poniżać dla osiągnięcia jakichś osobistych korzyści”). Ale jeśli na dawanie siebie innym, aż do zużycia, spojrzymy szerzej?…

Poza oczywistym w chrześcijańskim kontekście przykładem życia i śmierci Jezusa na krzyżu, na myśl przychodzą Jego pouczenia z Kazania na Górze (zob. Mt 5, 1 – 7, 29; Łk 6, 17-49), stanowiące swoisty kodeks chrześcijańskiej etyki:

Bądź miłosierny wobec bliźniego i wprowadzaj pokój do życia z innymi; dąż do zgody ze swoim przeciwnikiem i do pojednania z tym, który może coś mieć przeciw tobie, a dopiero na takim podłożu moralnym dbaj o wypełnianie praktyk religijnych; miłuj bliźniego, nawet swego nieprzyjaciela; czyń dobrze nawet temu, kto cię nienawidzi; błogosław nawet temu, kto ciebie przeklina, i módl się także za tego, kto ciebie oczernia lub wprost prześladuje. Nie odwracaj się od tego, kto potrzebuje twojej pomocy. Ale gdy pomagasz, „niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”, a gdy się modlisz, niech wystarczy, że usłyszy ciebie tylko Pan Bóg. I nie troszcz się zbytnio o jutro, bo przecież „dosyć ma dzień swojej biedy”, więc ten jutrzejszy dzień niewątpliwie także sam o siebie troszczyć się będzie. Bądź dobrym człowiekiem i z dobrego skarbca swego serca wydobywaj dobro. Ale zabiegaj przy tym o sprawiedliwość, nawet kosztem własnego cierpienia. Nie ukrywaj swego światła przed ludźmi i bądź jednoznaczny – mów: „Tak, tak; nie, nie”; bo co nadto jest, od Złego pochodzi… Czyń to wszystko, a zużyjesz się dla bliźnich i przez nich zostaniesz zużyty; oni zaś prawdopodobnie nawet tego nie zauważą…

Jakże trudno tę konkluzję – prowokacyjnie dodaną do przypomnienia Jezusowych pouczeń – pogodzić z przemożną chęcią bycia zauważonym, trawiącą współczesnego człowieka, a manifestującą się na polach rozmaitych; może najwyraźniej w świecie wirtualnym. Jakże trudno pogodzić ją także z wymaganiem stawianym współczesnemu człowiekowi przez rozmaite instytucje społeczne, które miarę jego wartości upatrują chociażby w stopniu jego publicznej rozpoznawalności. Wobec takich wymagań i chęci, których spełnienie wymaga zwykle intensywnej pracy, Chrystusowy sposób na życie jawi się, jako wręcz szkodliwy – stosowany, zdaje się bowiem marnować czas pozwalający człowiekowi na jego samorozwój i na używanie życia; zdaje się zużywać ów czas na czynienie dobra innym ludziom, co do których zasadne jest przewidywanie, że to otrzymywane dobro uznają za im zwyczajnie należne…

Jednak nie ma w tym niezauważanym zużywaniu siebie dla innych i przez nich byciu zużywanym niczego szczególnie nowego. Kiedyś pewien Człowiek modlił się w Ogrójcu, niezauważony w swojej trosce przez tych, którzy spali (Mt 26, 36-46), a potem, gdy już zużył się całkowicie, doszedłszy kresu swoich ziemskich starań, po prostu umarł na krzyżu – tak, jakby to było zwyczajnie należne Jego prześladowcom…

[Wojciech E. Zieliński, Dać innym siebie …zużyć, "Na Rozstajach", 2017, nr 4 (301), s. 9.]

poniedziałek, 27 marca 2017

O twórczości zwanej naiwną

Dnia 1 stycznia 2017 roku w Warszawie, w wieku niemal 97 lat zmarł Aleksander Jackowski – humanista, antropolog kultury, etnograf i historyk sztuki, wieloletni redaktor naczelny pisma „Polska Sztuka Ludowa” (od 1990 roku wydawanego w tematycznie rozszerzonej formule pod tytułem „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa”). Należał do grona najwybitniejszych w Europie znawców sztuki nieprofesjonalnej i tzw. Art Brut, sztuki marginesu. Przyczynił się między innymi do odkrycia artystycznego talentu słynnego później Nikifora Krynickiego.

Do Aleksandra Jackowskiego, a ściślej do niektórych jego prac, wypowiedzi itp. dotarłem przez mojego tatę, Edmunda Zielińskiego, twórcę rzeźbiącego w drewnie, malującego na szkle i płótnie, piszącego na papierze i w komputerze, aktywnie działającego etnograficznie, organizacyjnie i dydaktycznie na polu kultury ludowej i innej. Pamiętam, że jakimś materialnym pośrednikiem w tym docieraniu do prac Jackowskiego stała się, zdjęta z rodzinnej półki, książka Andrzeja Banacha pt. Ociepka, poświęcona postaci i twórczości Teofila Ociepki, jednego z najbardziej znanych – obok wyżej wspomnianego Nikifora – tzw. malarzy prymitywistów. Jeśli okoliczności pozwolą, innym razem napiszę o nim więcej, tu chciałbym przywołać tylko jeden cytat z książki Banacha, który doskonale koresponduje z dalszą częścią niniejszego wspomnienia:

Ociepka „był nadwrażliwy, widział więcej, czuł dotkliwiej, a przede wszystkim znał więcej różnic między przedmiotami niż normalni ludzie. Nadwrażliwość jest cechą konieczną, choć niewystarczającą u każdego twórcy; jest bliska choroby, histerii, pisano o tym wiele przy okazji schizofrenii. Ludzie nadwrażliwi, skłonni do histerii i neurastenii, są zwykle niemożliwi w życiu codziennym. Ociepkę od histerii ratował łagodny pesymizm osobisty, ale optymizm w sztuce. Cecha niezwykle cenna u artysty, który swoimi dziełami może ratować ludzi z rozpaczy” (A. Banach, Ociepka, Warszawa 1988, s. 114-115).

Z wypowiedzi Aleksandra Jackowskiego chciałbym tu przywołać – do refleksji – trzy cytaty, traktujące kolejno o twórcach nieprofesjonalnych, twórczości i naiwności. Autor pisał: (1) Twórcy nieprofesjonalni „tworzą, jak czują, nie skrępowani myślą (która tak waży na sztuce profesjonalnej), że teraz się tak a tak maluje, to uznaje za dobre, a tamto za anachroniczne. Każdy z nich jest sobą, w pełnym sensie tego słowa”; (2) „Twórczość to nie tylko sprawa estetyki, a sztuką może być nie tylko obraz, lecz i kształt życia. Jednak najważniejszym, często występującym motywem tworzenia jest potrzeba zostawienia śladu po sobie”; (3) „Naiwność bywa […] głupia, drażniąca. Choćby naiwność polityka albo biznesmena. Ale jest też naiwność, i o nią tu chodzi, która jest obroną czystości, liryzmem, czułością, dziecięcym zachwytem pięknem świata, przekonaniem, iż wiara przenosi góry. Chciałbym tę naiwność postawić w rzędzie takich pojęć, jak nadzieja, miłość, dobro, szlachetność”

Te trzy przywołania pochodzą z książki Jackowskiego zatytułowanej Sztuka zwana naiwną. Zarys encyklopedyczny twórczości w Polsce (Warszawa 1995). Kilkanaście lat po jej wydaniu, w programie TVP Historia „Notacje historyczne”, autor wspominał, że to jedyna naprawdę ważna książka, jaką napisał w życiu. To książka o ludziach różnych, których łączyło to, że byli autentycznymi twórcami; w większości nieznanymi szerszym kręgom odbiorców, zwłaszcza sztuki profesjonalnej. Każdy z bohaterów tej książki miał własną osobowość i własną wiarę w sens swojej pracy, silną wewnętrzną potrzebę tworzenia, wręcz mus gestu artystycznego; zarazem nie podlegał bieżącemu stylowi i modom, pracował niezniszczony przez szkoły i akademie…

O sobie również Jackowski we wspomnianej książce pisał wymownie: To „przypadek zadecydował, że zająłem się sztuką, nazwijmy to ogólnie – nieprofesjonalną. Ale przypadki zadziwiająco często mają swoją logikę. Był początek lat pięćdziesiątych, zajmowałem się krytyką artystyczną, socjologią sztuki. Okazało się jednak, że piszę nie tak i nie to, co «trzeba». Szukałem więc dziedziny, w której będę mógł robić coś z sensem i bez przeszkód. Niech pan się zajmie sztuką ludową – zaproponował mój szef w Instytucie Sztuki, prof. Juliusz Starzyński. No to się zająłem”. A po latach, pytany w TVP Historia o własną profesję, Jackowski przyznawał, że trudno mu jednoznacznie ją zdefiniować: „Naukowiec? Artysta? Socjolog? Teraz ja mówię o sobie «antropolog», bo to nic nie znaczy, bo to jest takie słowo, w którym można wszystko zobaczyć gdzieś potem. Ale w gruncie rzeczy – człowiek, który szuka, który stara się umieć widzieć”…

Postać Aleksandra Jackowskiego i elementy twórczości nieprofesjonalnej bohaterów jego prac nieraz przywołuję w ramach moich zajęć ze studentami. Ukazują one wyraźny kontrast w stosunku do postaw i wytworów tych, których można spotkać w środowisku akademickim; tych, którzy wszystko wiedzą, rozumiejąc niewiele…

[Wojciech E. Zieliński, O twórczości zwanej naiwną, "Na Rozstajach", 2017, nr 3 (300), s. 12.]

wtorek, 28 lutego 2017

Parę myśli Bierdiajewa

„Mikołaj Bierdiajew (1874-1948) należy do grona najwybitniejszych filozofów pierwszej połowy XX wieku. Miejsce poczesne w systemie filozoficznym tego myśliciela urodzonego w Rosji, a zmarłego we Francji […], zajmuje antropologia o wyraźnie chrystologiczno-personalistycznym charakterze, odwołuje się ona bowiem do idei obrazu Bożego w człowieku”. Przytoczony cytat pochodzi ze Wstępu, autorstwa Zbigniewa Podgórca, autora wyboru i tłumacza myśli Bierdiajewa, zawartych w maleńkim tomiku zatytułowanym Okruchy twórczości (Wydawnictwo „Łuk”, Białystok 1993). Parę tych myśli – o Bogu i o człowieku, o religii i chrześcijaństwie, o dobru i o twórczości – przywołuję poniżej, opatrując je krótkimi komentarzami.

Chrześcijaństwo to nie tylko wiara w Boga, lecz również w człowieka, w możliwość odnalezienia w człowieku tego, co boskie” (s. 19). Można odczytać to zdanie między innymi, jako zachętę do spoglądania okiem wiary nie tylko w górę, ale także na boki – nie tylko w stronę boskiego Absolutu, ale także w stronę innych ludzi Tegoż poszukujących. Jak rozeznać to, czy szukanie jest szczere? Jak uniknąć rozczarowania zręcznością pozorantów, nierzadko przecież przyodzianych w rozmaite atrybuty religijności? Bierdiajew podpowiada: „Honor to obraz i podobieństwo Boga migocące w człowieku” (s. 9). Rzec można: wypatruj ludzi mających swój honor! – a ten przecież nie jest tożsamy ani z miejscem zajmowanym w hierarchii społecznej, ani z pełnioną w społeczności rolą. Myślę, że gdyby Bóg był tak bardzo plastikowy lub tak całkowicie wyprany z właściwości, jak ów niejeden życiowy lawirant – który pręży się na wszystkie strony, by tylko zadowolić tych, którzy mogą mu zapewnić powodzenie doczesne, i dla którego pojęcie honoru to tylko kłopotliwy przeżytek – nie byłby w stanie stworzyć choćby zwykłej muchy. Ludzie bez honoru zdają się bowiem nie tworzyć dobra – co najwyżej przetwarzają takowe, a pielęgnują w nim jedynie to, co zapewnia im wygodne egzystowanie; używają pracy wykonanej przez innych.

Nie jest jednak rolą chrześcijanina uganianie się za dobrem abstrakcyjnym, choćby najwyższym – skoro tyle konkretnych prac, właśnie dóbr, jest do wykonania wokół – i nie jest jego rolą potępianie tych, których może podejrzewać o skrajną przyziemność i wygodne pasożytnictwo. Bierdiajew pisze: „Dobro ewangeliczne czyni się wtedy, gdy samego dobra nie uważa się za wartość nadrzędną, lecz za taką wartość uważa się człowieka” (s. 14). Trzeba więc codziennej samokontroli – by przedwcześnie, niczym synowie Zebedeusza (por. Mk 10, 35-37), nie sadowić się w fotelach boskiej chwały – i trzeba chrześcijańskiej wyrozumiałości wobec słabości innych. Ale i tu wskazana jest powściągliwość i właściwa miara postępowania. Wszak chyba wiele racji ma rosyjski filozof, gdy dopowiada, że „nie ma nic gorszego niż dążenie za wszelką cenę do zapewnienia człowiekowi szczęścia” (s. 15)…

A czy słuszne są również twierdzenia, że „chrześcijaństwo to religia ukrzyżowanej prawdy” (s. 19), zaś „fanatyzm to obłęd, który zrodzony został przez niemożność objęcia pełni prawdy” (s. 26)? Pierwsze zdaje się zionąć pesymizmem, drugie zaś wskazuje możliwe pesymizmu zastosowania – niedaleko stąd do cierpiętnictwa i do łatwo wyradzającej się z niego agresji; nieraz kierowanej w stronę bliskich lub obcych, a często przenoszonej po prostu na Bogu ducha winne istoty. Jednak błędem byłoby zamykanie przytoczonych myśli w nakreślonym powyżej nastroju depresji. Bierdiajew podkreśla bowiem bardzo wyraźnie: „Religia Golgoty to religia wolności” (s. 11), „sens Golgoty tkwi nie w ubóstwieniu cierpienia, lecz w jego przezwyciężeniu” (s. 29). Świętego Pawła wskazanie z listu do Koryntian – że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także [n]asza wiara” (1 Kor 15, 14) – powraca tutaj z całą swą mocą. Podkreśla więc ponownie Bierdiajew: „Życie religijne jest twórczością, a nie przymusem płynącym z wychowania czy też z nakazu sądu” (s. 13). Jest wobec tego rolą i zadaniem chrześcijanina życie twórcze! – w takim zakresie, w jakim jest prowadzone; na tych terenach, jakie w swej codzienności zajmuje – i czynienie dobra zbliżającego ludzi do Boga. „Dobro [zaś] jest śmiertelnie nudne jeśli nie jest twórcze” (s. 30); „przeniknąć sens dobra może człowiek jedynie jako istota duchowa, [bo] jako istota społeczna poznaje jedynie definicje dobra, które wciąż się zmieniają” (s. 14). Nie dziwota, że nudni są chrześcijanie nietwórczy – bezrefleksyjnie odtwarzający wyuczone formuły – i że nudni są chrześcijanie, którzy za wszelką cenę chcą nadążyć za migotaniem świata, projektora dóbr o zwykle krótkim terminie ważności. „Miłość to utwierdzanie życia w wieczności” (s. 16) – przypomina tymczasem Bierdiajew. Któż, jeśli nie chrześcijanin, ma nieść światu codzienne dobro i nadzieję, że za wzgórzem Golgoty jest wieczność Miłości…

[Wojciech E. Zieliński, Parę myśli Bierdiajewa, "Na Rozstajach", 2017, nr 2 (299), s. 12.]