Problemem jest wielka ilość i łatwa dostępność komentarzy do Słowa. Posłuchamy jednego, drugiego, trzeciego biblisty/księdza/znawcy i czujemy się zwolnieni z własnego słuchania. Jest to ogromna pokusa współczesnego Kościoła. Niech inni rozważają, ja tylko posłucham, pokiwam głową… ale niczego to nie zmieni w mojej codzienności.
w niesprzyjającym im środowisku, musi liczyć się z negatywnymi tego konsekwencjami. Uzasadnianie poglądów wiedzą naukową zwykle nie wystarczy do tego, by wspomniane konsekwencje nie zaistniały. Jeśli jednak całość perswazyjnej argumentacji sprowadza się do głoszenia tego, co wypracowano na gruncie nauk społecznych – bez dowodów naukowych w ścisłym tego słowa znaczeniu – sytuacja mówcy staje się wręcz groteskowa.