środa, 20 stycznia 2021

Z mojego listu do Studentki (3)

Odpisuję, ‘jak gdyby nigdy nic’, mimo, że minął miesiąc…, sorry😊.

Najpierw odnośnie „pisania w niedzielę” – ja nie mam z tym żadnego problemu, proszę pisać do mnie, kiedy ma Pani ochotę! (A ja przeczytam, kiedy będę miał ochotę😃). Przypuszczam, że dawniej papierowe listy ludzie też pisali m.in. w niedzielę i może jeszcze tego samego dnia naklejali znaczek i spacerowali do czerwonej, pocztowej skrzynki… Inna sprawa, że niektórzy dzisiaj mają problem z takimi sytuacjami, widząc elektroniczne powiadomienie, że ktoś do nich właśnie „dzisiaj”, w niedzielę, a może właśnie „teraz”, w nocy itp. przysłał maila… Przez lata mojego wicedyrektorowania w Instytucie zdarzało mi się wielokrotnie tłumaczyć wykształconym ludziom, prowadzącym zajęcia itp., że listów, wysyłanych do nich przez studentów i in. w niedzielę lub w nocy, nie muszą od razu w niedzielę lub w nocy odczytywać… Oczywiście te moje tłumaczenia były niewiele warte dla osób, które opisane wyżej sytuacje odbierały, jako obrazę ich uniwersyteckiego majestatu.

A teraz odnośnie meritum; pisze Pani tak: „Czasami rozważam, w jakim stopniu da się opanować tematykę danego kierunku studiów, nie studiując go w rozumieniu uczęszczania na uczelnię, a zgłębiać temat przykładowo w domowym zaciszu. Idąc dalej, czy osoby odpowiednio zdeterminowane i zmotywowane, lecz zgłębiające przedmiot socjologii na własną rękę, są w stanie mimo wyraźnych ograniczeń – braku uszeregowanej wiedzy, pozbawione możliwości wykonywania zadań grupowych i bezpośredniego dostępu do wyedukowanych profesorów zgłębić jej tajniki tak samo dobrze jak student nauk społecznych”…

Myślę, że gdyby miara znajomości danego tematu/przedmiotu była jednoliniowa, odpowiedź byłaby stosunkowo prosta: wieloczynnikowe i usystematyzowane uczenie (się) w szkole, na uczelni itp., jest bezwzględnie lepsze od takiego, które dokonuje się indywidualnie, w domowym zaciszu… Problem w tym, że taka ‘jednoliniowa miara’ to narzędzie biurokratów, którzy muszą jakoś ogarnąć złożoność (tu: edukacyjnej) rzeczywistości. Mamy z tego zatem zarówno szkolne stopnie na świadectwach, jak i tytuły naukowe itp. na dyplomach… Ale życie, będąc wieloczynnikowe, nie jest przecież jednoliniowe (w sensie, o którym tu mowa) – cała ta ww. biurokracja jest więc tylko jego tymczasowym i lokalnym wykwitem. Owszem, na tyle rozległym w przestrzeni i czasie, że być może nie wyobrażamy sobie życia poza nim. Innymi słowy, w domowym zaciszu dokonuje się poznawanie świata nie mniej rozległe(go), niż owo poznawanie na uczelni, ale po prostu pod pewnymi względami inne(go). Miarą jest ciekawość świata i poznawcza wnikliwość poznającego podmiotu, a nie biurokratyczna kreska określająca zakres i poziom wykształcenia owego podmiotu. Brak takiej kreski nie wyklucza z życia – ale ogranicza lub uniemożliwia dostęp do niektórych jego zasobów. Z biegiem czasu człowiek dokonuje też przewartościowań kosztów, jakie ponosi za zdobywanie wspomnianych kresek.

Nawiązując zatem do powyższego i odnosząc się do Pani pytania: „czy wystarczająco uważna obserwacja świata może dać podstawę do pełnego obrazu schematów i zachowań, które w nim zachodzą?”, odpowiadam: i tak, i nie. Tak, gdy chodzi o to, co w świecie zachodzi. Nie, gdy chodzi o naukowe tego obrazy. Znajomość pierwszego jest znajomością życia, znajomość drugiego – rozmaitych nauk o nim. Przy czym, o ile mi wiadomo, żaden człowiek nie ma absolutnej znajomości życia. I żaden nie ma absolutnej znajomości nauki. I tak oto, przychodzi czasem podejmować decyzje. Bo gdy na przykład w określonej sprawie życie przeczy danej jego teorii, to tym gorzej dla… życia, czy dla teorii?… Ludzie oczywiście rozmaicie sobie z tym radzą i czasami zaklinają rzeczywistość – jedni zaklinają ją życiowo, a inni naukowo. I to dotyczy chyba również socjologów.

Ale powyższe oczywiście nie wyklucza słuszności tego Pani stwierdzenia: „nieczęsto spotyka się ten pewien rodzaj dociekliwości, którym określiłabym jednostkę socjologa”… Warto zatem, w miarę możliwości i zainteresowania, taką dociekliwość rozwijać!

Bardzo Pani dziękuję za tę zachętę do przemyśleń! Na koniec zaś powtórzę to, co już innym razem pisałem: proszę o krytycyzm wobec tych moich uwag – środowiskowo uznawanych raczej za ‘wynurzenia chłopskiego filozofa’😊.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Z mojego listu do Studenta (9)

Pańskie pytanie [jak filozofia egzystencjalna wpłynęła bądź nie wpłynęła na nasze życie codzienne w społeczeństwie?] odnotowałem w swoich papierach, ale proszę o jego doprecyzowanie/ograniczenie/zawężenie, bo w obecnej postaci jest ‘zabójcze’😊…

Wspierając się drobiem i nabiałem zauważę tylko, że ono m.in. nawiązuje do odwiecznej sprawy pierwszeństwa – kury lub jajka… Jeśli słusznie kojarzone z egzystencjalizmem jest hasło „egzystencja poprzedza esencję”, to na uwadze trzeba mieć m.in. to, że w szybkim tempie zmieniające się życie codzienne w ostatnich dwóch stuleciach nie dało spokoju filozofii, wpłynęło na nią, czyniąc miejscami wręcz „chwilozofią” (T. Kotarbiński)… Innymi słowy, zasadne, ale nie mniej obszerne jest pytanie, jak życie codzienne w społeczeństwie wpłynęło bądź nie wpłynęło na filozofię, egzystencjalną i inną?

I co Pan na to?😃…