środa, 2 lutego 2011

Ściąga(nie)

Jeden z moich studentów napisał: „Kiedy miałem siedem lat powiedziałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, ale dzisiaj między innymi dzięki ściągom jestem na studiach. Usprawiedliwia mnie też fakt, że dzisiaj szkoły czy uczelnie zadają tyle nauki, że przeciętny człowiek po prostu musi ściągać (tak przy okazji, na socjologii nigdy nie ściągałem, bo nie było na szczęście takiej potrzeby)”.

Nie jest to dla mnie wypowiedź gorsząca, chociaż zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą na te słowa – studenta i moje – reagować wręcz tak zwanym ‘świętym oburzeniem’. Natomiast jest to dla mnie wypowiedź znacząca. Dlatego, że, jako zapisana spontanicznie, na marginesie pracy zaliczeniowej, mówi coś o realiach systemu oświaty i szkolnictwa wyższego – zarówno w tym, co odnosi się do samego faktu ściągania, jak i w tym, co odnosi się do jego sygnalizowanych powodów.

Nie wiem, czy ściąganie jest zjawiskiem powszechnym, ale sądzę, że nie jest zjawiskiem rzadkim. Jeśli zaś moralna jego ocena jest negatywna, warte refleksji jest oceny takowej uzasadnianie. Oczywiście najprościej skupić się na jednostkowo pojętym akcie dokon(yw)anego oszustwa, słusznie argumentując, że nie unieważnia i nie pomniejsza go przecież ponadjednostkowa skala procederu. Ale wydaje się, że właśnie owa społeczna skala jego doświadczenia jest istotnym komponentem oceny. Szkoła/uczelnia, która jednocześnie chce zapewnić sobie (a) utrzymanie, i w tym celu szerokim łukiem zagarnia ‘klientów własnych usług edukacyjnych’, oraz (b) wysoki poziom oferowanej nauki, hołduje systemowi edukacyjnej hipokryzji. Wymaga więcej niż jej uczeń/student jest w stanie uczciwie sobie przyswoić, ale zarazem utrzymuje go w swoich murach, bo on jest gwarantem własnego jej utrzymania. A gdy już edukacja pomyślnie dobiegnie końca, pozornie wyedukowany absolwent uświadomi sobie, że sam przez ową szkołę/uczelnię został oszukany. Ale wtedy też on sam z tym problemem zostanie.