poniedziałek, 15 maja 2017

Z mojego listu do Redaktora

[dot. artykułu, który można przeczytać tutaj: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2017/05/niech-spotkaja-sie-nasze-swiaty.html]


Szanowny Panie Profesorze,

Wszystko uważnie i kilkakrotnie przeczytałem. Rozumiem, szanuję i doceniam troskę Redakcji i Recenzentów o profesjonalny poziom Pisma. …I myślę, że ‘nie spotkały się nasze światy’…

Jeśli dobrze rozumiem, to według Rec. A [zob. poniżej], treść tego, co napisałem, jest wystarczająca, ale forma nie odpowiada standardom naukowości, więc publikacja byłaby ryzykowna; z kolei według Rec. B [zob. poniżej], wszystkiego, co istotne, jest w moim artykule za mało, a za dużo jest tylko Zielińskiego. Biorąc przy tym pod uwagę również liczbowe wartości ocen wnioskuję, że – aby zadowolić Recenzentów – tekst musiałbym napisać praktycznie od nowa i zupełnie inaczej. To oczywiście nie wchodzi w rachubę. (Zwłaszcza, że w przytoczonych recenzjach nie znalazłem nawet próby merytorycznej dyskusji z tym, co napisałem, choć rozumiem też, że takowa nie jest obowiązkiem recenzentów). A ponieważ mimo wszystko bywam czytany, wierzę, że i ten ‘nieprofesjonalny’ tekst gdzieś, jakoś do lektury, choćby prywatnej, trafi; i to wystarczy.

Swoją drogą zaistniała sytuacja przypomniała mi scenę z serialu “Alternatywy 4”, w której pewien woźnica furmanki z konkretną sprawą zwraca się do mijanego na ulicy dzielnicowego – pyta o adres swojego kolegi – a milicjant na to odpowiada pytaniem, dlaczego koń taki brudny, i pouczeniem, że ‘tu w ogóle nie wolno zatrzymywać się’ (zob. https://www.youtube.com/watch?v=zC56tZ2qiuc)…

Taka moja odpowiedź może wyglądać na arogancką, ale proszę spojrzeć na nią inaczej: Na liczniku życia mam już (za chwilę) pół wieku i tyleż własnego doświadczenia. Przedmiotowa sprawa owo doświadczenie tylko powiększa, więc nie idzie na marne. Pozwala też przemyśleć hierarchię wartości.

Konkludując: Jeśli mój artykuł nie może być opublikowany w kształcie przeze mnie proponowanym (z korektą polegającą na wycięciu przypisów do Zielińskiego, która dla mnie problemu nie stanowi), proszę zwyczajnie nie zawracać sobie nim więcej głowy. W ten sposób “profesjonalizm” filozofii zostanie obroniony, a ja nie będę zajmował się nieswoimi sprawami. Wszyscy więc na tym jakoś skorzystamy, a świat bez mojego tekstu na Państwa łamach nie zawali się przecież.

Łączę wyrazy szacunku
i pozdrowienia Wielkanocne!

Wojciech E. Zieliński



------------------------------------------------------
Rec. A:

Artykuł jest tekstem bardziej publicystycznym niż naukowym. Autor nie ukrywa, że nie jest jego zamiarem stworzenie tekstu zgodnego z obowiązującymi w filozofii standardami, ponieważ uznaje je za ograniczające prawdziwe myślenie filozoficzne. W efekcie tekst stanowi oryginalną wypowiedź o charakterze filozoficznym, która jest ciekawa, ale nie jest tekstem naukowym w standardowym rozumieniu. Tekst napisany jest w pierwszej osobie, co również w przypadku tekstów filozoficznych nie jest typowe. Jak sam autor pisze profesjonalna filozofia go nie interesuje. Proponuje uprawianie filozofii praktycznej i życiowej:

„Znacznie bardziej jednak interesuje mnie filozofia uprawiana praktycznie, życiowo i mądrościowo. Dlaczego? Bo to jest filozofia człowieka działającego we własnym świecie życia z całym bagażem jego codziennych ułomności. Jako taka zaś, podobnie jak człowiek jako taki i życie jako takie, jest owa filozofia czymś bardziej elementarnym od jej projekcji teoretycznych i ich późniejszych systematyzacji. Na tym założeniu opieram dalsze uwagi oraz możliwie przystępny dydaktycznie sposób ich wyrażania. Zatem, jeśli dla Czytelnika takowe jest nie do przyjęcia, chyba nie ma sensu ich dalsza lektura”.

Jeśli założenia autora są zgodne z profilem czasopisma […] tekst może zostać opublikowany. Nie są to jednak analizy filozoficzne w klasycznym znaczeniu. Jeden tego typu tekst jest ciekawostką. Masowe pojawienie się tekstów pisanych w tym stylu może spowodować, że filozofem profesjonalnym mienić się będzie mógł każdy, a obiektywna ocena efektów rozważań nie będzie możliwa.


------------------------------------------------------
Rec. B:

Autor podejmuje ciekawy temat, jednak swoich tez nie wspiera ani odwołaniami do literatury przedmiotu (z upodobaniem cytuje samego siebie) ani konkretnymi przykładami opisywanego przez siebie "doświadczania moralności". Nie podaje też, chociażby na kilku przykładach, na czym miałoby polegać zbliżenie się profesjonalnych etyków do praktyki i świata życia codziennego. Nie zauważa zupełnie chociażby zainteresowania etyką stoicką, jako przydatną w codziennym życiu (publikacje na ten temat a nawet warsztaty etyki stoickiej). Podsumowując: postawione w artykule tezy wymagają solidniejszej argumentacji, w tym oparcia o bogatszą literaturę przedmiotu.

Nie(ch) spotkają się nasze światy! Doświadczenie moralne

wobec roszczeń profesjonalnej etyki


[artykuł jak wyżej zatytułowany, a zamieszczony poniżej, w oryginale zawiera 29 przypisów (w tym 6 do WEZ) obejmujących 17 pozycji bibliograficznych (w tym 3 WEZ) - ze względów opisanych tutaj: https://wojciechzielinski.blogspot.com/2017/05/z-mojego-listu-do-redaktora.html, nie znalazł uznania recenzentów i dotychczas nie był publikowany]



We wrześniu 2014 roku miałem przyjemność uczestniczenia w konferencji zatytułowanej „Moralność – między teorią a światem przeżywanym”, a zorganizowanej w Instytucie Filozofii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu [przypis]. Poniżej prezentuję rozwiniętą wersję referatu, który wówczas przedstawiłem zebranym. Całość ujmuję w ramy trzech kolejno następujących po sobie części: Pierwsza służy nakreśleniu perspektywy autora. Wszak formułuję te uwagi z określonego miejsca podmiotowo doświadczanej czasoprzestrzeni, z określonego miejsca własnej biografii. Miejsce to naznacza charakter mojej wypowiedzi, a deklaracja jego ważności zapewne już na wstępie drażni swą bezpośredniością. Druga część wypowiedzi to próba obiektywizacji przedmiotu analizy – ma służyć względnemu oczyszczeniu treści tu przywoływanych z nadmiaru egotycznych ujęć. Część trzecia ma charakter postulatywny – reasumując uwagi wcześniej poczynione, nadaje tytułowi całości postać wykrzyknikową.


Perspektywa autora

Na liście tematycznych obszarów Konferencji [przypis] szczególnie trzy punkty wydały się bliskie mojemu doświadczeniu i zainteresowaniu: punkt mówiący o praktyczności jako, być może, zagubionym wymiarze etyki filozoficznej; punkt wskazujący napięcie między teorią moralności a moralną praktyką, i punkt stawiający doświadczenie moralne niejako naprzeciw doświadczeniu moralności. W ten splot obszarów celują uwagi poczynione niżej. Z jakiej perspektywy je formułuję? Już na wstępie odpowiadam na to pytanie, by oszczędzić Czytelnikowi ewentualnych późniejszych rozczarowań.

Otóż, piszę z perspektywy raczej praktyka-dydatyka [przypis] niż badacza-laboranta. Przywiązany obowiązkami dydaktycznymi i funkcyjno-organizacyjnymi do praktycznego działania, nie mam komfortu spokojnego, „przybiurkowego” studiowania przedmiotowej literatury [przypis], wyszarpuję co najwyżej jej wybrane fragmenty. Mimo trudności, staram się jednak faktycznie uprawiać filozofię praktyczną, ale nie mam innej możliwości takowej uprawy niż ta realizowana w bezpośrednim związku z codziennym działaniem. Wobec powyższego bliżej mi zatem do filozofii – a w niej: etyki – rozumianej jako forma intelektualnej, kulturalnej lub społecznej aktywności twórczej [przypis do WEZ], niż do filozofii uprawianej pod naukowym, czy wręcz szkolnym pręgierzem warsztatowych reguł właściwego, zdaniem niektórych, jej wykonywania. Przez to jednak w nomenklaturze akademickiej kwalifikuję się raczej, przynajmniej zdaniem owych niektórych, do miana naukowego ignoranta, czyli takiego – cytuję tu konkretną wypowiedź skierowaną pod moim adresem – co to „po prostu nie rozumie tego, czym jest filozofia jako profesja”, i który może i „nosi w plecaku filozoficzną buławę, ale nie […] rozumie, że to niekoniecznie wystarcza do refleksji przekraczającej zwyczajną amatorszczyznę” [przypis do WEZ].

Rozpatrując w tym miejscu przytoczoną „recenzję”, po pierwsze, zaryzykuję twierdzenie, że mimo akademickiej aktywności niemałego przecież grona profesjonalnych filozofów na społecznym podwórku, większość nienależących do tego grona użytkowników tekstów filozoficznych – jeżeli w ogóle po takowe sięga – musi radzić sobie z nimi po amatorsku. Pierwszych satysfakcjonuje bowiem dyskusja przede wszystkim we własnym gronie, czemu zresztą trudno się dziwić, jeśli za istotny komponent rzeczowej dysputy uznamy predefiniowane kompetencje interlokutora. Drugich zaś nie zraża chyba własna w tym względzie amatorszczyzna – filozoficzny profesjonalizm, w kształcie przez fachowców czasem wręcz celebrowanym [przypis do WEZ], nie jest im bowiem do niczego potrzebny. Zauważyć przy tym warto, że pytanie o relacje między filozofią praktyczną jako teoretyczną dyscypliną nauki a filozofią praktyczną jako formą działania, oraz pytanie o warunki i kryteria uprawiania każdej z tych filozofii, są zagadnieniami o nie tylko teoretycznym znaczeniu.

Po drugie, nie mniej bezpośrednio napiszę – narażając się niewątpliwie na ponowną krytykę, tudzież, jako ów natrętny amator, na zbywanie milczeniem – że profesjonalna filozofia w kształcie wyżej sugerowanym interesuje mnie nie bardziej niż jakakolwiek inna dyscyplina nauki. Doskonale przecież rozumiem, że filozofia może być i jest uprawiana naukowo, i że ona sama za zinstytucjonalizowaną naukę może być uznawana i, jako taka, rozwijana. Niewątpliwie ta jej postać jest zasobna i fascynująca. Znacznie bardziej jednak interesuje mnie filozofia uprawiana praktycznie, życiowo i mądrościowo. Dlaczego? Bo to jest filozofia człowieka działającego we własnym świecie życia z całym bagażem jego codziennych ułomności. Jako taka zaś, podobnie jak człowiek jako taki i życie jako takie, jest owa filozofia czymś bardziej elementarnym od jej projekcji teoretycznych i ich późniejszych systematyzacji. Na tym założeniu opieram dalsze uwagi oraz możliwie przystępny dydaktycznie sposób ich wyrażania. Zatem, jeśli dla Czytelnika takowe jest nie do przyjęcia, chyba nie ma sensu ich dalsza lektura. W tym miejscu dodam jedynie, że uprawianie tak rozumianej filozofii widzę podobnie, jak opisane niegdyś przez Stanisława Ossowskiego uprawianie humanistycznej socjologii. To uprawianie jej niejako w dawnym stylu, uwzględnianie przy tym różnych ścieżek poznawczych i korzystanie w badaniach z materiałów różnorodnych – także tych, które nie podporządkowują się ścisłym racjonalnym i empirycznym kryteriom reprezentatywności, i które nie są znaczone walorem bezpośredniej aktualności. To wreszcie korzystanie z doświadczenia własnego, także wewnętrznego, które służyć może trafniejszemu interpretowaniu i lepszemu rozumieniu wypowiedzi i poczynań innych osób, uczestników życia społecznego [przypis].


Przedmiot analizy

Określiwszy podmiotową perspektywę własnej wypowiedzi, chciałbym teraz – przechodząc do drugiej jej części – możliwie najprościej i najpełniej przybliżyć jej przedmiot. Otóż, przedmiotem kolejnych uwag, ujmując go możliwie najogólniej, jest podmiotowe doświadczanie moralności i etyczne narzędzia oglądu tego doświadczania. Celowo piszę tu o doświadczaniu, czyli o jakimś procesie, a nie o doświadczeniu, które należałoby rozumieć jako czegoś zasób. Zakładam bowiem, że znamieniem moralności, jako tego, co rozpoznawane gdzieś między teorią a światem przeżywanym – by nawiązać do tytułu wspomnianej konferencji – jest raczej działanie niż stan. Stan wymagałby jedynie skonstruowania etycznej obudowy, działanie zaś również po stronie etyki wymaga dynamicznej asysty – gdy takowej brakuje, moralność etyce faktycznie ucieka. Moralna praktyka i etyczna teoria, ujęte w świetle takowych założeń – a innymi słowy: doświadczenie moralne i profesjonalna etyka – są blisko siebie i daleko zarazem: statyczna bliskość obu wymienionych światów jakoś idzie tu w parze z ich wzajemnym dynamicznym dystansem.

Dowód? No, chociażby taki, że – jak uczy doświadczenie i jakkolwiek romantycznie by to jego ujęcie nie brzmiało [przypis] – szerokość etycznych horyzontów nie wyklucza moralnej ciasnoty [przypis do WEZ]. A wyrazem takowej jest nie tylko faktycznie nierzadka bezradność etycznie kompetentnego podmiotu w działaniu moralnie jakoś kłopotliwym, ale także, a może przede wszystkim, częsta niezdolność takowego podmiotu do uznania definiowanej przezeń niekompetencji innego lub innych podmiotów za faktyczną podstawę – i uprawomocnienie – ich moralnego działania. Powyższe może być jednak nie dość jasne lub przekonujące, przyjrzyjmy się więc przedmiotowej kwestii w większym przybliżeniu. W tym celu sięgam najpierw do słownika języka polskiego – umyślnie w jego dawniejszym wydaniu.

Kochać kogoś jak psy dziada w ciasnej ulicy – oto słownikowa ilustracja pojęcia i problemu ciasnoty, na razie jedynie ogólnie ujętej [przypis]. Ciasno, bez dostatecznej wolnej przestrzeni, można zatem odnosić się do innych, patrzeć na świat, pojmować, rozumieć. Ciasne mogą być horyzonty, ciasny bywa też światopogląd. Ciasne spojrzenie nie obejmuje całej treści przedmiotu oglądu – całego zagadnienia, jakie ów przedmiot stanowi [przypis]. Czym natomiast jest niekompetencja? Oczywiście jest zaprzeczeniem, brakiem kompetencji, a więc określonej jakoś kwalifikacji do wydawania sądów, opinii, ocen, do podejmowania stosownych decyzji [przypis]. Odnotujmy teraz, że ciasnota w pierwszym rzędzie jest treścią doświadczenia, niekompetencja zaś – najpierw pochodną definicji tego, czemu zdaje się przeczyć. I oto rysuje się nam następujący obraz możliwej sytuacji moralnie problemowej: etycznie kompetentny podmiot spotyka kogoś, komu analogicznej kompetencji faktycznie brakuje – wyraz dysproporcji rysuje się w rozmowie [przypis]. Horyzonty pierwszego zdają się szerokie, ale drugi doświadcza tego, że w nich się nie mieści – niczym ów dziad z przytoczonego porzekadła, z całą swą kompetencyjną małością i arogancją aktywnego samostanowienia zdaje się być jedną z tych rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Sprawia coś, co żadną kompetentnie uznaną miarą nie powinno się ziścić. Ciasnota moralna w sensie tu proponowanym, to zatem przypadłość niezależna od kompetencyjnej platformy jej definiowania – cechuje każdego, kto w granicach swej refleksji i społecznie aktywnej postawy nie mieści możliwości uznania za wyższe racji podmiotu niższego wedle własnej hierarchii.

Powracając teraz do wskazanego wyżej uogólnionego przedmiotu analizy – podmiotowego doświadczania moralności i etycznych narzędzi jego oglądu – kieruję uwagę w stronę tego miejsca uniwersum, które można chyba trafnie objąć pojęciem moralnej mikroskali i którego wyodrębnienie pozwala na pierwszym planie etycznej analizy utrzymywać moralny podmiot – człowieka działającego zawsze w jakiejś określonej dla niego sytuacji, która nieraz bywa sytuacją moralnie problemową. Napisałem już w innym miejscu, że ta mikrospołeczna perspektywa refleksji umożliwia uchwycenie tego, co w socjologicznym opisie traktowane jest nieraz, jako „prywatny świat zadomowienia” podmiotu, stanowiący dla jego doświadczenia swoiste „znaczeniowe centrum organizacji”. Ujęty w szerszym spektrum analitycznym, ów świat zadomowienia jawi się więc, jako swego rodzaju bufor, ogranicznik wpływów makrospołecznego otoczenia podmiotu. Z kolei sytuacja moralnie problemowa może zaistnieć również mimo braku obiektywnych przesłanek jej wystąpienia. Właśnie dlatego, że, jako taka, stanowi przede wszystkim element doświadczenia podmiotowego. Etyka, określając zatem jakości moralnej praktyki według jedynie własnych, kompetentnych systematyzacji, może minąć się z moralnym doświadczeniem, jeśli nie uwzględni sposobu, w jaki staje się ono udziałem działającego podmiotu – nieznającego takowych lub wprost ignorującego wspomniane systematyzacje, a borykającego się przecież z moralnym konkretem własnej sytuacji [przypis do WEZ].

Powyższe implikuje twierdzenie, że wiedza danego podmiotu na temat samego faktu sytuacyjnego uwarunkowania jego działania, daje mu podstawę wartościowania podejmowanych decyzji, bez konieczności legitymowania się teoretycznie pogłębioną definicją doświadczanej sytuacji. Innymi słowy zasadnie rzec można, że (a) działający człowiek podejmuje moralnie istotne – na miarę swojej sytuacji – decyzje i działania także mimo braku kompetencji etycznych, i chyba nie mniej zasadnie, że (b) brak ów nie stanowi rozstrzygającego kryterium przy ocenie moralnej wartości tych decyzji i działań.

Tymczasem o etyce nie bez racji przecież napisano, że jest ona miejscem sporów i kontrowersji o dużym nasileniu i głębokości; i że sięgają owe kontrowersje i spory „rozumienia podstawowych terminów wyznaczających obszar jej badań” – nie dziwota więc, że każdy filozof moralności podejmuje zadanie definiowania podstawowych pojęć etycznych niejako od nowa [przypis]. I w tym miejscu pojawia się pytanie następujące: Czy pełen takich ambicji etyk ma powód do intelektualnego „spot(y)kania się” z kimś takim, jak ów wcześniej wskazany, czyli z owym etycznie niekompetentnym podmiotem? Czy ma powód spotykania się z nim – jako etyk właśnie – skoro wiadomo skądinąd, że jego, czyli tegoż etyka głęboka i dalekosiężna kompetencja nie odegra w tym spotkaniu pierwszorzędnej roli?

Otóż sądzę, ba: widzę!, że wielu etyków ze wskazanego względu takiego powodu właśnie nie znajduje i w efekcie takiego spot(y)kania nie podejmuje. Trudno jednak przy tym nie zauważyć, że wzgląd ów leży przecież nie po stronie przedmiotu ich możliwej refleksji, ale po stronie zakładanych warunków sensownego jej uprawiania – przedmiot możliwego namysłu jest preliminowany na etapie kwalifikowania kompetencji zgłaszającego go [przypis] interlokutora i staje się takowym, o ile kompetencje zostają uznane za wystarczające. Taki zaś charakter postępowań, jeśli faktycznie ma miejsce, ukazuje praktyczny rozdźwięk między moralną praktyką a etyczną teorią, będący konsekwencją selektywnego ujmowania pierwszej przez drugą.

Zdaję sobie sprawę, że powyższa konkluzja rozmaicie może być traktowana. Nic nowego – ktoś powie – przecież każdorazowo czym innym jest teoretyczny namysł, a czym innym jego wyodrębniony obiekt. Owszem, mnie jednak – właśnie ze względu na to, co jest rzeczonej konkluzji przedmiotem, ale bez względu na to, czy ktoś przyzna mi rację – skłania ona do zgłoszenia pierwszego postulatu, których więcej pojawi się w trzeciej części artykułu. Jest to postulat następujący, wyrażam go perswazyjnie zdaniem oznajmującym: spotkanie świata profesjonalnej etyki ze światem moralnej prozy, wymaga większej pokory tego pierwszego niż kompetencji tego drugiego.

Obrazując tak formułowany wymóg, przyrównałbym etyka do dobrego lekarza – takiego, który przy stawianiu diagnozy znosić jakoś musi „mądrości” pacjenta oczytanego w medycznej encyklopedii, ale który zarazem otwarty jest na to, by się odeń czegoś nauczyć; zapewne nie tyle w zakresie medycznej teorii, ile w zakresie praktycznego doświadczania i znoszenia choroby. Lekarz dostrzega jednak dość ścisły związek własnej pokory – wobec osób mniej od niego kompetentnych – z wykonywaną przez siebie pracą; ma ją wszak właśnie dzięki owym nieraz przemądrzałym pacjentom. Tymczasem niejeden skupiony na sobie etyk wciąż dostaje pensję głosząc wykłady do niemal pustej sali – jego kwalifikacja i uprawnienie jej wykorzystywania nie zależą od tych, na których temat i wobec których się wypowiada; nie podlegają społecznemu sprawdzianowi własnej użyteczności.

Oczywiście mam świadomość dokonywanych tą drogą uproszczeń i zapewne też prowokacji. Są one jednak nieprzypadkowe. Artykuł niniejszy stanowi przecież empirycznie zorientowane – znaczone codziennym kontaktem ze studentami i innymi rozmówcami przeżywającymi jakoś własną moralność i stosunek do poznawanej etyki – doniesienie ze świata życia jego autora i z jego własnej nad tym światem refleksji, i jako taki jest zaproszeniem zainteresowanych do spotkania się także z tym światem. Nie dziwota więc, że w swej formie trąci rysem moralistycznym, a jego cel jest nie wyłącznie poznawczy, ale także w możliwym zakresie dydaktyczny [przypis]. To ostatnie wskazanie, aby nie okazać się tu danym na wyrost, wymaga teraz stosownego zinwentaryzowania i syntetycznego wyrażenia treści zapisanych powyżej.

Mamy oto kilka powiązań, doświadczanie moralności zderza się w praktyce z etycznymi narzędziami jego oglądu. W jego wyniku lokowana w horyzoncie etycznym refleksja nad kompetencjami moralnymi podmiotu działającego dawać może obraz dwojako asymetryczny: z jednej strony kompetencja wskazywana jest tam, gdzie jako taką definiuje ją profesjonalnie pracujący etyk, z drugiej strony zaś, działający po swojemu podmiot doświadcza ciasnoty etycznego horyzontu, w którym nie mieści się zgoda na moralną prawomocność jego „niekompetentnego” działania. Efektem jest rozstanie etycznej teorii z moralną praktyką tudzież brak widoków na symetryczne ich powiązanie. Niewykluczone jednak, że pułapka tkwi w aspiracjach. Moralna mikroskala – i sytuacja moralnie problemowa doświadczana w jej ramach – wskazywana jest przeze mnie, jako miejsce aspiracji etycznie ograniczonych, miejsce ekspozycji realizowalnych postulatów, miejsce możliwego, twórczego spotkania pokory podmiotu etycznie kompetentnego z niedoskonałością podmiotu moralnie działającego; ze wskazaniem na większe oczekiwania, zasadnie kierowane pod adresem pierwszego.


Postulaty

Potrzeba pokory wobec niekompetencji – to zatem pierwszy, wyżej zgłoszony przeze mnie, a tu skrótowo przypomniany postulat, którego spełnianie w działaniu wydaje się być warunkiem zbliżania światów doświadczenia moralnego i profesjonalnej etyki. Jest to postulat kłopotliwy, bo zdaje się na głowie stawiać tradycyjną hierarchię, w której wyżej stoi „wiedzący lepiej”. A może kłopotliwy jeszcze bardziej jest przez to, że hierarchii podmiotów po prostu nie zakłada. Tam bowiem, gdzie toczy się życie, naturalne, bytowe pierwszeństwo ma moralne działanie – z taką jego normatywną wykładnią, jaką przyjmuje sam z konieczności działający podmiot. Teoretyk, który „wie lepiej”, ale działać nie musi, o ile trudu działania na choćby intelektualne barki nie bierze, pozostaje widzem praktycznie, a więc moralnie bezużytecznym [przypis]. Jego wyjaśnienia złożoności doświadczenia moralnego, o ile się takowych podejmie – jakkolwiek głębokie i systematyczne – dają cokolwiek jedynie podobnym do niego etykom.

Z powyższym wiąże się postulat kolejny, zapewne nie mniej romantyczny. Pierwszoplanowym obiektem i adresatem etycznego namysłu winien być zawsze człowiek działający – nie człowiek ogólny, teoretyczny konstrukt, nie struktura relacji, język dyskursu i tym podobne, ale konkretny podmiot moralny, ulokowany w określonym miejscu społecznej czasoprzestrzeni, widzianej jego własnymi oczyma i po swojemu przezeń definiowanej. Owszem, ten postulat radykalnie ogranicza aspiracje etycznego namysłu – ale przecież nie mam złudzeń, że ochoczo będzie przyjęty. O ile łatwiej bowiem zajmować się tym, co nie patrzy w oczy i co nie zapyta: „co zrobiłbyś na moim miejscu?”. Ja chciałbym jednak, aby świat profesjonalnej etyki i zwyczajnej doli moralnej czerpały częściej i głębiej ze wzajemnych spotkań, dokonujących się na mikrospołecznym poziomie społecznych relacji, czyli na poziomie owych miejsc sokratejskich – miejsc sensownej rozmowy o sprawach elementarnych, wspólnie ważnych dla rozmawiających.

Powyższymi słowy zabiegam więc o to, aby profesjonalna etyka nie odwracała się od moralnej prozy i poszukiwała adekwatnej dla niej filozofii praktycznej – filozofii małej małością jej przedmiotu. Ta małość codziennego moralnego doświadczenia ma bowiem, w moim przekonaniu, znamiona uniwersalne, a profesjonalna wielkość problemów etyki – już pisałem – „zbyt często sprawia wrażenie sztucznie wyhodowanej między okładkami specjalistycznych czasopism” [przypis do WEZ]. Postuluję zatem, aby profesjonalna etyka zabiegała o swoją faktyczną praktyczność – aby pomagała działającemu człowiekowi dostrzegać konkret moralnych aspektów jego doświadczenia. Takiego waloru edukacyjnego nie osiągnie ogólnikami i sterylnym dystansem – musi mieć czas na wysłuchanie także moralnego banału, który w swym pojęciu zna już doskonale, ale który nieraz dopiero odkrywany jest przez doświadczający go podmiot. Konieczne jest przy tym, aby szanowała ludzką słabość i pomagała człowiekowi ją przezwyciężać – aby pomagała mu budować moralne relacje.

Zdaję sobie sprawę, że ten „koncert życzeń”, kierowanych pod adresem etyki może być nieznośny dla filozofa-fachowca, skrupulanta, który doskonale wie, gdzie jest filozofia, a gdzie co najwyżej literatura [przypis]. Ale uprzedzałem wcześniej, że artykuł niniejszy cechuje się nieprzypadkową swobodą wypowiedzi, niesioną dominacją doświadczeń autora i ograniczeniem zakresu jego aspiracji. Jeśli więc irytuje czyniony tu wywód, niechże radzi sobie z nim po swojemu ten, kto go jeszcze tu czyta. To wtrącenie jest zaś umyślne – postuluję bowiem, aby etyka była także autorska, aby była raczej pisaniem normatywnej opowieści o działaniu moralnym niż sprawozdawaniem jedynie obiektywnej wiedzy o ustaleniach poczynionych w tym względzie dotychczas. Jeśli będzie dla odbiorcy jasne, że jest ona przez konkretnego człowieka w określonym świecie jego życia pisana, cechowana niezamknięciem w swej jedynie spekulatywnej argumentacji lub naukowej sprawozdawczości, to też większa będzie szansa na to, że spotka się ona z faktycznym światem życia potencjalnego jej adresata. Jeśli też prawdą jest, że spotkań pożądają ludzie siebie jakoś ciekawi, to i prawdą jest chyba, że niezafałszowana wzajemna siebie ciekawość jest warunkiem spotkania profesjonalnej etyki i moralnego doświadczenia, jako jej podstawy. I nie trzeba chyba powtarzać, że etyk ma w przedmiotowej relacji więcej niż nieprofesjonalista do zrobienia, aby faktycznie zaciekawić tego, o którym lub o którego moralnym świecie tak ochoczo uczenie rozprawia.

Jest chyba takie miejsce stałe wewnętrznego doświadczenia moralnego [przypis], w którym człowiek uświadamia sobie własną zwierzęcość, biologiczną ograniczoność, i w którym pyta między innymi o sens własnej tego świadomości. Jeśli sens takowy istnieje, to właśnie etyka, jako filozofia praktyczna, winna pomagać człowiekowi w jego codziennym rozpoznawaniu. Jednak, aby móc rozumieć i wyrażać związane także z ową ograniczonością ludzkie cierpienie – którego moralne przeżywanie, jak napisano, nieraz staje się jedyną bronią, jaką prawda i miłość mają w walce z kłamstwem i przemocą [przypis] – etyka powinna być zawsze blisko człowieka. Nie może gonić za abstrakcjami i pozwalać się im uwodzić – powinna traktować je instrumentalnie, używać jako narzędzi, pomagających czytać podmiotowe doświadczenie moralne. Będąc blisko człowieka zyskuje wiarygodność i jego przychylność.

Owszem, tego wszystkiego zapewne nie da się zrobić bez jakichś etycznych strat. Ale myślę, że większe i ważniejsze są straty moralne – powodowane skupianiem się etyki, jeśli takowe ma miejsce, na przeglądaniu w zwierciadle jej własnych teorii i niedostatecznym testowaniu ich w bezpośrednim kontakcie z doświadczeniem moralnym.


*

Uwagi wyrażone powyżej zapisałem w częściach zatytułowanych kolejno: perspektywa autora, przedmiot analizy, postulaty. Jednak zdaję sobie sprawę, że można by skwitować je ironicznie, wytykając im nadmierny dydaktyzm i tytułując odpowiednio: informacja o sobie, próba analizy i pobożne życzenia albo manifest. Podstawowa wątpliwość, jaką tu zapewne można postawić [przypis], funkcjonuje w powiedzeniu już obiegowym: Ornitolog nie musi umieć latać, aby być ornitologiem. Stosowane w rozmaitych kontekstach przedmiotowych [przypis], tu ma sens dostatecznie czytelny – przypomina o zasadniczej różnicy między moralnością i etyką; przypomina o tym, że etyk, znawca moralnej problematyki, nie musi być wzorem moralnej postawy, podobnie jak drogowskaz, nie idzie, nie musi iść drogą, którą wskazuje.

Oczywiście w żadnym stopniu powyższego nie lekceważę. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie, które w moim przekonaniu lokują etyka w sytuacji szczególnej i nie pozwalają na łatwe stawianie go w szeregu innych „ornitologów”. Po pierwsze, jego namysł i jego badania – o ile czyniąc je pozostaje filozofem [przypis] – odnoszą się aspiracyjnie do tego, co ostatecznie jest lub powinno być wspólne dla wszystkich moralnych podmiotów działania objętego etycznym namysłem. Tymczasem analogiczne postępowanie przedstawicieli innych profesji pod tym względem jest ograniczone do jedynie tych adresatów i rodzajów spraw, które danej profesji bezpośrednio odpowiadają. Innymi słowy, doświadczenie moralne – jako takie znane wszystkim moralnym podmiotom, zarówno etykom, zajmującym się nim teoretycznie, jak i niezainteresowanym jego teorią praktykom – będąc doświadczeniem elementarnie uniwersalnym istotnie różni się od doświadczenia chociażby sportowego, biznesowego, czy pedagogicznego [przypis], znanego tylko niektórym teoretykom i praktykom, wzajemnie sobą i nim powiązanym. Po drugie, docelową właściwością etyka jest wypowiadanie się normatywne, preparujące zaistnienie pożądanych stanów rzeczy na moralnym polu – wszak nie ogranicza się on do tego, by jedynie porządkować strukturę stosowanych pojęć i semantycznie dookreślać jej elementy, ale szuka słusznej miary postępowania i właściwej jej formy wyrazu [przypis]. Aspiruje więc do jakiegoś kształtowania świata także tych, którzy – jak wyżej wspomniano – nie będąc nim zainteresowani, muszą jednak rozwiązywać moralne problemy. Kierowane zatem pod adresem etyka oczekiwanie, by nie zamykał się w świecie własnych teorii, ale otwierał także na świat ich praktycznych zaprzeczeń, nie jest równoznaczne z oczekiwaniem jego osobistej doskonałości moralnej. Etyk-ornitolog nie musi umieć latać jak ptak, powinien jednak czynić wszystko, co poznawczo możliwe, aby trud latania lepiej rozumieć. Tego zaś nie osiągnie bez moralnego kontaktu z ciężarem ptasiej doli.

Kończąc niniejszą wypowiedź i nie przesądzając, komu z nas bliżej jest do oglądu praktycznej, a komu teoretycznej strony doświadczenia moralnego, wyrażam tytułowe życzenie, aby (częściej) spot(y)kały się światy moralności i etyki – nie tylko na stronach poświęcanych im rozpraw. I wyrażam obawę, że spotkania nie będzie, jeśli pierwszego kroku nie zrobią uczeni. Słusznie przecież napisano, że ludzie nieraz „zachowują się tak, jakby lepiej znali winę innych ludzi niż własną”, bo też niewątpliwie częściej niż własną, zajmują się winą cudzą [przypis]… Niech więc szerokość etycznych horyzontów nie zwiedzie tych, którzy nimi dysponują, i niech źródła problemów moralnych pozwoli dostrzec także w bezpośrednim pobliżu ich profesjonalnych ujęć.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dać innym siebie …zużyć

Chyba dość dobrze znany chrześcijanom – wszakże często przypominany – jest ten werset z Drugiego Listu do Tymoteusza, w którym św. Paweł podsumowuje: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4, 7). Kontekst wiadomy: Apostoł przewiduje rychłą śmierć, ale wyraża też nadzieję życia wiecznego. Pisze: „Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4, 8). Rzec można: połączenie głębokiej wiary z racjonalnym podejściem do życia…

Zapewne również tymi św. Pawła słowami jakoś inspirowany, pozwoliłem sobie parę lat temu na zapisanie myśli następującej: Życie do zużycia – bieg chrześcijanina” (Aforystycznie, Kraków 2014, s. 51). Bez nadmiaru wzniosłości do tych słów nawiązując, a jednocześnie schodząc na chwilę z pokładu refleksyjnej wiary, rzec można, iż biegać – byle z głową na karku – warto, bo sport to przecież zdrowie, ale wyraz „zużywanie” chyba nieco tu drażni. A jeśli powiemy, jak w tytule, jeszcze dosadniej: „Dać innym siebie …zużyć” – to zabrzmią takie słowa chyba wręcz kłopotliwie.

Faktycznie, jeśli potraktujemy je dosłownie, odnosząc na przykład do prostytucji – także tej rozumianej szeroko (a więc na przykład politycznej) – i do uwłaczania jej drogą własnej godności, otrzymamy slogan wręcz sutenerski. (W tym miejscu warto przywołać słowa Marii Ossowskiej, badaczki moralności, która swego czasu tak kwestię godności formułowała: „Ma godność ten, kto umie bronić pewnych uznanych przez siebie wartości, z których obroną związane jest jego poczucie własnej wartości i kto oczekuje z tego tytułu szacunku ze strony innych. Brak godności z kolei ujawnia ten, kto rezygnując z takiej wartości sam siebie poniża lub daje się poniżać dla osiągnięcia jakichś osobistych korzyści”). Ale jeśli na dawanie siebie innym, aż do zużycia, spojrzymy szerzej?…

Poza oczywistym w chrześcijańskim kontekście przykładem życia i śmierci Jezusa na krzyżu, na myśl przychodzą Jego pouczenia z Kazania na Górze (zob. Mt 5, 1 – 7, 29; Łk 6, 17-49), stanowiące swoisty kodeks chrześcijańskiej etyki:

Bądź miłosierny wobec bliźniego i wprowadzaj pokój do życia z innymi; dąż do zgody ze swoim przeciwnikiem i do pojednania z tym, który może coś mieć przeciw tobie, a dopiero na takim podłożu moralnym dbaj o wypełnianie praktyk religijnych; miłuj bliźniego, nawet swego nieprzyjaciela; czyń dobrze nawet temu, kto cię nienawidzi; błogosław nawet temu, kto ciebie przeklina, i módl się także za tego, kto ciebie oczernia lub wprost prześladuje. Nie odwracaj się od tego, kto potrzebuje twojej pomocy. Ale gdy pomagasz, „niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”, a gdy się modlisz, niech wystarczy, że usłyszy ciebie tylko Pan Bóg. I nie troszcz się zbytnio o jutro, bo przecież „dosyć ma dzień swojej biedy”, więc ten jutrzejszy dzień niewątpliwie także sam o siebie troszczyć się będzie. Bądź dobrym człowiekiem i z dobrego skarbca swego serca wydobywaj dobro. Ale zabiegaj przy tym o sprawiedliwość, nawet kosztem własnego cierpienia. Nie ukrywaj swego światła przed ludźmi i bądź jednoznaczny – mów: „Tak, tak; nie, nie”; bo co nadto jest, od Złego pochodzi… Czyń to wszystko, a zużyjesz się dla bliźnich i przez nich zostaniesz zużyty; oni zaś prawdopodobnie nawet tego nie zauważą…

Jakże trudno tę konkluzję – prowokacyjnie dodaną do przypomnienia Jezusowych pouczeń – pogodzić z przemożną chęcią bycia zauważonym, trawiącą współczesnego człowieka, a manifestującą się na polach rozmaitych; może najwyraźniej w świecie wirtualnym. Jakże trudno pogodzić ją także z wymaganiem stawianym współczesnemu człowiekowi przez rozmaite instytucje społeczne, które miarę jego wartości upatrują chociażby w stopniu jego publicznej rozpoznawalności. Wobec takich wymagań i chęci, których spełnienie wymaga zwykle intensywnej pracy, Chrystusowy sposób na życie jawi się, jako wręcz szkodliwy – stosowany, zdaje się bowiem marnować czas pozwalający człowiekowi na jego samorozwój i na używanie życia; zdaje się zużywać ów czas na czynienie dobra innym ludziom, co do których zasadne jest przewidywanie, że to otrzymywane dobro uznają za im zwyczajnie należne…

Jednak nie ma w tym niezauważanym zużywaniu siebie dla innych i przez nich byciu zużywanym niczego szczególnie nowego. Kiedyś pewien Człowiek modlił się w Ogrójcu, niezauważony w swojej trosce przez tych, którzy spali (Mt 26, 36-46), a potem, gdy już zużył się całkowicie, doszedłszy kresu swoich ziemskich starań, po prostu umarł na krzyżu – tak, jakby to było zwyczajnie należne Jego prześladowcom…

[Wojciech E. Zieliński, Dać innym siebie …zużyć, "Na Rozstajach", 2017, nr 4 (301), s. 9.]