poniedziałek, 21 listopada 2016

Zapach owiec

Uwagi zamieszczone poniżej stanowią kontynuację wypisów i refleksji nad treścią adhortacji apostolskiej Evangelii gaudiumO głoszeniu Ewangelii we współczesnym świecie, wydanej przez papieża Franciszka w roku 2013. Podobnie jak poprzednio, sięgam do tych kolejnych, wybranych fragmentów tekstu, które przyciągnęły moją uwagę i które chciałbym uczynić kierowaną do Czytelnika zachętą do uważnej lektury całości papieskiego dokumentu. I podobnie jak poprzednio, w nawiasach podaję numery poszczególnych passusów, których treść tu wykorzystuję – wszystkie pochodzą z pierwszego rozdziału Adhortacji, zatytułowanego Misyjne przeobrażenie Kościoła.

Papież przypomina: „wszyscy jesteśmy zaproszeni do przyjęcia tego wezwania: wyjścia z własnej wygody i zdobycia się na odwagę, by dotrzeć na wszystkie peryferie potrzebujące światła Ewangelii” (20), a następnie naucza, w sposób zapewne dla niejednego odbiorcy estetycznie kłopotliwy: „Wspólnota ewangelizacyjna przez dzieła i gesty wkracza w codzienne życie innych, skraca dystans, jeśli to konieczne – uniża się aż do upoko­rzenia i bierze na siebie ludzkie życie, dotykając cierpiącego ciała Chrystusa w ludzie. W ten sposób ewangelizatorzy mają «zapach owiec», a one słuchają ich głosu” (24).

Kłopotliwy jest ten zapach owiec, kłopotliwe jest to branie na siebie życia ludzi, z którymi ma się jakoś do czynienia; kłopotliwe jest skracanie dystansu, a co dopiero uniżanie się aż do upokorzenia. Wiele międzyludzkich relacji opiera się przecież na tym, co właśnie powyższemu zaprzecza. I chyba trudno temu się dziwić. Wszak na tle innych wolimy być pachnącymi, podziwianymi; życie innych interesuje nas o tyle, o ile pozwala zaspokajać naszą ciekawość, nie angażując naszych wysiłków w jego wspieranie; uniżania się mamy dosyć, widząc, a przynajmniej podejrzewając, że wielu jest wokół cwaniaków, którzy tylko czekają, by skorzystać i zaśmiać się z naszego upokorzenia… Tak jest zapewne dopóty, dopóki mamy dość siły, by w społecznych relacjach „być zawsze górą”. Wystarczy jednak takiej siły choćby chwilowa utrata (a nie wiem, czy są tacy, którzy nigdy jej nie doświadczają), by uświadomić albo przypomnieć sobie, jak cenna może być bezinteresowna bliskość drugiego człowieka – bliskość tego, kto poda rękę, kto nas zechce wysłuchać i kto nie od razu nas będzie oceniał lub wskazywał właściwe nam „miejsce w szeregu”. Takiej bliskości nieraz brakuje nam w domu, u lekarza, w szkole, na uczelni, w pracy, w kościele…

Jeśli dobrze rozumiem treść papieskiego nauczania we wskazanym dokumencie, to mowa jest w nim między innymi o potrzebie bliskości Kościoła wobec ludzi, którzy Kościół tworzą, i wobec tych, których tenże do współtworzenia zaprasza; i o potrzebie uważności Kościoła, który uszami swoich pasterzy winien „słuchać wszystkich, a nie tylko niektó­rych, zawsze gotowych prawić mu komplementy” (31). Franciszek przypomina bowiem, że „mały krok, pośród wielkich ludzkich ograniczeń, może bardziej podobać się Bogu niż poprawne na zewnątrz życie człowieka spędzającego dni bez stawiania czoła poważnym trud­nościom” (44) i wprost w pierwszej osobie przyznaje: „wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody kurczowego przywiązania do własnego bezpieczeństwa” (49). Papież pokazuje też pewną przywarę duchownego stanu, by zaraz potem przypomnieć nie mniej znaną prawdę: „Często zacho­wujemy się jak kontrolerzy łaski, a nie jak ci, którzy ją przekazują. Kościół jednak nie jest urzędem celnym, jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem” (47). „Kiedy przepowiadanie jest wierne Ewangelii, wyraźnie widać centralny charakter niektórych prawd i staje się jasne, że chrześcijańskie przepowiadanie moral­ne nie jest stoicką etyką; jest czymś więcej niż jakąś ascezą, nie jest zwykłą filozofią praktyczną ani katalogiem grzechów i błędów. Ewangelia zaprasza przede wszystkim, byśmy odpowiedzieli Bogu, który nas kocha i nas zbawia, rozpoznając Go w innych i wychodząc poza samych siebie, by szukać dobra wszystkich” (39).

Nie od dzisiaj wiadomo, że papieskie nauczanie Franciszka – być może między innymi ze względu na jego prostotę i dosadność, o których wspominałem poprzednio – „przeciągane” jest na różne strony. W zależności od preferencji własnych jego słuchaczy i czytelników, jedni widzą w obecnym Papieżu światopoglądowego liberała, inni takiegoż konserwatystę lub tym podobnych. I pewnie większość wypowiada się przy tym w – po swojemu rozumianej – „trosce o Kościół”. Nie wykluczam więc, że i to, co powyżej zebrałem, może zostać odczytane w podobnie subiektywnym lub interesownym duchu. Jednak niewiele mnie to interesuje. Podzieliłem się tu bowiem tylko własną lekturą i własnymi do niej komentarzami, będąc przekonanym, że i bez mojej „troski” Kościół sobie poradzi.

[Wojciech E. Zieliński, Zapach owiec, "Na Rozstajach", 2016, nr 10 (295), s. 12.]